WDF – Krwiożercze dziecko z kanałów

Magia kina klasy B porwała mnie po raz kolejny – krwawa fiesta zabójczego embriona była wyśmienitym seansem.

Advertisements

12606769_581779275308686_680077402_n

Są filmy, których zdobycie graniczy z cudem – sporo się natrudziłem wraz z moim wiernym kompanem od najgorszych filmów świata, by w końcu ujrzeć Zemstę Embriona (1990). Ale po kilkutygodniowej przerwie w WDF, powracam z prawdziwie spektakularnym dziełem turpistycznej sztuki. 

Wpadki w łóżku zdarzają się często – jedna z nich doprowadziła pewną młodą parę do szemranej kliniki aborcyjnej, umieszczonej w drewnianej ruderze, na skraju nieznanego widzom miasta. Zarodek zostaje usunięty i zutylizowany, ale nie wiedzieć czemu, nienarodzony nie zamierza tak łatwo odpuścić – rozpoczyna się dramatyczna walka o przetrwanie między ludźmi w klinice a śmiercionośnym embrionem.

Przesłanie, które niesie za sobą Zemsta Embriona, przypomina pewien kompromis między pogańskimi wierzeniami oraz dzisiejszą formą religii. Z jednej strony pojawia się iście katolicka krytyka praktyki usuwania zarodka, z drugiej zaś zaprezentowane są konsekwencje takiego aktu, czyli nadejście potwora z zaświatów. Reżyser Francis Teri w sposób jednoznaczny oponuje zatem przeciwko aborcji, oblepiając swój filmowy pół-produkt formą exploitation movie – klinika to obskurna dziura, do której nawet strach wejść, a operacje wykonuje się wieszakiem na koszule (który po wykonanym zabiegu zostaje właśnie w ten sposób spożytkowany). Pracownicy tego siedliska zła są także paradą pionków Lucyfera – znajdzie się miejsce dla niezrównoważonego psychicznie agresora-prowokatora (grający go aktor wygląda tak, jakby sama obecność na planie była wyjątkowo uciążliwa), uboższą wersję gliniarza z Beverly Hills oraz demoniczną burdel-mamę, sprawującą pieczę nad całym zgromadzeniem.

The-Suckling-

Wszystko to jednak jest okraszone tak koszmarnym wykonaniem, że nie sposób do Zemsty Embriona podejść na poważnie. Aktorzy silą się przy każdorazowej próbie dialogu (a tego scenariusz Teriego zawiera zadziwiająco dużo), muzyka sama sobie sterem i okrętem, a montaż woła o pomstę do nieba. Prawdziwy spektakl rozpoczyna się jednak wraz z nadejściem tytułowego embriona.

Nasycony fekaliami ze ścieków, zarodek przemienia się w krwiożerczą bestię, zwinną jak lamparcica, silną jak wieprz i z zębami jak pirania. Potrafi także dusić pępowiną i kryć się w muszli klozetowej – pojawia się i znika, terroryzując swoje ofiary w bardzo wymyślny sposób. Niestety, geneza tej symfonii grozy nie zostaje nam w żaden sposób wyjaśniona. I to chyba jest w Zemście Embriona najbardziej rozbrajające – reżyser marnuje mnóstwo czasu na zbędne didaskalia przez pierwsze pół godziny filmu, podczas których wysłuchujemy aktorskich wysiłków. Jednak gdy przechodzi do meritum, traci głowę, w szaleńczym tempie eliminując gości i pracowników kliniki. Mnożą się zatem wybite szyby, strużki krwi i jęk embriona, ale po jakimkolwiek wyjaśnieniu – ani widu, ani słychu.

I tak, Zemstę Embriona polecam z całego serca fanom kina klasy najgorszej. To poetycki, nieomalże wzruszający manifest dotyczący ważnego tematu, obecnego w społeczeństwie. Po zobaczeniu dzieła Francisa Teriego dwukrotnie zastanowicie się dwukrotnie, zanim zechcecie skonsumować swoje uczucia…

Trailer:

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s