Dlaczego nie pokochaliśmy prequeli Gwiezdnych Wojen?

Czyli moje rozważania na temat najdziwniejszego sporu w historii kina rozrywkowego – czy prequele były AŻ TAK złe?

Advertisements

Batalia w Internecie dotycząca fanów oraz anty-fanów tzw. prequeli (Mroczne Widmo, Atak Klonów i Zemsta Sithów) rozgorzała na nowo po premierze Przebudzenia Mocy, zaś jakiegokolwiek consensusu nie widać na horyzoncie. Argumenty sypią się z jednej i drugiej strony, a wniknięcie w szczegóły tej dyskusji potrafi wciągnąć. I tym sposobem uznałem, że i ja swoje pięć groszy dorzucę i podzielę się swoimi wnioskami dotyczącymi sporu o prequele.

warsIII77

Argument przeciw: Hayden Christensen.

Argument dotyczący głównie postaci Anakina Skywalkera i odgrywającego go Haydena Christensena, jest zapewne najczęściej wytaczanym działem naprzeciw fanom prequeli. Chociaż grono odrzuconych nazwisk spośród tych, którzy o tę rolę się ubiegali, zawiera chociażby Ryana Phillippe’a, Paula Walkera, syna Toma Hanksa, a nawet Leonardo DiCaprio, wybrano mało znanego Christensena, który, mówiąc delikatnie, ciężaru nie uniósł. Podczas gdy jego wzrok pełen nienawiści w Zemście Sithów robił wrażenie, to już sielankowe dyskusje z Natalie Portman mogły wywołać jedynie nudności i za to został publicznie zmieszany z błotem. Nie pomogły także nieudolne wysiłki twórców w kwestii dialogów, gdyż perły pokroju “From my point, the Jedi are evil!“, zasługiwały jedynie na wołanie o pomstę do nieba. Christensenowi po prostu zabrakło tego “czegoś” – zgoda.

Należy jednak mieć na uwadze fakt, iż Gwiezdne Wojny nigdy nie grzeszyły zbyt filozoficznymi wywodami, również w tzw. oryginalnej trylogii. Przyznać jednak trzeba, że Lucas miał znacznie więcej wyczucia w kwestii rozpisywania dialogów, przez co oprócz “It’s a trap“, w zasadzie nie ma takich złotych myśli wyrwanych z kontekstu, krążących po Internecie. Niestety, prequele obarczono dodatkowo rozległymi dyskusjami o tematyce politycznej, które chociaż zarysowywały tło wydarzeń, dla większości widzów były zwyczajnie zbyt skomplikowane i nużące. Ale jak bardzo nie próbowałbym bronić tych filmów, poniższa scena odziera mnie z jakiegokolwiek orężu…

Argument za: Muzyka w prequelach trzymała równie dobry poziom co w oryginalnej trylogii.

Chociaż Imperial March towarzyszący Darth Vaderowi pozostaje niezmiennie muzyczną ilustracją hasła Gwiezdne Wojny, to Williams dopiero w prequelach rozwinął skrzydła. Wszystkie trzy części drugiej trylogii mają fenomenalną ścieżkę, ale to interpretacja transformacji Anakina w ujęciu amerykańskiego kompozytora robi bezapelacyjnie największe wrażenie. Duel Of The Fates w końcowej scenie Mrocznego Widma, czy też Anakin vs. Obi Wan przyćmiły nadmierne użycie raczkującego CGI, czy też rażąco kiepskie dialogi. Jednak dopiero wsłuchując się w kompozycje w kolejności chronologicznej słychać ideę Williamsa – od lekkiej, nieomalże trącącej infantylnością muzyki z Mrocznego Widma, poprzez bogatszą w pompatyczną esencję do Ataku Klonów, a skończywszy na mrocznym, niepokojącym finale w Zemście Sithów, Williams zilustrował przeobrażenie Anakina lepiej niż ktokolwiek. Z resztą, wystarczy posłuchać utworu poniżej, żeby zrozumieć, z czym mamy do czynienia.

Argument przeciw: Kostiumy wygrały z CGI.

Bezsprzecznie, ten argument przemawia także i do mnie. Chociaż będąc dzieckiem byłem zakochany w mieczach świetlnych z sypiącymi iskrami i zgrajach komputerowych stworzeń, upływ lat i postęp techniki uwydatniły jak to wszystko zostało skąpane w słodkiej polewie z kiczu. Chcąc wygenerować przestrzenny, bajeczny i wyśniony świat, Lucas poszedł o jeden most za daleko. Szkoda, gdyż chociażby starania Petera Jacksona w trylogii tolkienowskiej zapierają dech po dziś dzień, udowadniając tym samym, że prequele mogły przetrwać próbę czasu w materii wizualnej.

Nie wszystkie efekty CGI zrobiły jednak tak fatalne wrażenie. W szczególności upadek galaktycznej republiki (chociażby scenerie ze scen Rozkazu 66) zilustrowany w finałowej części nowej trylogii, został okraszony najbardziej dopieszczonymi efektami, którym nie można zarzucić już tak jawnego efekciarstwa. Niestety, w ogólnym rozrachunku, lepiej spożytkowane zostały pieniądze wydane na statystów z poprzedniego milenium, którzy dzielnie przyodziewali stroje stormtrooperów i ganiali za Jedi.

fmvct

Argument za: Fabuła prequeli była znacznie głębsza i lepiej obrazowała rywalizację zakonów Jedi i Sith.

Odkładając na bok sentymenty, fabuła oryginalnej trylogii była prostolinijna i niewiele opowiadała o faktycznym stanie tej niewyobrażalnie wielkiej galaktyki. Większość akcji osadzona była na pustyni lub Gwieździe Śmierci, a fabularną osią pozostawały losy Luke’a i Hana Solo – dopiero w tle toczyła się zakrojona na wielką skalę batalia. Nie była ona jednak zbyt obszernie zarysowana, a faktu, że Imperium przegrało głównie z uwagi na niewyrośnięte niedźwiedzie z dzidami, wprost nie da się wybaczyć. To chyba jeden z największych absurdów na jakie pozwolił sobie Lucas i który – o dziwo! – został mu wybaczony.

Dla równowagi, prequele skrupulatnie uzupełniły ten niewyraźny rys. Jak mdła by nie była miłość łącząca Padme i Anakina, dała ona podstawy do powstania Lorda Vadera – zraniony i nieznający swojej siły młokos był wiarygodną poczwarką dla ikony Gwiezdnych Wojen. Przypatrzeć się także warto innym postaciom – Mistrz Yoda, ze zdziwaczałego, zielonego starca z mokradeł, nagle przemienił się w potężnego mistrza zakonu Jedi. Co więcej, wiele postaci znanych z oryginalnej trylogii, pozwolono nam lepiej poznać i zrozumieć, np. Obi-Wana Kenobiego. Pomimo ogromnego szacunku jakim darzę Aleca Guinnessa i jego stoicki spokój, którym emanował z niego w Nowej Nadzieji, moje serce skradł Ewan McGregor, którego interpretacja nadała kompletnie innego wymiaru tej postaci.

Wo9p3uj

Podsumowując?

Główną bolączką Lucasa było zatem zaniechanie poszukiwań złotego środka, gdyż te dwie trylogie to antypody. Jedna była banalnie prosta, momentami naiwna, ale chwytająca za serce głównie dzięki powalającej wyobraźni twórców. Druga zaś obudowana politycznymi zawiłościami do stopnia, że wiele pobocznych wątków zaginęło, a główna oś zaczęła się zacierać. Winić zatem można – po raz kolejny – jedynie przerośnięte ambicje George’a Lucasa.

Jeśli liczyliście na jakąś konkluzję na zasadzie “prequele są lepsze” lub “Lucas do piachu, Disney krul” – to macie prawo być rozczarowani. Pozostanę przy swoim, że chociaż wiele można zarzucić Christensenowi (poza tym, że ja też nie lubię piasku i się z nim zgadzam…), można także mieć dosyć komputerowej fazy na ekranie – prequele miały swój urok. To mimo wszystko Gwiezdne Wojny, które pozostają jednym z najpiękniejszych osiągnięć ludzkiej wyobraźni i filmowej kuźni. I może zamiast “hejtować”, po prostu cieszmy się, że Gwiezdne Wojny (jeszcze) nie doczekały się follow-upu/upadku pokroju Hobbita. Nie chwalmy oczywiście dnia przed zachodem słońca, bo Łotr Jeden także może zaskoczyć…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s