Podsumowanie WFF 2016 oczami blogera

Pierwszy raz w nowej roli

Zacznę od tego, że pierwszy raz w życiu otrzymałem propozycję prowadzenia spotkań z reżyserami, aktorami, producentami itp. Do tej pory siedziałem sobie w swojej „piwnicy” na zielonym Żoliborzu, pisałem recenzje, szperałem w Internetach w poszukiwaniu arthouse’u i niejednokrotnie irytowałem się, że dostęp do dobrego kina jest dla moich rodaków tak ograniczony. Jednym słowem, wrzucono mnie na głęboką wodę, bym mógł poczuć klimat festiwalu od kuchni. Pierwszy Q&A – z twórcami kontrowersyjnego dokumentu Putin Forever? – był świetnym zaprawieniem w boju. Dyskusja rozgorzała na tyle, że ciężko było przewidzieć jej zakończenie. A potem poczułem wiatr w żaglach i popłynąłem z nurtem festiwalowego klimatu. Kolejne rozmowy przebiegały pomyślnie, a mnie uwzględniono nawet w festiwalowej telewizji:

Ta zmiana była dla mnie ogromnym przeskokiem. Rok temu zaczepiałem twórców, tłumacząc im, że piszę sobie bloga i chciałbym z nimi porozmawiać. Zawsze byli chętni, odpowiadali na moje pytania, pomimo tego, że pisałem prawie do szuflady (tak, trochę użalania się nad sobą być musiało). W tym roku czułem się wyróżniony tym, że podchodząc do nich, miałem na sobie plakietkę Warszawskiego Festiwalu Filmowego – taka osobista nobilitacja. Z ich strony niewiele się zmieniło – nadal z radością słuchali moich pytań, opowiadali o swoich dziełach z pasją. Zmiana nastąpiła jednak we mnie.

Jak zawsze, festiwale i przeglądy charakteryzują się tym, że trafia się na szeroki wachlarz obrazów – jedne wgniatają w fotel, inne nie trafiają do mnie kompletnie. Tak było podczas moich ostatnich filmowych wojaży – chociażby islandzkiego kina podczas Ultima Thule. Tegoroczny WFF zgromadził prawdziwą mnogość tytułów, pokazując mi po raz kolejny, że kino artystyczne nie kończy się na Xavierze Dolanie (chociaż i on zagrzał sobie miejsce w tegorocznej edycji), Nicolasie Windingu Refnie, czy braciach Dardenne. I zgodnie z moją tezą otwierającą – pośród tej palety zróżnicowanego kina, swoje miejsce miały wzloty i upadki.

14695412_10154264846483600_5234875453749629014_n-1
Q&A z Fang Li, reżyserem Starych dobrych czasów

WFF 2016 – przyjrzyjmy się zbrodni

Wiele filmów z tegorocznego festiwalu skupiło się na rozumieniu zbrodni jako zjawiska – jej psychologii, niszczycielskich skutków i wszystkiego, co ze sobą niesie. Temat cierpienia i niezrozumienia konsekwencji swoich czynów został ciekawie pokazany w filmach dokumentalnych – Szukając schronienia (Chasing Asylum) australijskiej reżyserki Evy Orner pokazał bestialskie warunki w jakich przetrzymywani są ludzie szukający azylu w jej ojczyźnie. Harold Monfils w swoim Dobry dzień, by umrzeć (Good Day To Die) zaprezentował zaś okrucieństwo wojny oczami fotografii – jej tragizm, który zatacza szerokie koło, także dotykając ludzi, którzy próbują pozostać w niej bezstronni. Dwa mocne obrazy, dwa oddzielne stanowiska i jeden cel – pokazać, że w świecie dzieje się wiele złego, a kino bierze na swoje barki ciężar mówienia o tym innym.

Fabularne propozycje także poruszyły problematykę zbrodni jako zjawiska towarzyszącego ludzkości. Kolumbijski film Winowajcy, który zobrazował trudną sytuację osób żyjących w sąsiedztwie toczącej się wojny, która – za ich przyzwoleniem lub bez – wciąga w swój wir. Węgierski Potwór z Martfu zszokował drastyczną opowieścią gwałciciela polującego w małym miasteczku, podczas gdy X 500 skonfrontował marzenia o wolności z życiem skazanym na zbrodnię i nieszczęście. Nawet animacyjna perełka ze Szwajcarii – Nazywam się Cukinia – rozpoczęła swoją narrację od zbrodni, która rzuciła cień na późniejszą historię tytułowego bohatera.

14600853_10154259282208600_3414361602169732342_n-1
Q&A z Danielem Grou, reżyserem Króla Dave’a

Obok zbrodni jest nadzieja

Mroczne obrazy, które często zostawiły po sobie chłód i wyobcowanie, zostały skontrastowane z licznymi filmami, które potrafiły podnieść widza na duchu. I to był drugi motyw przewodni filmów, które udało mi się obejrzeć – przezwyciężanie tego mroku, cieni ludzkiej natury. Tutaj na pierwszym planie po raz kolejny wyłoniła się szwajcarska animacja Nazywam się Cukinia, która potrafiła wzruszyć nawet tak zatwardziałego i wybrednego widza jak ja. Prosta historia o chłopcu, który trafia do domu dziecka, naładowała widownię WFF pozytywną energią na długo. Nadzieję na lepsze jutro zaprezentował też zwycięzca sekcji dokumentalnej, polski film Komunia. Zaś w ślad za tymi dwoma pionierami podążył np. wspomniany wcześniej X 500 – przede wszystkim w części o bohaterze z Meksyku. O więzieniu z przymrużeniem oka opowiedział za to jordański, fabularyzowany dokument Błogosławione korzyści. Na deser zaś przyszedł francusko-kanadyjski Dzieciak – chociaż tematem były próby zrozumienia swojego pochodzenia, ostatecznie był to film pozostawiający przyjemne ciepło w sercu.

Zestawienie tych mrocznych filmów z niosącymi promyczek nadziei obrazami, nadało ciekawy wymiar mojej percepcji tegorocznych propozycji organizatorów festiwalu. Pokazało także, że kino artystyczne porusza tematy trudne, nie ucieka od krytyki, szokowania widza i zmuszenia go do wysiłku umysłowego. Czasem mogliśmy wyjść z kina poirytowani lub oburzeni, ale to kwintesencja kina. Nie każdy w końcu przetrawi Dragostea Din Tei w nowym filmie Xaviera Dolana – i to jest w kinie artystycznym piękne.

14517388_10154259226563600_6333357010961426181_n
Q&A z twórcami W tym samym ogrodzie

Publiczność chce poznawać kino artystyczne

To chyba najważniejszy wniosek płynący z rosnącej popularności WFF. Wiele seansów obrodziło w pełne sale, goście chętnie zostawali na sesjach pytań i odpowiedzi, nawet w późnych godzinach wieczornych. Q&A z Danielem Grou trwał prawie do 12 w nocy! Ludzie zadawali pytania, oceniali filmy i dopytywali, czy są jeszcze wolne miejsca na seanse. Kolejki do kas były wizualnym dowodem na to, że zainteresowanie festiwalem jest ogromne.

Przywrócono mi zatem wiarę w to, że kino artystyczne wcale nie obumiera. Mainstream zawsze definiowało Hollywood – a ono przecież nie jest europejskim kinem, które zbiera laury na świecie. Hollywood trafia do mas, zapewnia nam niezobowiązującą rozrywkę, której również potrzebujemy. Ale te tłumy na festiwalu pokazały, że niszowe filmy z przesłaniem, poruszające często trudne dla twórców, bardzo osobiste problemy, także mają brzydko mówiąc „branie”.

Kolejna edycja festiwalu już za rok. Może znowu będę miał tę wspaniałą możliwość współpracy z organizatorami, poznawać artystów z całego świata i zobaczyć kolejną dawkę awangardowego kina. Pogadać z reżyserem serialu Wikingowie o tym, dlaczego lubię każdą część Gwiezdnych Wojen i dowiedzieć się, że jeden z moich gości z Japonii kręcił krótkometrażówkę w moich rodzinnych Pabianicach.

14804874_1300897606608874_203351999_n
Eva Orner – zdobywczyni Oscara i reżyserka Szukając schronienia

A dla Was, czytelnicy Unusual Motion Pictures, mam jedną informację: przyjdźcie na kolejną edycję. I jeszcze kolejną. Interesujcie się kinem niszowym, czytajcie o nim, dzielcie się tym, co warto zobaczyć. Bo każda kolejna edycja zależy – w największym stopniu – od Was.

Poniżej zaś lista moich tekstów powiązanych z 32. Edycją WFF (podzielone na kilka podkategorii):

Nie przegapcie!

Warto rozważyć:

Pominięcie tych tytułów nie będzie grzechem:

Jeśli macie jakieś opinie o festiwalu, o filmach, które widzieliście, lub o czymkolwiek innym – zapraszam do komentowania!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s