Niepoprawnie Kontrowersyjni #3 – Rob Zombie

Rockman i król sadyzmu w jednej osobie, czyli Rob Zombie w Niepoprawnie Kontrowersyjnych.

Advertisements

Kiedy ktoś nadaje sobie ksywę Rob Zombie, to z miejsca wiem, że coś się dzieje. I Niepoprawnie Kontrowersyjni to miejsce wprost idealne dla tego artysty – jeśli Eli Roth jest królem tandety w kinie gore, to Rob Zombie jest absolutnym pionierem groteski w tym gatunku. A dodatkowo człowiekiem, który otwarcie skrytykował Przebudzenie Mocy, za co ma moje dożywotnie uznanie. Zapraszam do kolejnego odcinka cyklu!

Rob-Zombie-Rick-Fagan

Robert Bartleh Cummings – bo jeśli się nie domyśliliście, Robbie nie miał na nazwisko Zombie od urodzenia – urodził się w styczniu 1965 roku w Massachusets, a dorastał w „nudnym miasteczku, do którego całkowicie nie pasował”. Nie była to jednak sztampowo stereotypowa, amerykańska rodzina  – matka Roberta pracowała przy organizacji cyrków i karnawałowych wydarzeń, przez co jako dziecko, Rob Zombie miał codzienną styczność z krzykliwymi kolorami festiwalu, klaunami, światem inspirowanym makabreską i innym dziwnymi rzeczami, które później odbiły się na jego filmowej twórczości. Jak sam przyznał w jednym z wywiadów – „Ja i mój brat potrafiliśmy spędzić cały dzień bawiąc się w domu strachów”.

Film nie był jednak najważniejszym, pierwszym powołaniem Roba. Stosunkowo szybko wybił się jako muzyk, formując metalową kapelę White Zombie w latach 80. Zespół odniósł kilka sukcesów, m.in. sprzedaż ponad 2 milionów krążków czwartego albumu White Zombie o patologicznie długim tytule Astro-Creep: 2000 – Songs of Love, Destruction and Other Synthetic Delusions of the Electric Head. Pomimo rosnącej popularności, Rob ostatecznie zerwał współpracę z zespołem i rozpoczął nagrywki solowe. Mając już całkiem dobrze wyrobioną markę w branży, na swoje albumy zapraszał gwiazdy pokroju Ozzy’ego Osbourne’a – kariera kwitła w najlepsze, ale to nie wystarczało. Rob Zombie (oficjalnie zmienił swoje imię i nazwisko w 1996 roku), rozpoczął w 1999 roku prace nad swoim reżyserskim debiutem, zatytułowanym Dom 1000 trupów – poniżej widzicie screen z tego dzieła. Premiera filmu odbyła się w 2003 roku.

drsatan

Film ten popełniłem jeszcze będąc dzieciakiem w gimnazjum i mój boże, jak mi ten zwyrodniały twór utkwił w głowie. Dom 1000 trupów był wyjątkowo krwawym gore, w którym kilku biednych, młodocianych Amerykanów trafiło pod nóż lubującej się w krwawej łaźni rodziny. Inspiracje wspomnieniami z dzieciństwa dotyczącymi cyrków były wszechobecne, począwszy od głównego psychopaty z rodzinki Firefly – ucharakteryzowanego na klaunaCpt. Spauldinga (ikoniczna rola Sida Haiga), a skończywszy na wystrojach wnętrz i ogólnej stylistyce filmu. Debiut filmowy Zombiego nie został jednak dobrze przyjęty – krytycy dopatrywali się miernych imitacji Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, zarzucając Zombiemu przesadną brutalność i brak warsztatu. Ale cóż, po trupach do celu.

Zombie zżył się z ekranową rodziną Firefly na tyle, że kilka lat później nakręcił kontynuację ich chorych wycieczek (poniżej screen z planu zdjęciowego, gdzie obok naszego bohatera stoi Sid Haig). Tym razem ruszyli oni na podbój Ameryki, siać zamęt i przy okazji rozpłatać kilka czaszek. Zatytułowany Bękarty diabła, film miał swoją premierę w 2005 roku. Rob Zombie nie miał jednak łatwej przeprawy – producenci, którzy sugerowali się nie tylko negatywnymi recenzjami, ale skrajnymi reakcjami widowni (zasłabnięcia, omdlenia, opuszczanie sal kinowych itp.), ukrócali finezję artystyczną Roberta. Rob kręcił zatem dwie wersje większości scen – jedna wedle jego widzimisię, druga zaś dla połechtania producentów. Bękarty diabła, utrzymane w jeszcze bardziej groteskowym klimacie niż poprzednik, zostały nieco lepiej przyjęte – krytycy uznali bowiem, że nastąpił postęp w reżyserskim rozwoju Roba. Stephen King okrzyknął nawet Bękarty diabła 9 najlepszym filmem 2005 roku, twierdząc, że kicz i specyfika klimatu kina z kaset VHS z dzieła Roba Zombie, były zapewne celem Quentina Tarantino w Kill Bill.

Rob-Zombie-rob-zombie-209618_500_331

Rozochocony pozytywnym odbiorem swoich dwóch filmów i kultem, którym obrosły, Zombie zabrał się za renowację historii Pana Myersa, dobrze znanego horrorowym wielbicielom mordercy, który był bohaterem franczyzy Halloween. Pierwsza odsłona interpretacji Robbiego z 2009 była odejściem od charakterystycznej dla niego groteski i slapsticku – to był mroczny, gęsty thriller, który pokazał, że Zombie ma w zanadrzu coś więcej niż tandetę i klauny. Wszystko byłoby pięknie, ale niestety – powstała część druga. I to jeden z niewielu filmów, którego ocena na imdb.com jest także moją – 4.1. Tak niepotrzebny, jak i ślamazarnie poprowadzony i zwyczajnie głupi, nie był żaden z poprzednich filmów Roba. Z deszczu pod rynnę w najlepszym wydaniu.

Ostatnim filmem Roba jest Lords of Salem z 2012 roku, w którym główną rolę gra jego ekscentryczna małżonka, Sheri Moon Zombie. To film nierówny, ale w moim osobistym odczuciu najdojrzalszy i wizualnie intrygujący – poniżej znajdziecie scenę z użyciem Mozartowskiego geniuszu, która oddaje cały klimat filmu – dziwaczny i pełen symboli. Ot, cały Rob Zombie.

Kontrowersja wydaje się śledzić Roba jak cień. Jego kolejne filmy wywoływały bardzo mieszane reakcje, a sam artysta zebrał już pokaźne grono anty-fanów na całym świecie. Ze strachem zatem przyjąłem informację, że jego najnowsze dzieło – 31 – już zostało odrzucone przez wiele kin w Stanach, zaś podczas premiery w Sundance, gro widowni opuściło salę, otwarcie krytykując lejący się zewsząd sadyzm. Zgodnie ze słowami reżysera – „to zdecydowanie mój najbrutalniejszy film”, można było się spodziewać masakry. Idąc zatem na 31 (jeśli jakiekolwiek kino wykupi prawa do dystrybucji…) należy za wczasu zapoznać się z twórczością Roba.

Na samym początku wspomniałem też o krytyce Przebudzenia Mocy – nie bez powodu. Poza tym, że wiekszość jego filmów to piramidalnych rozmiarów głupota i patologia, którą Zombie żongluje w bardzo specyficzny sposób, Rob ma bardzo ciekawe poglądy na temat obecnego stanu rynku filmowego. W niejednym wywiadzie otwarcie krytykował nadmierne używanie CGI (Polecam wypowiedź na temat Avatara…), co także było tematem jego komentarza odnośnie Przebudzenia Mocy. Ponadto, to gość, który nie dorabia wydumanych teorii do swoich ociekających krwią i osoczem obrazów – ma swoja określoną widownię, której dostarcza radochy. I trzyma się tego, co sprawia mu przyjemność. A to, że otwarcie mówi o tym, że green screen jest plagą w dzisiejszym kinie to inna kwestia. Z innej beczki, kilka dni temu opublikował poniższe zdjęcie, za co został powszechnie zniszczony w Internecie – promując tandetny, japoński zespół Babymetal. Ale niewiele sobie z tego hejtu robi, twardo stojąc po stronie nastoletnich gwiazdeczek. Muzyki Babymetal nie polecam, ale dobrze, że Rob pozostaje nieugięty.

robzombiebabymetal

Ale nie należy go też szufladkować jako filmowca – w jednym z wywiadów wspomniał, że chciałby nakręcić dramat biograficzny o jednym ze swoich idoli, Groucho Marxie, amerykańskim komiku i aktorze telewizyjnym. I chwała mu za to, bo już sądziłem, że jego flagowym produktem na zawsze pozostaną psychodeliczne klauny z piłą mechaniczną.

Zajrzyjcie na mój fanpage na FB i śledzcie #NiepoprawnieKontrowersyjni na Twitterze.


Jak jesteście głodni więcej informacji o Robie, zajrzyjcie tutaj:

  1. Obszerny wywiad z Robem i Sheri o nowym filmie – 31.
  2. Oficjalna strona Roba.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s