Wieczny comeback Johnny’ego Deppa

Johnny Depp to jedna z ikon dzisiejszego kina – jego kariera to jednak sinusoida wzlotów i upadków, którą prezentuję w tym artykule.

Advertisements

„Johnny Depp powrócił”, „Johnny Depp znów w formie” – wystarczy przejrzeć jakiekolwiek recenzje nowego filmu Scotta Coopera „Pakt z diabłem”, a podobne hasła rzucą się w oczy. Wenecki festiwal popadł w zachwyt nad historią Jamesa „Whitey” Bulgera, irlandzkiego kryminalisty, który zapisał się na kartach historii jako jeden z najważniejszych informatorów służb specjalnych Ameryki. Wszędzie chodzą słuchy, że pomimo doskonałej ścieżki dźwiękowej, świetnych ról drugoplanowych i wyjątkowej pracy kamery, to właśnie ponad pięćdziesięcioletni aktor kradnie show dla siebie. Przed polską premierą postanowiłem zatem przyjrzeć się postaci Deppa i zweryfikować, czy Johnny faktycznie zaginął w mieliznach kina na kilka dobrych lat, czy to tylko budowanie medialnego szumu wokół jego nowej roli.

Look a’la “podziwiajcie mnie”

Pierwsze zdjęcia Deppa z planu „Paktu z diabłem” wywołały prawdziwą burzę wśród fanów kina – nienaturalne, przesycone błękitem oczy, zaczesane do tyłu, przerzedzone włosy wzbudziły duże zainteresowanie. Pierwszy trailer nie pozostawił złudzeń, że rola Bulgera pochłonęła Deppa całkowicie, przemieniając go w demonicznego, na swój sposób uwodzicielskiego kryminalistę. Ale obok zachwytów (i fali krytyki, rzecz jasna) nad charakteryzacją jego postaci, zaraz pojawiło się pytanie – czy Johnny Depp po wyjątkowo słabych latach , nabrał apetytu na Oscara?

Zacznijmy jednak od samego początku – filmowy debiut Deppa przypadł na drugoplanową rólkę w „Koszmarze z Ulicy Wiazów”. Można się spodziewać drugiego życia tego horroru po smierci Wesa Cravena, lecz z punktu widzenia Deppa – nie był to wymarzony początek kariery. Bowiem ciężki los jest tych, którzy debiutują grając rolę nastolatka wciągniętego w łóżko przez Freddy’ego Kruegera. Pierwszym większym wydarzeniem w karierze amerykańskiego aktora był dopiero „Pluton” z 1986 roku. Wojenny dramat Olivera Stone’a zapisał się w historii kina jako jeden z najbardziej realistycznych, brutalnych obrazów o konflikcie zbrojnym jakie kiedykolwiek nakręcono. Prawdziwy kunszt Deppa ujawnił się jednak dopiero w kolejnych filmach: „Edward Nożycoręki”, czyli pierwszej kolaboracji wyjątkowo płodnego duetu Depp-Burton oraz w „Co gryzie Gilberta Grape’a”. Dwie przemyślane, dopracowane i świetnie odegrane role, które szły w parze z zachwytami krytyków nad tymi filmami, wywindowały przystojnego aktora do pozycji aspirującej gwiazdy Hollywood.

Johnny Depp u boku mistrza, Ala Pacino, w ‘Donnie Brasco” – co za tony stylu!

Mając już świetlaną przyszłość, Depp nie poszedł w stronę kina mainstreamowego, ostrożnie dobierając role. Mimo niewątpliwie świetnych ról w dramatach, Depp zdecydował się obrać inną drogę i w 1997 roku poczuł gangsterkiego ducha u boku Ala Pacino w „Donnie Brasco” – dzisiaj jednego z klasyków kina noir. Tytułowy, aspirujący mafioso uczył się fechtunku od prawdziwego wygi – w rzeczywistości Depp również miał obok siebie mistrza, którego obecność wyraźnie podniosła dla niego poprzeczkę. Nie spoczywając na laurach, aktor ucementował swoją pozycję aktora chwytającego się projektów trudnych, gdy otrzymał rolę Duke’a w „Las Vegas Parano”. Film surrealistyczny, szokujący, odrażający, ale wybitnie wciągający, a po kilku latach stał się również kultowy. Dzieło Terry’ego Gilliama pokazało ogromny potencjał Deppa jako aktora odważnego, chętnego do pracy w projektach narażonych na otwartą krytykę środowiska filmowego (taka spadła poniekąd na „Las Vegas Parano”). Niestety, po tej passie sukcesów przyszedł czas na obniżkę formy – kolejnym przystankiem był przykry wypadek przy pracy naszego rodzimego reżysera, czyli Romana Polańskiego – „Dziewiąte wrota”. Koszmarnie nudnego filmu nikt nie był w stanie poratować, chociaż Deppowi należy oddać, że w całej jałowości tego thrillera, to on był jedynym „elementem” przyciągającym uwagę.

Następne kilka pozycji w życiorysie Deppa to filmy, które utrzymywały go na liście „wziętych” aktorów Hollywood, ale pokazały, że sam aktor powoli odsuwał się od ambitnych, wymagających ról („Żona astronauty”…). Po sukcesie pierwszego filmu z Timem Burtonem, duo powróciło w „Jeźdzcu bez głowy” – klimat był pierwszorzędny, ale polotu „Edwarda…” próżno było tu szukać. I gdy wydawało się, że Johnny pozostanie już w sferze „średniaków” (chociażby „Człowiek, który płakał”), załapał się na główną rolę w „Blow”. To był bez wątpienia przełomowy moment w jego karierze. Film Teda Demme’a był prawdopodobnie jednym z najlepszych dzieł pokazujących świat rządzony przez narkotyki i brudne pieniądze, zaś rola George’a Junga była jak zdmuchnięcie kurzu ze starej księgi – Depp jako zachłanny karierowicz, zaślepiony swoim sukcesem, łasy na bogactwo, które pozostawało w zasięgu ręki – to była dotychczasowa rola życia.

Kto nie zna tej facjaty…

Początkiem rzekomego końca była rola Jacka Sparrowa w kasowym hicie „Piraci z Karaibów”. Widownia kupiła w całości przepitego Deppa z niebywałą charakteryzacją i zmanierowanym głosem, zaś sam aktor znalazł w tej postaci metodę na zaskarbienie sobie miłości widzów. Nie można jednak Deppowi odmówić prób nieco ambitniejszych – „Rozpustnik”, „Marzyciel”, „Sweeney Todd” – to tylko przykłady dzieł, gdzie Johnny przyłożył się do swojej roli (dwie nominacje do Oskara mówią same za siebie!), lecz filmy zaliczyły box office’ową klapę (chociaż w przypadku „Sweeney Todd’a” mam całkowicie odmienne zdanie w kwestii porażki filmu). Niemniej jednak, Depp trzymał cały czas wysoki poziom w każdym kolejnym projekcie – problemem był zatem sam ich wybór.

Według mnie, Depp powrócił na szczyt w filmie Michaela Manna pt. „Wrogowie publiczni”. Chociaż krytycy nie pozostawili suchej nitki na tym para-dokumentalnym thrillerze opowiadającym o życiu Johna Dillingera, to był powrót do korzeni dla Johnny’ego z czasów „Donnie Brasco”. Był doskonały w roli ikonicznego dla kultury amerykańskiej złodzieja – zawadiacki i pewny siebie, ale jednocześnie kryjący w sobie słabość i stłamszoną uczuciowość. Depp potwierdził tą rolą, że w jego żyłach „płynie krew” kina gangsterskiego, a on sam doskonale czuje się w rolach „romantycznych” przestępców.

John “Dillinger” Depp

Niestety, trudno nie zauważyć, że po roli Johna Dillingera, Depp wyraźnie zdjął nogę z gazu. Nie ma się czemu dziwić – ludzie pokochali go za pajacowatego pirata, a nie gangstera z krwi i kości. Krytyka jaka spłynęła po aktorze za rolę Dillingera również nie była zachętą do kontynuowania tradycji nowoczesnego kina gangsterskiego. I podążając tym tropem, Depp ładował się jedynie do produkcji, w których mógł przerabiać Jacka Sparrowa na wszelkie możliwe sposoby, mając do dyspozycji kolejne scenariusze i kolejnych specjalistów do charakteryzacji – efektem tego były takie wtopy jak „Jeździec znikąd” czy też „Mroczne cienie”. Filmy kasowe, robione przy pomocy dużego budżetu, ale jednocześnie utwierdzające publiczność, że czasy świetności Johnny miał za sobą. A o „Transcendencji” czy też „Bezwstydnym Mortdecai” już nie wspominajmy – gdy ktoś staje w potrzebie pilnego zastrzyku finansowego, jest w stanie upaść wyjątkowo nisko.

Aktora należy jednak oceniać nie tylko po rolach, które odegrał, ale także tych, o które walczył, lecz z różnych przyczyn ich nie otrzymał. Wyobraźmy sobie Deppa w dziele, które zdefiniowało na nowo gatunek filmów o superbohaterach – Johnny był bowiem jednym z poważniejszych kandydatów do roli Jokera w dziele Christophera Nolana. Listę filmów, w których Depp mógł pokazać pazur jest dłuższa – wielki hit Braci Wachowskich „Matrix” jest znany pewnie każdemu. Jednak nie każdy wie, że rola Neo miała w zamyśle przypaść Deppowi. Niestety, nie był on wtedy nazwiskiem, które mogło zapewnić odpowiedni rozgłos, zatem w głównej roli obsadzono pana pożal-się-Boże Keanu Reevesa. Wreszcie, początkowe role Deppa w niszowych produkcjach przyciągnęły uwagę samego Quentina Tarantino, który rozmyślał nad obsadzeniem go w „Pulp Fiction”. Ostatecznie, angaż przypadł w udziale Timowi Rothowi, który z czasem stał się jednym z ulubieńców ekscentrycznego reżysera. Kto wie, czy nie stałby się nim Depp, gdyby inaczej potoczyły się losy „Pulp Fiction”…

Czy to będzie ten długo zapowiadany “Oscarowy Depp”?

Trzymam kciuki za to, by „Pakt z diabłem” okazał sie kolejnym już, powrotem do korzeni Deppa. Ale niech będzie to nauczka również dla widowni – wszyscy oczekujemy przecież ambitnych filmów i głośno narzekamy na ich brak, ale jak w każdym biznesie – dla filmowców liczą się wyniki box office’u. A one przecież jednoznacznie wskazały na to, że Johnny’ego chcemy widzieć przede wszystkim w roli zapijaczonego hochsztaplera z „Czarnej Perły”. Udowodnijmy zatem tym razem, że chcemy go widzieć w takich rolach, za które pokochaliśmy aktora najbardziej.

P.S. Wiedzieliście, że pierwszą rolę filmową zapewnił Johnny’emu nie kto inny, jak sam Nicolas Cage?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s