Powodów kilka dla których “Gotham” jest koszmarem fana DC

Jak dość jednoznacznie wynika z tytułu tego artykułu, serial Gotham nie jest spełnieniem moich marzeń. Co prawda nie potrzebowałem respiratora, żeby przebrnąć przez kolejne odcinki, ale była to rozrywka z gatunku tzw. guilty pleasure. I wraz z końcem drugiego sezonu postanowiłem wreszcie podzielić się swoimi przemyśleniami nad tym, dlaczego ten serial jest tak astronomicznych rozmiarów klapą.

gotham_header_h_2015Sama idea serialu jest… 

… Lekko nietrafiona. Oczywiście, komiksy dotyczące Batmana sporo uwagi poświęcają Gotham przed narodzinami postaci Batmana i faktycznie, Jim Gordon odgrywa tutaj kluczową rolę (chociażby w komiksie The Killing Joke, czyli genezie powstania Jokera). Twórcy Gotham wyszli jednak z założenia, że Batman nie jest potrzebny w tytułowym mieście, a wszyscy jego przeciwnicy mogą hulać jeszcze w latach młodości Bruce’a Wayne’a. Logika jednak nakazuje myśleć, że jeśli Bruce jest teraz szczeniakiem (w serialu ma około 15 lat), a taki Pingwin ma przynajmniej 30 lat, to Batman w sile wieku walczyłby z Pingwinem poruszającym się o lasce. To bardzo depresyjna wizja.

I oczywiście, część fanów już została kupiona, bo serial wprowadził tyle postaci, że nawet Joel Schumacher może pozazdrościć. Jest młodociana Kobieta-Kot, Pingwin, Człowiek-Zagadka i zastępy mniej znanych przeciwników Nietoperka. Wszystko wygląda pięknie na papierze, tylko brakuje nam głównego bohatera Gotham. Gdyż z całym szacunkiem, Ben McKenzie zasługuje na miano Nicolasa Cage’a seriali, a jego Jim Gordon jest postacią wywołującą we mnie fizyczny ból. Łezka w oku się kręci na myśl o roli Gary’ego Oldmana.

Gotham prezentuje „Sloppy writing” w najlepszym wydaniu.

Ilość niezałatanych dziur, skrótów i absurdów występująca w całym Gotham jest wprost porażająca. Przykład z finału drugiego sezonu: oto Jim Gordon wraz z Foxem muszą rozbroić bombę, której wybuch może skazić całe miasto (tak, trąci tutaj zwieńczeniem trylogii Nolana). W ostatnich sekundach, drogą przypadku, zażegnują niebezpieczeństwo… wylewając szklankę wody na bombę wielkości szafy. Nietrudno sobie wyobrazić proces powstawania takiej sceny – „Dobra, niech przetną jakiś kabel i tyle… albo lepiej! Niech wyleją trochę wody i zrobią śmieszną minę. Mamy to.” A nam nie pozostaje nic innego jak reakcja poniżej.

Problemów takich jak ta jedna scena jest w zasadzie pakiet w każdym jednym odcinku. Dodajmy do tego okropnie sztywne dialogi, z którymi sami aktorzy niejednokrotnie czują się źle (pionierką jest tutaj Jada Pinkett-Smith i jej kiczowata Fish Mooney) i mamy… przepis na sukces według Bruno Hellera (twórca serialu). I oczywiście, Gotham od początku miało odznaczać się pewną auto-ironią, dystansem do koncepcji skorumpowanego miasta i jego charyzmatycznego rycerza, ale granice zostają wielokrotnie przekroczone w nieznośny sposób. Na domiar złego, żyjemy w dobie naprawdę znakomitej telewizji, gdzie najlepsze seriale są prawdziwymi perłami, z dogranym każdym elementem. Przyciągają wielkie nazwiska, mają świetne scenariusze i doskonałą muzykę. A w Gotham nie występuje nic z wyżej wymienionych.

Mimo wszystko…

… ludzie za coś pokochali tę paskudną maszkarę. I ja również siadałem przed laptopem, wiedząc przecież, że moje nadzieje na podniesienie poziomu produkcji są jak marzenie o piwku z Kevinem Smithem. Paradoksalnie, ta wszechobecna i przejmująca tandeta, kipiąca z każdego dialogu i sceny, staje się na tyle przejaskrawiona, że zaczyna tworzyć pewien specyficzny klimat. Klimat złych charakterów z komiksów Batmana, ich wydumanych teorii zniszczenia i pompatycznych, heroicznych czynów obrońców Gotham. Jest naiwnie, ale jest także symbolicznie. Momentami, ta kiczowata fiesta przypomina nawet założenia serialu z Adamem Westem w roli Batmana z lat 60. ubiegłego wieku, którego nie można było traktować na poważnie – klasykiem stał się jednak niepodważalnym. Tutaj nie mamy złoczyńcy miotającego jajkami ani otyłego Człowieka Nietoperza, ale z odsieczą przychodzą takie kwiatki jak partner Gordona Bullock, czy też Pan z wybuchowymi balonami.

dr-strange-gotham

Przyznaję jednak, że kilka postaci trzyma całą tę rozpadającą się ruinę przy życiu. Rola Robina Lorda Taylora jako Pingwina jest wyborna i z czystym sumieniem przyznaję, że przebił on Danny’ego De Vito z burtonowskiego Batmana. Świetny jest także Człowiek Zagadka (Cory Michael Smith), lekko inspirowany Carreyem, ale idący bardziej w stronę bezlitosnego socjopaty. W nowym sezonie z przyjemnością zaś patrzyło się na Dr. Strange’a (BD Wong), który był konsekwentnie omijany w filmowych adaptacjach, pomimo swojej kluczowej roli w komiksowym uniwersum.

Trzeci sezon nadchodzi i aż strach się bać.

Chociaż Gotham miało być zdjęte po 1 sezonie, czarne chmury zostały nieco rozwiane i łaskawie popchnięto trzeci sezon do produkcji. Nie wiem, czy powinienem się cieszyć czy płakać, ale tym się pewnie podzielę wraz z końcem tego nadchodzącego sezonu. Póki co liczę na to, że Fish Mooney spadnie z mostu, wpadnie pod pociąg, poślizgnie się na skórce od banana i wpadnie w przepaść, lub stanie się cokolwiek innego. Bo jeśli jeszcze raz usłyszę “I’m Fish Mooney, bitch”, to przysięgam, sam wystosuję petycję do twórców.

Advertisements

One thought on “Powodów kilka dla których “Gotham” jest koszmarem fana DC

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s