WFF 2016 – Potwór z Martfű

W węgierskim kryminale atmosfera gęstnieje z minuty na minutę – Árpád Sopsits zgrabnie buduje napięcie, zaś w jego rytm wpasowują się również aktorzy i świetne zdjęcia. Ale pomimo penetrującego niepokoju i artystycznego podejścia do mrocznego tematu, Potwór z Martfű przypomina kalkę z wielu innych thrillerów – doskonale zrobioną, ale wciąż kalkę.

Akcja filmu osadzona jest w latach 60. w prowincjonalnej miejscowości Martfű na Węgrzech, gdzie dochodzi do brutalnego morderstwa i gwałtu na pracownicy lokalnej fabryki butów. Sprawca zostaje znaleziony zaskakująco szybko, lecz po siedmiu latach mieścinę nawiedza kolejne przerażające zabójstwo, noszące znamiona zbrodni sprzed lat. Dochodzenie jest trudne, a gwałciciel czuje się coraz pewniejszy siebie i dokonuje zuchwalszych, bardziej odrażających zbrodni.

Pogoń za mordercą to dla Sopsitsa obiekt zainteresowania jedynie w pierwszej, aczkolwiek znacznie lepszej części filmu. Nurzając swój thriller w ponurych szarościach i zgniłej zieleni, węgierski reżyser doskonale operuje nastrojem, wyważając napięcie całej historii. Nie stroni od mocnych, drastycznych scen (m.in. gwałtów), pokazując zdeprawowane fascynacje antagonisty i zestawiając jego impulsywną naturę ze ślamazarnie prowadzonym śledztwem. Reżyser ciekawie nakreśla też postaci swojego thrillera – zarówno uzależnionego od alkoholu policjanta i wspomagającego go wychowanka prokuratora, jak też samego gwałciciela. Dzięki temu pierwsza godzina Potwora z Martfű mija wyjątkowo szybko.

potwormartfu2

Ten duszny klimat zaczyna niestety męczyć w drugiej części filmu. Gdy Sopsits zbyt wiele uwagi poświęca wątkom pobocznym, historia niepotrzebnie się rozwleka i traci swój „środek ciężkości”. Audiowizualne fajerwerki z pierwszej godziny filmu tracą blask z winy fabularnych dziur, zaś mroczna, ciężka atmosfera staje się przytłaczająca. Paradoksalnie, ten misternie budowany początek staje się problemem reżysera, który chcąc zarysować zbyt szczegółowy obraz, zatraca fundamenty głównej osi wydarzeń. I tak, finał filmu nie szokuje, ani też specjalnie nie wciąga – jest zbyt nachalną, wymęczoną i przewidywalną konsekwencją tego, co obserwujemy.

Warto zwrócić także uwagę na całą gamę poprzedników, którzy wpłynęłi na ostateczny wygląd filmu Sopsitsa. Węgierski kryminał przypomina chwilami dzieła takie jak Zodiak Davida Finchera, Stare grzechy mają długie cienie Rodrigueza, Siedem Dni Daniela Grou, czy też Labirynt Denisa Villeneuve’a. Jednak czerpiąc inspirację ze wspomnianych tytułów, Sopsits buduje swój własny, mroczny świat – obraz zaściankowej, biednej społeczności, zamkniętej w klatce przerażenia i bezradności. I to udaje mu się osiągnąć z zaskakującą lekkością i swobodą.

Jak podkreśliłem wcześniej, Potwór z Martfű nie jest seansem dla widzów o słabych nerwach. Jednak Ci, którzy przemoc w kinie są w stanie przyjąć bez przyspieszonej akcji serca, powinni dać się oczarować przygnębiającej wizji Árpáda Sopsitsa. Mam też małą sugestię – po takiej dawce depresji przyda się jakieś odreagowanie i proponuję wziąć to pod uwagę przy „poseansowych” planach.

Seanse w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego:

11.10 (wt) – 18:30, Multikino 2

Advertisements

One thought on “WFF 2016 – Potwór z Martfű

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s