“Uwielbiam ten szalony kraj” – UMP w rozmowie z Árnim Ásgeirssonem

Islandzki reżyser, autor “Wiru”, poświęcił chwilę czasu i odpowiedział na kilka pytań – troche o Polsce, trochę o pracy nad swoim filmem, a trochę o tym, że natura potrafi dać w kość filmowcom.

Advertisements

UT-plakaty-PL-informacyjne-A4-Warszawa

UMP: Jesteśmy tuż po zajęciach masterclass, podczas których wyjaśniłeś znaczenie „prób” z aktorami przed rozpoczęciem zdjęć. Potrafisz sobie wyobrazić pracę nad projektem bez takiego przygotowania?

Árni Ásgeirsson: Nakręcenie filmu zajmuje lata. Najpierw zaczynasz od scenariusza, którego napisanie trwa od roku do dwóch lat. Na początku go rozpracowujesz i nad nim myślisz, a następne dwanaście miesięcy to już stricte pisanie. Biorąc to pod uwagę, produkcja całego filmu trwa od pięciu do siedmiu lat, to taki standardowy przedział dla filmowców, który czasem się nawet wydłuża. Kiedy na horyzoncie widnieje już etap produkcji, zaczynasz przygotowania – znajdowanie lokacji, sporządzanie krótkich list i notatek z operatorem, a także cała niekończąca się reszta rzeczy, które musisz wziąć pod uwagę. Wreszcie, gdy udaje Ci się pokazać film w kinie, widzowie patrzą przede wszystkim na bohaterów i relacje, które ich łączą – to kwintesencja kina.

UMP: Tak, to przecież istota filmu.

Árni Ásgeirsson: Dokładnie, więc jeśli produkcja trwa od pięciu do siedmiu lat, to nie znaleźć dwóch tygodni by usiąść z aktorami I spowodować, że ich postacie nabiorą odpowiednich barw – dla mnie to abstrakcja.

UMP: Mimo wszystko, to się jednak zdarza. Niejednokrotnie zdarzało się, że aktorzy narzekali po premierze filmu, że nie czuli się dobrze przygotowani do roli. Czasem to kiepska wymówka, ale chyba to po części wina braku takiego czasu poświęconego na pracę nad rolą z reżyserem.

Árni Ásgeirsson: To wielka strata. Kiedy wkładasz całe swoje serce, swoją duszę w jakiś projekt i nie znajdujesz czasu, by odpowiednio się przygotować jako reżyser i dać taką szansę swoim aktorom. Tak jak mówię, to przykre. Z mojego doświadczenia wiem, że spotkanie się wcześniej daje w efekcie najlepsze role – wiarygodne, dopracowane i bardzo konkretne. Wtedy wszyscy jesteśmy w tym samym punkcie, wiemy czym kierują się poszczególne postaci, co je łączy, jakiego tonu szukamy w każdej scenie. Ponadto, takie podejście zaoszczędza też czas, biorąc pod uwagę koszty dni zdjęciowych. Wtedy mamy więcej czasu, by dopieścić każdą scenę, bo pierwszych dwóch godzin nie marnujesz na tłumaczenie podstawowych założeń. Możesz wtedy popracować nad ujęciami, mieć więcej podejść do każdej sceny, popracować nad drobnymi niuansami w każdej z postaci. W rezultacie otrzymujemy wtedy najbardziej wiarygodne postaci, a to znowu gwarantuje emocje wywołane u widza.

fot. Danuta Matloch
fot. Danuta Matloch

UMP: Miałem okazję podyskutować już z kilkoma Islandczykami o Waszym przemyśle filmowym i często słyszałem, że to jednak trudny orzech do zgryzienia- nakręcenie filmu. To przecież stosunkowo młody i niewielki rynek. Jakie były zatem Twoje doświadczenia, kiedy kręciłeś Wir, pokazywany też podczas Ultima Thule? Napotkałeś podobne problemy?

Árni Ásgeirsson: To prawda, że islandzkie kino jest młode, ale mimo wszystko, jest wystarczająco dojrzałe. Mamy wielu odpowiednio wykwalifikowanych ludzi na każdym stanowisku, by kręcić filmy, które przypominają w swojej formie film (śmiech). Mam na myśli produkcje z innych krajów. Naszym największym problemem, który pojawia się w każdym innych przemyśle filmowym na świecie, są scenariusze i ciekawe historie do opowiedzenia. Na szczęście jesteśmy w tym coraz lepsi, a nasz fundusz filmowy wspiera inicjatywy dla scenarzystów. Wkładamy dużo wysiłku, by nad tym pracować.

Chociaż największą bolączką są scenariusze, ja miałem ogromne szczęście w kwestii mojej obsady i producentów – dzięki temu nie miałem przykrych problemów. Jedynym wyjątkiem były warunki, w których pracowaliśmy, ponieważ kręciliśmy na otwartym morzu – walka z żywiołem, z falami. Część ekipy miała chorobę morską, więc nie byli w stanie pracować. Byli po prostu przewieszeni przez burtę.

UMP: To musiało stanowić barierę…

Árni Ásgeirsson: Tak… To był swego rodzaju eksperyment dla mnie, ten film. Nie miał „klasycznego” początku, bo wszystko rozpoczęło się od sztuki w teatrze. Miałem znajomych, którzy założyli grupę niezależnych artystów i wystawiali bardzo skromną sztukę zatytułowaną Brim, czyli Wir. Akcja dzieje się w jednym pomieszczeniu, na łodzi, a historia opowiada o losach tych ludzi, którzy się na niej znajdują. To była naprawdę offowa produkcja bez budżetu, więc idąc na nią nie miałem żadnych oczekiwań – myślałem, że moi znajomi opracowali jakąś „odjechaną” sztukę.

Ale kiedy byłem już po zobaczeniu Wiru, zafascynowała mnie w pełni, więc postanowiłem się spotkać z tymi ludźmi. Powiedziałem im, że postaci były świetne, historia, umiejscowienie akcji ze względu na swoją specyfikę. Pordzewiała łódź, kiepska pogoda, morze, walka z żywiołem. Ponadto, Islandia bardzo opiera się na tej relacji z morzem. Były podjęte próby flirtowania z tym tematem, ale nie powstał film nakręcony na morzu, na łódce. Zatem zaczęliśmy się widywać, ja poprosiłem mojego przyjaciela Otto Borga, który jest scenarzystą, by pomógł mi „przerobić” sztukę na film. I chciałem pracować z tymi samymi aktorami.

UMP: Nie zmienia się zwycięskiej strategii?

Árni Ásgeirsson: To oni wpadli na pomysł, a wspólnymi siłami przemieniliśmy sztukę teatralną w film. Było naprawdę sporo zmian w macierzystym materiale, więc wersja finalna na ekranie to bardziej historia inspirowana sztuką aniżeli adaptacją. Po wielu sesjach z aktorami, brainstormach, spotykaliśmy się jeszcze raz i jeszcze raz i to trwało cały rok. Ale co ciekawe, gdy spotkałem aktorów na planie, oni praktycznie żyli z tymi postaciami od dawna.

UMP: Można powiedzieć, że znali je od podszewki.

Árni Ásgeirsson: Tak, to ta sama obsada, a sztuka stała się naprawdę popularna. To było ciekawe, wzbogacające doświadczenie. Podsumowując, największym problemem były nudności na planie (śmiech).

UMP: (śmiech) I pogoda jak rozumiem.

Árni Ásgeirsson: Tak, to też.

ingvar-og-gisli

UMP: Podczas  zajęć masterclass wspomniałeś kilka tytułów, które przypadły Ci do gustu. Pracowaliśmy na fragmencie Drogi do szczęścia z 2008 roku, ale czy w takim razie mógłbyś przybliżyć filmy i autorów, którzy są dla Ciebie inspiracją?

Árni Ásgeirsson: Dorastałem w czasach kaset VHS…

UMP: Oh, sławetne czasy kaset VHS.

Árni Ásgeirsson: Dokładnie, sławetne czasy kaset VHS. Na rogu, obok mojego domu, znajdowała się wypożyczalnia kaset VHS. Jej właściciel był prawdziwym kinomaniakiem. Jego miejsce było zdecydowanie najlepsze w Reyjkjaviku, miała tam całą historie kina. A ja tez kochałem kino, po prostu uwielbiałem oglądać filmy. Kiedy miałem siedemnaście, albo osiemnaście lat, zapoznałem się z europejskim kinem – Goddard, Truffaut, Tarkowski, Kieślowski, który był wtedy bardzo popularny. Zatem krok po kroku wciągał mnie ten filmowy „vibe” wschodniej Europy. Było w nim coś dziwnego, ale to coś mnie pociągało.

UMP: Następstwem tej fascynacji była decyzja o podjęciu studiów w Łodzi?

Árni Ásgeirsson: Tak, dlatego wyjechałem do Polski na studia. Byłem zaintrygowany niektórymi polskimi filmami, ale też twórczością rosyjską, czeską. Lubiłem wczesne dzieła Milosa Formana. Było coś w tym wschodnim podejściu, co mnie porwało. Nie rozumiałem tego do końca, może to po prostu ta atmosfera, która mnie wciągnęła.

Potem zacząłem szukać szkoły filmowej, a to było wkrótce po tym, jak upadł mur berliński – wtedy nagle otworzyła się połowa kontynentu i świata. To było fascynujące dla mnie, zbadać tę część świata. Nigdy nie ciągnęło mnie na filmówkę w Anglii, Skandynawii czy Ameryce. To także był efekt chęci spróbowania czegoś nowego, np. nowej kultury. Chciałem zrozumieć jak Ci mistrzowie kręcili swoje dzieła.

Zatem, inspirowałem sie właśnie tymi ludźmi – Forman, Kieślowski, Polański, Wajda, Tarkowski, ale także inni mistrzowie – Scorsese, Fellini, Goddard, Bertolucci, Coppola. Ta lista jest naprawdę długa.

db3f95c7-c080-41f3-a187-f66a76b00621-large

UMP: Mogę to sobie wyobrazić! A wracając jeszcze do tematu Ultima Thule, co przyciągnęło Twoja uwagę w tym projekcie? Oczywiście, z pewnością aspekt promowania kultury i filmu, ale może w Twoim przypadku, był w tym jakiś sentymentalizm?

Árni Ásgeirsson: Korzystam z każdej okazji, by odwiedzić Polskę. Naprawdę uwielbiam to miejsce.

UMP: Miło to słyszeć. Widziałem ostatnimi czasy sporo islandzkich filmów, rozmawiałem też z artystami stamtąd i pewna rzecz wpadła mi do głowy. Wspomniałeś tę atmosferę kina wschodniej Europy, zatem czujesz może to, że Polacy też coraz bardziej interesują się kulturą islandzką? Z uwagi na to, że wielu imigrantów na Islandii to Polacy, może jest jakaś wyjątkowa więź między naszymi krajami?

Árni Ásgeirsson: Myślę, że tak. Jeśli spojrzysz na stereotypowego mieszkańca Skandynawii, oni są introwertykami, ludźmi zamkniętymi I wycofanymi. To widać w ich kinematografii, z tą skandywnawską depresją, która jest wszechobecna. Ale Islandczycy żyją na wyspie, oddaleni od świata, przez co jesteśmy trochę bardziej szaleni, zdezorganizowani, spontaniczni i sarkastyczni wobec samych siebie. I myślę, że Polska jest w wielu aspektach do nas podobna. Jest trochę chaotyczna, trochę szalona…

UMP: I uwielbiamy tu narzekać…

Árni Ásgeirsson: I uwielbiacie czarny humor. W tej sytuacji, Polacy i Islandczycy dogadują się naprawdę dobrze, a takich wspólnych cech jest więcej niż nam się może wydawać.

UMP: Kończąc nasza rozmowę – pracujesz na jakimś nowym projektem?

Árni Ásgeirsson: Tak, tym razem to będzie animacja dla dzieci. Dopiero zaczynamy, więc trzeba na to poczekać jakieś dwa lata. Pracuje tez przy reklamach, również w Polsce. Mam szczęście, że wracam tutaj kilka razy do roku, pracuję i spędzam czas ze znajomymi. Po prostu korzystam z obecności w tym szalonym kraju.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s