Let Her Out

Oglądając film Cody’ego Calahana można wysnuć wniosek, że podobnie jak główna bohaterka Let Her Out, tak sam reżyser cierpi na rozdwojenie jaźni. Popadając ze skrajności w skrajność, kanadyjski horror irytuje brakiem konsekwencji, w rezultacie osiadając na gatunkowych mieliznach.

Helen (Alanna LeVierge) jest córką prostytutki, która przed 23 laty popełniła samobójstwo w przydrożnym motelu. Dziewczyna ulega wypadkowi samochodowemu, z którego udaje się jej wyjść cało. Jednak gdy okres rekonwalescencji dobiega końca, Helen nawiedzają wizje oraz zaniki pamięci, podczas których dochodzi do niewyjaśnionych zdarzeń.

Paranoję jednostki, która wyżera zdrowy rozsądek, da się zobrazować w sposób fenomenalny. Dowiodło tego wielu reżyserów, zaś na dziele jednego z nich – Lśnieniu Stanleya Kubricka – ewidentnie wzorował się Cody Calahan. Niestety, tak jak jemu daleko do wspomnianego mistrza, tak i Alannie LeVierge – odtwórczyni roli Helen – daleko do niezapomnianego Jacka Nicholsona. Protagonistka miota się po ekranie w marazmie godnym podziwu, lecz jej wysiłki są prawdziwie czcze. Ulegając bowiem wpływom coraz bardziej absurdalnego scenariusza Adama Seybolda, aktorka szybko zamienia się w karykaturę swojej postaci.

Trudno bowiem nie wybuchnąć śmiechem, gdy Helen np. przykłada stetoskop do swojej skroni, by usłyszeć siedzącego w niej demona, lub gdy zmaga się z zanikami pamięci przywiazując rękę do łóżka. Zgrzyty słychać także w drętwych dialogach, które szczególnie w pierwszej połowie Let Her Out potrafią przyprawić o ból głowy. Gdy Helen odwiedza swojego niedoszłego/byłego kochanka, ich sztuczna dyskusja przypomina wstęp do filmu dla dorosłych. Nie jest też łatwo przywyknąć do “wachlarza” postaci w filmie, gdy każda kobieta pojawiająca się na ekranie jest… brunetką.

Należy jednak oddać sprawiedliwość Calahanowi, bowiem nie wszystko w jego filmie, kolokwialnie mówiąc, leży i kwiczy. Przemiana Helen przywodzi na myśl Muchę Davida Cronenberga – jej fizyczność ulega równemu rozpadowi co trzeźwość umysłu. W sposób podobny do postaci Goldbluma w klasyku z 1983 roku, główna bohaterka Let Her Out desperacko szuka izolacji od świata, pragnąc ochronić swoją jedyną bliską osobę. To wypada bardzo wiarygodnie – Calahan sprytnie operuje efektami specjalnymi (z doskonałą charakteryzacją w finałowej scenie), lecz przede wszystkim światłem i kolorem, z silną inspiracją Neonowym demonem Nicholasa Windinga Refna.

Film Cody’ego Calahana potwierdza teorię, że najbardziej wtórnym gatunkiem filmowym jest horror. Obracając się dookoła świetnych pierwowzorów, Let Her Out nigdy nie ląduje na poziomie któregokolwiek z nich. Lepiej zatem zasiąść po raz n-ty do starego dobrego Lśnienia.

Ocena: 24/50

The director Cody Calahan seems to fight the very same demons as the protagonist of Let Her Out. Bouncing from one extreme to another, the Canadian horror is truly a challenge to go through and eventually lands far from genre’s greats.

Helen (Alanna LeVierge) is a daughter of a prostitute, who committed suicide 23 years ago in a motel. In present times, Helen is hit by a car, but manages to heal her wounds. However, once the convalescence is over, she is haunted by abusive visions and memory losses, which not only become more frequent, but more dangerous too.

An individual’s paranoia, which slowly devours traces of common sense, is a fascinating topic to portray in a film. Many remarkable directors proved it and one particular picture vastly inspired Cody Calahan – Stanley Kubrick’s The Shining. However, not only Calahan is far from Kubrick’s brilliance, but so is Alanna LeVierge from Jack Nicholson’s stunning performance. The protagonist throws herself in malaise, but she is completely unconvincing. Moreover, as the story reveals more absurd of Adam Seybold’s script, Helen is finally forged into full-bodied, ridiculous caricature of herself.

let-her-out-film-825x510

It is not easy not to burst into laughter, when Helen puts stethoscope to her temple to her the demon whispering in her head. Unfortunate are also the cheesy dialogues, that mainly in the first half of Let He Out, evoke a heavy headache when listened to. To prove my point, just watch the scene in which Helen meets her current-or-never-actually-present lover – there is some shady vibe of porn in this one. Finally, I found it hard to get familiar with the characters in the film, since all women – and I mean it by all – are brunettes, looking very, very similar to each other. Ugh.

Nonetheless, Calahan deserves at least a tidbit of credit. Helen’s progressive metamorphosis reminds of David Cronenberg’s The Fly – her physical downfall meets the “losing her mind” arch. Just as Jeff Goldblum’s character in 1983’s classic horror, Helen strives to protect the closest friend from the demons that possess her. Credibility is due to neat special effects (especially in the finale), but mainly astonishing usage of light and shadow, which strongly reminds of The Neon Demon by Refn.

Countless did I say it, but Cody Calahan proved me correct again – horror is the most repetitive genre in existence. Scavenging among classics from the past, drawing inspiration from them, Let Her Out never grasps even a percentage of their sheer brilliance. Simply put, it is better to watch The Shining again.

Grade: 24/50

Advertisements

Johnny Frank Garrett’s Last Word

Wyprana kolorystyka przypominająca The Ring, paranormalne, niewyjaśnione zjawiska i silnie nakreślone tło anty-religijne– tak w skrócie można by opisać horror Johnny Frank Garrett’s Last Words. Ale nawet mimo pewnej dozy sztampy gatunkowej, film Simona Rumleya ogląda się z przyspieszonym biciem serca.

Texas, lata 80. –  tytułowy Johnny Frank Garrett (Devin Bonnée) zostaje uznanym winnym gwałtu oraz morderstwa pewnej zakonnicy w miasteczku Armadillo. Tuż przed śmiercią, mężczyzna rzuca klątwę na wszystkich, którzy zadecydowali o jego straceniu. Wkrótce, jego słowa stają się upiorną rzeczywistością, którą oglądamy z perspektywy jednego z członków ławy przysięgłych z procesu Garretta – Adama Redmana (Mike Doyle).

Wiele horrorów szturmuje kina z przylepioną łatką “film oparty na prawdziwej historii”. To niezastąpiony wabik na koneserów horroru, który od wielu lat skutecznie funkcjonuje w co drugim tytule z tego gatunku. W przypadku Johnny Frank Garrett’s Last Words, ta informacja ma jednak znacznie więcej sensu. Simon Rumley opiera bowiem narrację swojego filmu na dokumencie zgłębiającym rzeczywistą sprawę Garretta. Pozwala to reżyserowi na swobodne mieszanie dramatu oraz dokumentu z wątkami klimatycznego horroru. Ponadto, Rumley zręcznie wplata motyw wiary, która także próbuje znaleźć odpowiedzi, kim lub czym jest nieżyjący Garrett. Niewierzący Redman,  czy też zastępy bogobojnych mieszkańców miasteczka – wszyscy na swój sposób tłumaczą kolejne makabryczne wydarzenia wstrząsające Armadillo. Ich śladem podąża także widownia, kwestionując naturę klątwy rzuconej przez Garretta – czy to rzeczywistość? Czy może zachwiana granica między jawą a koszmarem?

Johnny-Frank-Garretts-Last-Word-2016-movie-Simon-Rumley-5

W celu dostarczenia odpowiednich wrażeń, Rumley sięga do pokaźnego arsenału sztuczek. Dużą swobodą darzy kompozytora – Simona Boswella – znanego ze współpracy m.in. z mistrzem gatunku Dario Argento (reżyser Suspirii). Ścieżka dźwiękowa odgrywa przez to znacząca rolę w całym spektaklu. Pozbawione jednoznacznej linii melodycznej skrzypce, dudniące w tle basy i wplątane gdzieniegdzie krzyki tworzą barwne tło, które silnie oddzialywuje na wyobraźnię. Rumley jest także wielbicielem fast motion – chociaż montaż w jego filmie bywa irytujący, a czasem wręcz amatorski, reżyser szybko wynagradza to znakomitymi scenami (jak np. one-take w domu Redmana). W efekcie, Johnny Frank Garrett’s Last Words miewa swoje schyłkowe chwile, ale nigdy nie upada poniżej akceptowalnego poziomu dla szanującego swój czas widza.

Diabelska wyliczanka autorstwa Simona Rumleya – Johnny Frank Garrett’s Last Words – nie trafi pewnie do annałów historii kinematografii. Mimo to, jest w tym obrazie coś przedziwnie intrygującego, odstającego od szarej masy, którą mainstreamowa widownia jest zazwyczaj karmiona. To propozycja sklejona pod gusta nieco bardziej wymagającego konsumenta. Jeśli zatem oczekujemy solidnych wrażeń oraz gęsiej skórki podczas seansu, Rumley przyjdzie z idealną ofertą.

Ocena: 33/50

A palette of washed-out colors reminiscing The Ring, paranormal, eerie events taking place and boldly sketched, anti-religious background – Johnny Frank Garrett’s Last Words in a nutshell. However, even though cliché is somehow omnipresent, Simon Rumley’s flick still raises pressure.

1980s in rural Texas – the titular Johnny Frank Garrett (Devin Bonnée) is found guilty of a rape and homicide of a nun in a small town called Armadillo. At his deathbed, the man curses all the members of the jury, who decided about his fate. Soon, his words become a harrowing reality, that we observe through eyes of Adam Redman (Mike Doyle), one of the jury’s members.

A plenty of horror flicks storms the cinemas by advertising “based on a true story”, which lures the fans of the genre for decades now. However, Johnny Frank Garrett’s Last Words boasts about not only a true story, but also the source material it is based upon. Simon Rumley uses a real documentary as his reference points. Hence, the director blends a psychological drama with a pinch of terrifying reality, which eventually provides an outcome of a pretty nasty horror. Rumley skillfully inweaves his protagonist lack of faith, even though it seems that this is the only means to understand what Garrett really was. Nonetheless, either it is atheist Redman or pious, narrow-minded citizens for Armadillo – they all seek answers to the horrific events that follow the death sentence. Just as the characters in the film try to resolve the mystery, so does the audience – will we believe that Garrett’s curse is real? Or maybe it is a lunatics’ nightmare?

johnny

Rumley reaches for a ponderable variety of tricks to frighten the audience. He grants a lot of freedom to Simon Boswell, the author of the soundtrack, who also worked with remarkable Dario Argento (directed Suspiria). Due to that, the music brings a great deal of unease. The strings are deprived of one common melody line, whilst the chaotically vibrant bass matches the entire eerie design. Rumley is an aren’t fan of fast motion, which sometimes he uses too extensively. As a matter of fact, some parts of editing are flagrantly amateurish, but the director makes up for that. Some scenes – like the one-shot entrance of the entity to Redman’s house – are an astonishing piece of cinematography.

The hellish counting-out game played in Johnny Frank Garrett’s Last Words will not make to the pantheon of the genre. nonetheless, there is still something intriguing about it, a type of unexpected unease that could attract viewers tired of mainstream predictability. If you seek some harrowing experience and goosebumps, Simon Rumley’s flick should deliver it just fine.

Grade: 33/50

Uciekaj! / Get Out

Jordan Peele, renomowany komik oraz autor scenariusza stosunkowo przeciętnej komedii Keanu, postawił sobie wysoko poprzeczkę. Utrzymując swój film Uciekaj! na pograniczu psychologicznego horroru z domieszką charakterystycznego dla siebie humoru, uzyskał przepis doskonały – film, który niejednokrotnie bawi, wprawia w osłupienie, straszy, ale co najistotniejsze – nie pozwala nudzić się nawet przez chwilę.

Chris (Daniel Kaluuya) spotyka się z Rose (Allison Williams) od kilku miesięcy. Dziewczyna decyduje się zaprosić go na weekend do domu swoich rodziców. Chłopak, niepewny czy rodzina zaakceptuje jego odmienny kolor skóry, decyduje się spełnić życzenie wybranki. Jednak gdy tylko przybywa do odosobnionej rezydencji, zaczynają dziać się bardzo niespotykane rzeczy.

Pomysł na Uciekaj! pachnie od pierwszych minut filmem Król Zombie z roku 1941 – tam trójka mężczyzn trafia na bezludną wyspę, gdzie pewien ekscentryczny milioner zamienia swoich podwładnych w zombie. Reżyser żongluje wieloma tytułami, które Uciekaj! przekonwertowuje na własne potrzeby. Znajdzie się tutaj nawiązanie do Wyspy Dr. Moreau Frankenheimera, Skóry, w której żyję Almodovara, a nawet Django Quentina Tarantino. W filmie Peelego służący są, tak jak w Królu Zombie, czarnoskórzy. Zmienia się jednak perspektywa, z której oglądamy przedstawiane wydarzenia – trójkę białych mężczyzn zastępuje Afroamerykanin i jego percepcja rzeczywistości.

get-out-keith-stanfield

Mimo rozlicznych inspiracji obecnych w Uciekaj!, Peele znajduje własny sposób, by wyróżnić to małe arcydzieło – stawia wszystko na kartę rasizmu. Uprzedzenia dotyczące koloru skóry są bowiem w fabule Get Out kluczowe. To one zmuszają Chrisa, by mimo narastającego niepokoju utrzymywać uśmiech na twarzy, jednocześnie popadając w coraz większą paranoję. Protagonista desperacko próbuje zrozumieć dziwaczne zachowanie bogatej, białej rodziny oraz jej gości, czy niejednoznaczne odzywki brata-dziwaka swojej ukochanej (świetna rola Caleba Landry Jonesa). Peele znakomicie użytkuje te rasistowskie napięcia, by zbudować przedziwną, prawdziwie przerażającą atmosferę. W efekcie, choć nie ma skrzypiących drzwi, duchów, ani drastycznych scen – jest ciągły, narastający i wprost nieznośny niepokój głównego bohatera, który udziela się widowni.

Zaskakująco dobrze wypada także strona techniczna. Peele ma wiele do powiedzenia w sposobie kręcenia filmu  – już pierwsza scena pokazuje sprawność z jaką reżyser porusza się po planie, nadając odpowiedniej dynamiki otwarciu swojego spektaklu. Peele ewidentnie korzysta z horrorowych dobrodziejstw Jamesa Wana (Naznaczony, Obecność – przyp. red.) – scena w domu rodziców Rose, gdy kamera przejeżdża wewnątrz mieszkania, jest tego świetnym przykładem. W nad wyraz dziwny klimat Uciekaj! wpisuje się również ścieżka dźwiękowa, często będąca źródłem humorystycznych akcentów (jak piosenka z odtwarzacza Rose w końcówce filmu), a także świetnym budulcem wszechobecnego dyskomfortu Chrisa.

Wiele wskazuje na to, że po latach posuchy, horror jako gatunek wraca na właściwy tor. Po Coś za mną chodzi Mitchella, czy zeszłorocznej VVitch Eggersa, film Peelego daje nadzieję na przyszłość. Idąc niewydeptaną dotąd ścieżką straszaka o podłożu rasistowskim, komik zapewni sobie z pewnością uznanie fanów gatunku. I jeśli tylko wpadnie na kolejny tak oryginalny pomysł jak Uciekaj!, w ciemno wróżę mu sukces.

Ocena: 42/50

Jordan Peele, a well-known comic artist and a director of a mediocre action comedy Keanu, has set the bar pretty high. By mixing his racial-ground humor with depth of a psychological horror, he eventually came up with a perfect recipe. Get Out is genuinely scary, sometimes quite artsy and zanyish, but what really matters – it never gets boring.

Chris (Daniel Kaluuya) is dating Rose (Allison Williams) for a couple of months. Living happily, the girl decides to invite her boyfriend for a weekend to her parents’ house. Chris, rather hesitant whether his skin color will be accepted, finally agrees to go for the getaway. Once they arrive, strange things begin to happen.

get-out

Peele juggles with a wide variety of titles, which serve Get Out greatly. The very concept for Get Out is not a far kin from a 1941’s horror tale The King of Zombies by Jean Yarbrough. In this feature, three stranded men land on a desolate island, where an eccentric millionaire turns his servants into mindless zombies. Noticeably, the comic director draws other inspirations from films like The Island of Dr.Moreau (1996), The Skin I Live In (2011) and Django: Unchained (2012). But although Peele’s starting point is the same as Yarbroughs – the servants are Afroamerican – there is a difference in the protagonist, whom we follow. Instead of the three white men, there is Chris and his perception of the reality.

Therefore, even though there are numerous ideas thrown into the pot, Jordan Peele carves his own way to tell his story. What is the golden recipe? The ubiquitous racism. The skin color prejudices are the key element that fosters Chris’ progressively evolving paranoia. The protagonist desperately seeks answers for the weird behavior of the rich family and their odd guests, questions why Rose’s freaky brother (brilliantly haunting Caleb Landry Jones) starts a contention with him etc. Peel skillfully uses these racial tensions to cast upon us a lurking, gruesome atmosphere. As a result, there is no room for screeching doors, ghosts or drastic imagery – there is just constant unease that like a virus spreads onto the audience too.

MV5BMjUxMDQwNjcyNl5BMl5BanBnXkFtZTgwNzcwMzc0MTI@._V1_SY1000_CR0,0,675,1000_AL_.jpg

The technical side is surprisingly admirable as well. Peele knows his ins and outs in camerawork, which is proved even by the opening sequence. He is not afraid to once again draw inspiration from others – a very specific thoroughfare of the camera takes place in the film, which instantly brings James Wan to mind (director of Insidious and The Conjuring)., whilst the disturbing atmosphere begs for calling M. Night Shyamalan to assist.

What is more, just as disturbing as the events happen to be in Get Out, is the soundtrack. At times it evokes humor (just as the particular song played from Rose’s player), but mostly– it generates a great deal of discomfort emitted by Kaluuya’s character. It proves a point, that every classic horror – The Shinging, The Rosemary’s Child or other examples – are enriched by a fully dismaying soundtrack.

It does seem that the years of drought in the horror genre are slowly fading away. After It Follows by Mitchell or The Witch by Eggers, Peele’s feature is another step to the better future. Following an untrodden path of a scary movie with a heavy racial background, the comedian bought himself a cozy place among the most prospective directors in the genre. If he comes up with an another brilliant idea for a film, he’s got a whole-hearted fan in me.

Grade: 42/50

Autopsja Jane Doe / The Autopsy of Jane Doe

W filmie Andre Øvredala straszy atmosfera, zaś zagadka wokół której dwójka głównych bohaterów krąży, pozostaje niewyjaśniona do samego końca. I dzięki solidnie zaplanowanemu scenariuszowi oraz sprawnemu wykonaniu, horror Norwega ogląda się nie tylko z wypiekami na twarzy, ale przede wszystkim nieskrywaną przyjemnością.

Bohaterami Autosji Jane Doe są ojciec i syn (Brian Cox i Emile Hirsch), którzy prowadzą prywatny zakład patologiczny. Gdy pewnej nocy praca zbliża się u końcowi, mężczyźni niespodziewanie otrzymują jeszcze jedno zlecenie. Jednak gdy tylko rozpoczynają sekcję zwłok niezidentyfikowanej kobiety, ich zakład powoli zamienia się w istne piekło.

André Øvredal, reżyser Autopsji Jane Doe, z pietyzmem przygotowuje widza na horrorowe fajerwerki, które ma w zanadrzu. Pierwsze pół godziny poświęca na zbudowanie atmosfery, pieczołowicie przyglądając się wysiłkom duetu patologów. Jednak nawet pomimo wszechobecnego, specjalistycznego języka medycznego, jego instruktaż krojenia ciał i wyjmowania zeń wnętrzności ogląda się jak w hipnozie. Kredowa biel oraz upiorne, zamglone oczy Jane Doe zwiastują nadejście sił nadprzyrodzonych, ale widz zmuszony jest siedzieć jak na szpilkach, bowiem najgorsze dopiero przed nami.

screen-shot-2016-12-01-at-7-33-00-pm

Poniekąd, Autopsja Jane Doe przypomina francuskie dzieło Eyes Without A Face z 1960 roku – wygrywa w starciu z większością horrorów dzięki unikaniu oczywistości i swoistym uwielbieniu detalu. Zdarzają się skrzypiące drzwi, ale nigdy nie wejdą na pierwszy plan. Gdy już się pojawią, są tłem, rozpraszającym widza oraz głównych bohaterów z patologicznej hipnozy. Dzięki temu zdrowemu rozsądkowi, Øvredal swobodnie wpływa na coraz bardziej nieprawdopodobne tory w swojej historii. Zachowuje przy tym odpowiednie tempo, a co najważniejsze – logikę w zachowaniu swoich bohaterów. Nawet, gdy dwójka bohaterów popada w coraz większą paranoję związaną z powodem nocnej zmiany, ich chłodny racjonalizm zaskakuje. To nie typowe mięso armatnie, które Leatherface kroiłby piłą mechaniczną. To postaci z krwi i kości, którym chce się kibicować.

Tym bardziej doceniam Autopsję Jane Doe, im więcej daremnych horrorów przypomnę sobie z minionego roku. Gatunek, który cierpi na zarazę wtórności i brak talentu pośród osób go tworzących, potrzebuje dzieł takich jak film Øvredala. Niespiesznie przerażających, niezobowiązująco wciągających, ale przede wszystkim – kreatywnych.

Ocena: 35/50

Andre Øvredal’s film scares with its creepy atmosphere, whilst the mystery around the titular Jane Doe is getting more and more foggy and compelling. However, thanks to the top-notch script and agile execution, The Autopsy of Jane Doe is not only a frightening treat, but also a very entertaining one.

The Autopsy of Jane Doe tells the story of two pathologists – a son and his father (Emile Hirsch and Brian Cox respectively) – who work in their family business. One night, just about the time when both should end the shift, a body arrives for inspection. Once they begin the autopsy, some strange things begin to happen.

André Øvredal, the director of The Autopsy of Jane Doe, takes his time to prepare his audience for the “fireworks”. The first half an hour is devoted to a slow-burnt atmosphere-building process, which allows the viewer to get acquainted with the ins and outs of the family’s job. Even though it’s packed with very specialized, medical language, Øvredal’s guide on how to cut bodies and remove organs is a kind of hypnotizing, detailed trip. The pale white body and haunting eyes of Jane Doe are an omen of paranormal powers to come, but we are not rushing with anything in this film – preparation for the worst takes time.

autopsyofjanedoe_still_04

One may see that The Autopsy of Jane Doe is similar to a French masterpiece Eyes Without A Face from 1960. It basically avoids the obvious things, at the same time praising the art of detailed scares. If we hear screeching doors, they are only a distraction for both the protagonists and the audience, who apparently melt in the hypnotic narration. André Øvredal skillfully moves his story to a spine-chilling experience, but he doesn’t get chaotic – it’s all kept in a logical order and with the right pacing. Even when his characters are driven by an overwhelming paranoia, they are not the ridiculous cannon fodder as it usually happens in horrors. Therefore, they wouldn’t be an easy task for Leatherface – they use their brains.

The more idle horrors I watch, the more I appreciate the ones like The Autopsy of Jane Doe. The genre that suffers from the plague of imitativeness and lack of talent among those involved in creation, desperately needs film like Øvredal’s one – terrifying, but not hasted, entertaining without being tiring, but most of all – creative.

UMP Grade: 35/50