WDF – Wyrośnięty skorupiak w natarciu!

Kosmita wyglądający jak tytułowy homar przybywa na Ziemię, by rozprawic się z gatunkiem ludzkim. Przecudna parodia monstermovies i wczesnego kina sci-fi.

Advertisements

Historia kina zna liczne przypadki, gdy filmy, które w zamierzeniu miały podnieść poziom adrenaliny, okazywały się bawić do łez. Powodów niezamierzonego komizmu może być nieskończenie wiele: od amatorszczyzny obsady aktorskiej, przez sztuczne dialogi, aż po absurdalne luki w scenariuszu. Jeszcze gorszym zjawiskiem były natomiast żenująco nieudane pastisze, których celem było wyśmianie stale recyklingowanych, sztampowych pomysłów, nagminnie stosowanych w tanich produkcjach. Pomiędzy dwiema skrajnościami znaleźli się jednak i tacy, którzy w tym prześmiewczym kiczu czuli się jak ryby w wodzie. Tematem niniejszego tekstu jest właśnie taki film – „Lobster Man from Mars” w reżyserii Stanleya Sheffa.

Fabuła komedii Sheffa zasadza się na dwóch płaszczyzn czasowych. W jednej z nich Stevie Horowitz (Dean Jacobson) jest młodym twórcą, którego marzeniem jest znaleźć się pośród największych nazwisk w przemyśle filmowym. Swojego szczęścia szuka w firmie J.P. Shelldrake’a (Tony Curtis), którego studio znajduje się właśnie w finansowym dołku. Stevie ma zatem jedyną okazję w życiu, by zaprezentować dystrybutorowi swoje wiekopomne dzieło pt. „Lobster Man from Mars”. Nietrudno się domyślić, że na drugiej płaszczyźnie czasowej dzieje się akcja rzeczonego filmu Horowitza.

Film Stanleya Sheffa jest precyzyjnie wymierzonym ciosem dla tandetnych monster movies z lat 50. oraz 60. Reżyser z niebywałą lekkością szafuje pokaźnym arsenałem sztampowych postaci, które wspaniale oddają klimat kiczowatych straszydeł. Żaden film opowiadający o zmutowanym potworze nawiedzającym Ziemię nie mógł się przecież obyć bez szalonego naukowca, czy też opornie myślącego wojskowego. W filmie Sheffa są to odpowiednio profesor Plocotomos (Patrick Mcnee) oraz pułkownik Ankrum (Fred Holliday). Pierwszy żyje w przekonaniu, że Marsjanie to gargantuicznych rozmiarów małże – nie prowadzi jednak żadnych konkretnych badań, aby dowieść słuszności swojej tezy (zatem Człowiek-Homar spada mu dosłownie z nieba). Drugi zaś jest mistrzem drugiego planu, czego dowodzą jego niespodziewane wywody na temat bohaterskiej śmierci jednego z bohaterów filmu (cytat: „Pozostaje nam jedynie żałować, że mógł umrzeć za ojczyznę jedynie raz”). Asem w rękawie reżysera jest zaś prywatny detektyw, którego wnikliwość i sposób zachowania przypominają śledczych znanych z wielu amerykańskich filmów – oczywiście przedstawionych w krzywym zwierciadle. Jego wypowiedzi są pozbawione sensu, ale brzmią nad wyraz profesjonalnie (polecam wsłuchać się w ten osobliwy potok słów), zaś charakteru „tajniaka” dodaje mu niedbale zawiązany krawat i kapelusz – nieodłączne atrybuty detektywów znanych z początków kina noir.

Do filmu Stanleya Sheffa należy podejść z przymrużeniem oka, bo i taka jest intencja jego twórców. Począwszy od elektronicznej, tandetnie pobrzmiewającej muzyki, poprzez niewyobrażalną głupotę głównych bohaterów, a skończywszy na wyglądzie samego Człowieka-Homara i jego towarzysza (goryla z hełmem nurka głębinowego na głowie) – prześmiewczy charakter filmu wybrzmiewa w dosłownie każdym jego elemencie. Świetnie działa tutaj również ironicznie przedstawiona postać Stevie’go Horowitza – jest tak samo oderwany od rzeczywistości i na swój sposób naiwny, jak i jego dzieło. Reżyser „Lobster Man from Mars” jasno wytyka kicz towarzyszący monster movies, ale jednocześnie jest gatunkiem w pełni zafascynowany –  tytułowy Człowiek-Homar to właśnie ukłon w ich stronę. Przybyły z obcej planety potwór pozostaje zatem symbolem czasów, gdy technologia nie pozwalała filmowcom na rozwinięcie skrzydeł w ich radosnej twórczości. Sheff oczekuje zatem od widowni tego samego, co towarzyszyło mu podczas kręcenia filmu – dużej dawki dystansu i poczucia humoru. Reżyser nie krytykuje monster movies po to, by udowodnić ich wyjątkowo niski poziom – zdaje się dobrze wiedzieć, że nikogo nie trzeba do tego przekonywać. Sztampowe rozwiązania mnożą się na ekranie, od tandety aż kipi, ale to wszystko jest pięknym hołdem złożonym filmom, które poniekąd „odeszły do lamusa”. Sheff serwuje swojej widowni danie z homara, dzięki któremu poczują oni smak „dzieciństwa” – jego film jest bowiem adresowany do tych, którzy wychowali się na gumowych potworach terroryzujących małe, amerykańskie miasteczka.

„Lobster Man from Mars” to doskonała rozrywka pod warunkiem, że przystaniemy na warunki zaproponowane przez reżysera. Sheff ironizuje w sposób inteligentny, unikając przy tym żenującego humoru, który niezmiernie często wkrada się do wszelkiego rodzaju parodii. A dla tych, którzy nadal nie wierzą, że „Lobster man from Mars” jest dziełem wyjątkowym, przytoczę pewną ciekawostkę – osobą zainteresowaną wsparciem produkcji od strony technicznej tego filmu był sam Orson Welles. Czyż to nie stanowi rekomendacji samej w sobie?

Ocena UMP: Czy zna ktoś film o zmutowanym, morderczym koniku morskim? Byłby wspaniałym dopełnieniem dla Marsjanina-Homara!

Zapraszam na Twittera i FB:

http://www.facebook.com/unusualmotionpictures

twitter.com/UMP_blog

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s