UMP Review – Star Wars: The Force Awakens

The most anticipated film of the decade did not stand up to its expectations. Nevertheless, this is still a lot of fun.

Advertisements

What preceded the premiere of the new Star Wars film cannot be expressed in words. The world has gone completely crazy, waking up the long-buried love for Skywalkers clan and their intergalactic tale. Putting aside the nostalgia, this elevated the expectations to an incredible level too. As a consequence, J.J. Abrams’ film is greatly entertaining “copy and paste” from all the other Star Wars movies, making the same plot mistakes George Lucas did.

18-star-wars-poster.w529.h529

Star Wars: The Force Awakens takes place after the events described in the last chapter of the saga – Return of The Jedi. The Galaxy is still shattered, whilst the Empire has been replaced with even more fascist-like creation known as First Order. The only chance for the new rebellion is to find Luke Skywalker. The tale begins, when Rey (Daisy Ridley) finds a droid, which contains hints for the location of Luke.

What seems to be the biggest problem of Star Wars: The Force Awakens, is the fact that it fails to stand as a film itself. The feeling of upcoming two films is so universally present and mentioned in the plot that Abrams’ movie cannot be treated as a solitary piece of work. Star Wars: The Force Awakens is a film directed by an ardent fan of the previous entries – J.J. Abrams provides the viewers with a mashup of scenes, motives and characters we all love, but does that without any particular distance towards it. There is the new cantina scene and band, there is Hans Solo and Chewbacca, Skywalkers still seem to be the hidden Habsburgs of the Galaxy, but all of that is a wink depraved of any fresh ideas. Abrams paved his way to the hordes of fans, but rather failed to attract new ones.

Star-Wars-7-Force-Awakens-Teedo-Luggabeast

What’s more, even though George Lucas did not participate in script preparation process, his rare ability to include lots of loopholes and weird character development is vastly present in The Force Awakens. Kylo Ren, who was supposed to be (or at least advertised as one) an ultimately relentless villain, appears to be more like a far kin of juvenile Anakin Skywalker than phantasmal Darth Vader. What could refer to the plot, the main change in comparison with Star Wars: A New Hope is that the Death Star is enormously bigger and its name is Starkiller. And the list of such pieces goes on and on.

Still, Star Wars: The Force Awakens is beautifully shot, paying tribute to more practical effects, avoiding the CGI massacre from the second trilogy. The dialogues are not so painfully flat (“I don’t like sand…” in The Phantom Menace…), leaving space for Harrison Ford to remind us why exactly we loved Han Solo. And the cast is quite diversified too – from confident Daisy Ridley as I’m-not-feminist Rey to very poorly delivered Kylo Ren by Adam Driver. Oscar Isaac and John Boyega had the chemistry together (even for the short time they appear both), whilst BB-8 is just an ace in the hole. All in all, there are ups and downs, but this sinusoidal tendency is unfortunately no good in the long run.

maxresdefault (3)

Star Wars: The Force Awakens is a box full of for-fans stuff, bringing tears every couple of minutes to those, who grew up with any of previous Star Wars trilogy. And if someone approaches it this way – prepare for the Force to strike you as it used to. I shall remain silent about the flaws and wait for the trilogy as a whole – maybe then The Force Awakens will constitute a stand-out film worth reminiscing. For now, let’s agree that it was cool to hear C3PO calling R2D2 scrap again.

UMP Grade: 35/50

Cinematography: 8, Plot: 5, Acting: 6.5, Soundtrack: 7.5, Quaintness: 7.5

UMP Recenzuje – Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy

To, co działo sie przed premierą nowej odsłony Gwiezdnych Wojen jest praktycznie nie do opisania. Świat oszalał po raz wtóry, budząc w sobie długo zapomnianą miłość do klanu Skywalkerów i międzygalaktycznej legendy. Odkładając na bok nostalgiczne pobudki, ten nieziemski hype doprowadził do równie wyśrubowanych oczekiwań. W rezultacie, J.J. Abrams nakręcił pełną emocji kalkę poprzednich części Gwiezdnych Wojen, powtarzając fabularne wpadki Lucasa.

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy ma miejsce po wydarzeniach z Powrotu Jedi. Galaktyka jest znowu w rozsypce, zaś Imperium zostało zastępione jeszcze bardziej pseudo-faszystowską ideą zgromadzoną pod sztandarem Najwyższego Porządku. Jedyną nadzieją nowej rebelii jest odnalezienie Luke’a Skywalkera. Opowieśc zaczyna się zatem, gdy dziewczyna o imieniu Rey znajduje droida, który posiada fragment mapy wskazujący lokację Luke’a.

Największa bolączką Przebudzenia Mocy jest fakt, że film ten nie stanowi całości samej w sobie. Wszechobecnie upchnięte drogowskazy ku kolejnym częściom są nachalne i nie pozwalają traktować dzieła Abramsa jako samoistnego tworu. Ponadto, Przebudzenie Mocy to film nakręcony przez zapalonego fana Gwiezdnych Wojen – J.J. Abrams zapewnia widzom przejażdżkę po wszystkim tym, za co kochaliśmy Gwiezdne Wojny, ale czyni to bez krztyny dystansu i chłodnego rozsądku. Jest zatem scena w barze i nowy zespół kosmicznych grajków, są Han Solo i Chewbacca, rodzina Skywalkerów znowu przypomina Habsburgów galaktyki – wszystko to jednak pozbawione jest świeżości i polotu. Reżyser utorował sobie drogę do serc wiernych fanów na całym świecie, ale z trudem przyjdzie mu wychować nowe pokolenia.

Co więcej, duch George’a Lucasa z jego rzadką umiejętnością scenariuszowych wpadek oraz przedziwnego rozwoju poszczególnych postaci jest obecny w Przebudzeniu Mocy. Postać Kylo Rena, który miał być zarysowany (lub tak przynajmniej go reklamowano) jako bezwzględny, czarny charakter, ma bliżej do przerośniętego ambicjonalnie Anakina Skywalkera z czasów młodości aniżeli Dartha Vadera. W porównaniu z fabułą chociażby Nowej Nadziei, Death Star została zamieniona na Starkiller i kilkukrotnie zwiększona. Lista takich smaczków ciągnie się i ciągnie…

Mimo wszystko, Przebudzenie Mocy ma swoje plusy. Jest pięknie nakręcony, składając hołd tzw. practical effects, unikając przejaskrawieniu CGI znanemu z drugiej trylogii Lucasa. Dialogi także nie są tak bolesne („Nie lubię piasku…” z Mrocznego Widma…), dając miejsce przede wszystkim Harrisonowi Fordowi na przypomnienie za co kochaliśmy Hana Solo. Cała obsada jest zróżnicowana: od mocnej roli Diasy Ridley jako wcale-nie-jestem-feministką Rey do kiepsko odegranego Kylo Rena, w którego wcielił się Adam Driver. Oscar isaac wraz z Johnem Boyega tworzą zgrany duet (mimo tego, że na ekranie nie pojawiają się razem nadmiernie często), zaś wisienką na torcie jest BB-8. Ta sinusoidalna tendencja do wzlotów i upadków nie służy jednak Przebudzeniu Mocy.

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy to pudełeczko pełne cukierków dla fanów serii, zwilżając policzki co kilka minut tym, którzy dorastali wraz z tworami Lucasa. I jeśli ktoś właśnie z takim nastawieniem zabierze się za nowe Gwiezdne Wojny, nie powinno być zawodu. Ja pozwolę sobie wstrzymać się z krytyką i poczekam na kolejne odsłony nowej trylogii – może wtedy Przebudzenie Mocy nabierze dla mnie większego znaczenia. Póki co, cieszę się, że mogłem po raz kolejny usłyszeć C3PO, który wyzywa R2D2 od złomu.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s