UMP Review – The Martian

The Martian is a breathtakingly shot drama, but it still falls far from Ridley Scott’s best works.

Advertisements

Hollywood loves pompatous heroism as well as it loves Ridley Scott (and Matt Damon to be honest). Unfortunately, every beautiful story needs to have an end and Mr. Scott should really think twice before grabbing the camera again whether it’s worth it. The Martian, praised by a surprisingly numerous critics, is the story of Robinson Crusoe set in flaming-red space – a very picturesque film, which falls flat as a hockey puck.

martian2015_2

Mark Watney (Matt Damon) is a member of Ares III crew, which due to severe weather conditions on Mars, gets its mission called off. Watney gets hit in an accident just when the crew escapes form the Red Planet – announced officially dead on Earth, the astronaut wakes up after the storm and finds himself completely alone, left to die. He begins survival struggle in the unfriendly environment, counting on the NASA to rescue him.

Scott’s directorial skill is undeniably impressive when it comes to cinematography – the breathtaking shots of Mars’ surface define the overwhelming loneliness and desolation of the planet. Nonetheless, it takes much more to create a modern masterpiece than picturesque views of Jordan deserts imitating Mars. The story itself is predictable to an extent it seems like a pretentious joke from Scott – or should I say from the author of the script, Drew Goddard? When one of the NASA employees puts it straight that their rescue plan assumes that nothing goes wrong up there on Mars for Watney – something obviously GOES wrong up there right in the very next scene. The cliché list goes on and on – there is a stubborn NASA director (wooden Jeff Daniels), whose morality is put to a test, a schematic “genius”, who obviously lives in a total mess, but crafts a brilliant method to save Watney just in time etc. That predictability is by far the biggest flaw of Scott’s film.

As I mentioned before, Watney’s story is the modern version of Robinson Crusoe – he uses the scarce resources efficiently and creatively, just like the character from Defoe’s novel. It’s mainly Matt Damon’s acting skills (Jimmy Kimmel would deny that for sure…) that make this survival struggle more bearable and interesting to watch. Unfortunately, Scott’s focused not solely on Watney’s day-by-day horror (which would be beneficial for the film), but lets the NASA crew to elaborate for hours and bore the audience. We get to observe Watney losing and regaining his hope, but all that is also predictable and lacks emotional depth due to the vaguely written script. The soundtrack is also a complete misfire – using old pop music (Abba etc.) would be great once (an example of shocking usage of Keri Hilson’s song in David Michod’s The Rover, or Rick Ross’ in Django), but not several times. Even though it constitutes a part of Watney’s presence and reality, it kills the mood in the end. Again, Ridley Scott tried to do something light and funny, but he’s way too serious about his work – eventually, it looks artificial.

martian-sitsMany critics decided to compare The Martian to Interstellar, favoring the first one obviously. And putting aside Nolan’s self-confidence about his genius, Zimmer’s repetitive soundtrack and other flaws, Interstellar was a spectacular story, which transmitted a bit naïve, but still beautiful message. Contrary to this, The Martian tells a modernized, but well-known story and delivers nothing more to it. Surprisingly, nobody’s highlighting the numerous inspirations drawn from Kubrick’s Space Odyssey – a special treatment for Scott? Apart from that, an interesting person to consider in terms of this comparison would be Jessica Chastain, who starred in both Interstellar and The Martian. Her commander Lewis does not fit her at all, Chastain is completely bleak in Scotts film, whilst she’s one of the brighter elements of Nolan’s piece. A better script? Maybe.

All in all, The Martian is just another blockbuster – directed with panache, very “American” and very predictable on one hand, but still worth giving it a try, especially in 3D. Notwithstanding, I feel that that Ridley Scott who stood behind the camera in Gladiator and Black Hawk Down is not the same man, who directed The Martian. My heart aches because of this fact – I wish Scott made a comeback as notable as his great masterpieces – I still believe he’s capable of that.

UMP Grade: 34/50

(Cinematography: 7.5, Plot: 5.5, Acting: 8, Soundtrack: 6, Quaintness: 7)

UMP Recenzuje – Marsjanin

Hollywood uwielbia pompatyczny heroizm tak jak i Ridleya Scotta (oraz Matta Damona). Niestety, każda piękna historia powinna mieć swoje zakończenie i Scott powinien poważnie się zastanowić zanim po raz kolejny sięgnie po kamerę. Marsjanin, wychwalony pod niebiosa przez wielu krytyków, jest kosmiczną wersją historii Robinsona Crusoe – to film atrakcyjny wizualnie, ale jednocześnie płaski w swojej wymowie.

Mark Watney (Matt Damon) jest członkiem załogi Ares III, która ze względu na trudne warunki pogodowe na Marsie dostaje rozkaz powrotu. W wyniku nieszczęśliwego wypadku Watney nie trafia na statek i zostaje zakopany przez piaski. Na Ziemi zostaje oficjalnie uznany za zmarłego, jednak gdy tylko budzi się po piaskowej burzy, staje przed faktem, że przyjdzie mu umrzeć w samotni czerwonej planety. Rozpoczyna on zatem walkę o przetrwanie na nieprzyjaznym gruncie, czekając na misję ratunkową NASA.

Scott ma fantastyczne wyczucie w swoim kunszcie reżyserskim – zapierające dech w piersiach kadry powierzchni Marsa odzwierciedlają przytłaczającą samotność i odosobnienie planety. Mimo to, aby nakręcić prawdziwe arcydzieło, potrzeba czegoś znacznie więcej niż doskonałe ujęcia krajobrazu Jordanii imitującego Marsa. Sama historia jest do tego stopnia przewidywalna, że z czasem zdaje się być niesmacznym żartem ze strony Scotta – a może ten zarzut powinien paść w stronę autora scenariusza, czyli Drew Goddarda? Gdy jeden z pracowników NASA bez ogródek stwierdza, że ich optymistyczny plan ratunkowy zakłada, że nic złego się nie stanie astronaucie na drugiej planecie – w następnej scenie nadzieje  Watneya legną w gruzach. Lista sztampowych rozwiązań ciągnie się dalej – jest uparty dyrektor NASA (w tej roli drewniany Jeff Daniels), którego moralność zostaje wystawiona na próbę, geniusz, który oczywiście żyje we wszechogarniającym chaosie, wpada na wybitny plan uratowania Watney’a w ostatniej chwili itp. Ta przewidywalność to zdecydowanie największy minus filmu Scotta.

Jak wspomniałem, historia Watneya to nowoczesna adaptacja Robinsona Crusoe – również używa ograniczonych zasobów w sposób błyskotliwy i wydajny, podążając wzorcem bohatera ksiązki Defoe. Ten wyścig z czasem jest „oglądalny” głównie dzięki grze aktorskiej Damona (Jimmy Kimmel zaraz by zaprzeczył…). Niestety, Scott nie supia sie głównie na tym horrorze codzienności Watney’a, ale znaczną część filmu przeznacza na nudne i kiepsko zagrane dywagacje ekipy NASA. Chociaż obserwujemy kolejne wzloty i upadki astronauty, to wszystko jest jednak przewidywalne i pozbawione emocjonalnej głębi. Całkowitym niewypałem jest soundtrack złożony w części z vintage’owych hitów muzyki Pop (Abba itp.) – użycie takich absurdalnych dla fabuły i klimatu kawałków byłoby doskonałym zagraniem jednorazowo (czego dowodzi użycie utworu Keri Hilson w The Rover Davida Michoda lub Rick Rossa w Django), ale z pewnością nie tak często jak w Marsjaninie. Nawet jeśli nawiązuje to bezpośrednio do realiów nowego życia Watney’a, to efekt był odwrotny do zamierzonego. Scott silił się na coś lekkiego, ale niestety, jest zbyt poważny w tonie swojej reżyserii – w efekcie jego film wygląda sztucznie.

Wielu krytyków porwało się także na porównywanie Marsjanina do Interstellar, faworyzując oczywiście ten pierwszy film. Odkładając na bok butę Nolana, powtarzalność ścieżki dźwiękowej Zimmera i kilka innych wad, Interstellar był spektakularnym dziełem ze świetnym przekazem (chociaż przyznaję, że nieco naiwnym). Marsjanin zaś opowiada dobrze znaną historię, osadzając ją w nieco unowocześnionej konwencji – nie wnosi jednak nic nowego. Dziwi mnie także fakt, że nie ma już tak jawnej krytyki Scotta w czerpaniu inspiracji z Odyseji Kosmicznej Kubricka – czy to jakaś taryfa ulgowa dla pana Scotta? Ponadto, warto zwrócić uwagę na Jessicę Chastain, która zagrała zarówno w Interstellar jak i Marsjaninie. Rola komandor Lewis kompletnie jej nie podpasowała – była zwyczajnie nijaka, podczas gdy w filmie Nolana wybiła się przed szereg. Lepszy scenariusz? Może.

Podsumowując, Marsjanin jest kolejnym blockbusterem – nakręconym z rozmachem, bardzo „amerykańskim” i bardzo przewidywalnym z jednej strony, z drugiej zaś robiący wrażenie przede wszystkim w 3D. Niemniej jednak, po obejrzeniu Marsjanina odniosłem wrażenie, że Ridley Scott, który stał za kamerą w Gladiatorze i Helikopterze w ogniu, nie jest tym samym człowiekiem, który nakręcił tegoroczny hit z Damonem. Moje serce się kraja – chciałbym, żeby Scott zaliczył spektakularny powrót będący wyzwaniem dla jego arcydzieł, bowiem nadal jest do tego zdolny.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s