WFF 2016 – Nazywam się Cukinia

Szwajcarska animacja autorstwa Claude’a Barrasa jest wprost urokliwie banalna – opierając się na nieskomplikowanym dialekcie z widzem, Nazywam się Cukinia chwyta za serce mocniej z każdą kolejną sceną. Ostatecznie, to tryumf prostoty – ujmującej, wzruszającej i w pełni angażującej widza emocjonalnie.

Chłopczyk samotnie mieszkający z mamą alkoholiczką, pewnego dnia zostaje osierocony. Nie rozumie swojej sytuacji, nie rozumie także swojej winy w tym, dlaczego zostaje zabrany z pustego domu. Jednak gdy trafia do sierocińca, poznaje kilkoro innych dzieci – wszystkich dotkniętych, tak jak on, pewną traumą. Cukinia powoli zaczyna się zatem oswajać z nowym życiem.

Nazywam się Cukinia to nie typowa animacja z XXI wieku, do których przywykliśmy. Próżno szukać tu inspiracji kinem akcji (Zwierzogród), czy rozlicznych odniesień do popkultury (niegdyś popularny Shrek). Mimo to, Claude Barras fenomenalnie buduje relację widza z tytułowym Cukinią. Hołdując zasadzie od ogółu do szczegółu, po pobieżnym zarysowaniu dramatycznej sytuacji chłopczyka, reżyser powoli nakreśla nam jego głębsze „ja”. Gdy Cukinia otwiera swoją szafkę w sierocińcu, zawiera się w niej cały dobytek jego dotychczasowego życia – własnej roboty latawiec z rysunkiem jego taty oraz puszka po piwie, którą zabrał swojej mamie, by o niej pamiętać. Używając takich drobnych detali, Barras porusza poważną problematykę – temat odrzucenia, niezrozumienia i izolacji w dzisiejszym świecie. I mając do dyspozycji świetnie nakreśloną postać Cukinii, jego film trafia w samo sedno.

cukinia2.jpg

Siła tkwi bowiem w doskonale zbalansowanej przemianie głównego bohatera. Z przestraszonego, skrytego i wyobcowanego, Cukinia rozkwita na naszych oczach – przeżywa dziecięcą miłość, radzi sobie z „hersztem” gromadki dzieci z sierocińca. Otwiera się przed widzem, poznając świat w innych barwach, jednocześnie nie porzucając swojej tęsknoty za domem. Wszystko to, chociaż nosi brzemię reperkusji z wielu innych filmów, w Nazywam się Cukinia jest wyjątkowo prawdziwe i wzruszające. Czuje się tu ducha bajek Disneya z dawnych lat, właśnie dzięki tej fenomenalnie ujmującej narracji – prostej, bez fajerwerków, ale szczerej i niewymuszenie bliskiej sercu.

Ogromnie ważnym atutem Nazywam się Cukinia jest również strona techniczna. Wykonanie, chociaż odbiega od wymuskanych wizualnie filmów Pixara, wpisuje się w sposób prowadzenia historii – jest proste, nieinwazyjne, przypominający stare bajki z naszego podwórka, które osobiście pamiętam z dzieciństwa – np. Misia Kolargola. Animacja poklatkowa przypomina także zeszłoroczny hit Anomalisa Charliego Kaufmanna, jest tutaj obecny Wallace i Gromit Nicka Parka i kilka innych, bardziej niszowych perełek.

Nazywam się Cukinia było chyba najbardziej zaskakującym seansem tegorocznego z warszawskiego festiwalu filmowego. Wobec tendencji do kręcenia coraz brutalniejszych, kontrowersyjnych historii, rebootów, remake’ów i filmów o piętrzących się konfliktach na świecie, szwajcarska animacja jest niczym kojący balsam – pięknie pachnący i pozostawiający przyjemne uczucie zapomnienia o tym całym brudzie naszej rzeczywistości.

Advertisements

One thought on “WFF 2016 – Nazywam się Cukinia

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s