KCFF 2017 – Dzień drugi / Day Two

thestairs_01

The Stairs – z dziennika narkomana

Film Hugh Gibsona przedstawia historie kilku narkomanów z ośrodka Toronto Regent Park – trudy przez które przechodzą, jak są odbierani przez społeczeństwo oraz w jaki sposób rząd kanadyjski pozostaje bezradny wobec problemu zażywania narkotyków.

Te schody były moim domem przez kilka lat” – tak rozpoczyna jedną ze swoich wypowiedzi bohater dokumentu, Marty. Dla Gibsona to zdanie definiuje analizę postaci dokumentu, pokazuje, że są dalecy od ideału i otwarcie o tym mówią przed kamerą, wspinając się po stopniach, by odbić się od dołu. To ludzie zniszczeni przez narkotyki, którzy sami wybrali tę autodestrukcyjną ścieżkę. Jednak cierpliwie wysłuchując ich historii, znacznie ciężej pozostać wobec nich całkowicie krytycznym. Gibson zgrabnie operuje wypowiedziami swoich bohaterów, nadając im wielu barw, patrząc z różnych perspektyw. W efekcie, żaden z nich nie jest odrażającym ćpunem – to ludzie skrzywdzeni. Skrzywdzeni przez samych siebie, ale również przez otoczenie. Jedni otwarcie przyznają, że ciężko im się odciąć od nałogu, inni tęsknią za rodziną, lub wspominają traumatyczne wspomnienia, gdy za kolejną kreskę byli w stanie zrobić wszystko.

Mimo to, The Stairs nie pozostawia niesmaku. Pomimo kilku kontrowersyjnych scen – np. gdy widzimy bohaterów zażywających narkotyki przed kamerą – Gibson buduje obraz boleśnie prawdziwy, wobec którego ciężko pozostać obojętnym. Gdyż czasem wystarczy kamera zawieszona na wzroku Marty’ego lub Roxanne, by zrozumieć, co te oczy widziały. Czy była to jednak tylko ich decyzją, że ujrzeli i zrobili to wszystko, czy może zostali do tego poniekąd popchnięci?

Ocena: 35/50

The Stairs – Drug addict’s diary

Hugh Gibson’s film reveals stories of several drug addicts from Toronto Regent Park. In fornt of the camera, they talk about their struggles, how the society perceives them and how the Canadian government remains helpless in dealing with the mass problem of drug abuse.

“These stairs were my home for a few years” – says Marty, one of the main characters of the documentary. Hugh Gibson uses this sentence to embody the struggle his characters go through, how far from being ideal they are. They are destroyed by drugs, choosing this auto-destructive path on their own. Nonetheless, as we listen to them carefully, less criticism is heating inside and more compassion appears. Gibson skillfully uses the stories and memories, giving them breadth and colors, allowing the viewers to look at these people from various perspectives. In the end, none of them is a repelling junkie – they are hurt. Hurt by themselves, but also by the surroundings. Some reveal they still do drugs, some miss family or reminisce traumas from the past that were worth a gram.

Despite that, The Stairs does not leave a bad taste. Even though we are confronted with several graphic scenes – like drug usage in front of the camera – Gibson paints a moving picture, which hardly leaves anybody neutral. Sometimes all it takes is to look into Marty’s or Roxanne’s eyes to understand the atrocities they have seen. But is it only their fault, that they’ve witnessed all that?

Grade: 35/50

maliglutitsearchers_04

Searchers (Maliglutit) – walka o przetrwanie

W filmie Zachariasa Kunuka i Natara Ungalaaqa, sławetny film z Johnem Wayne’m z 1956 zostaje przekalibrowany na dokumentalizowany pościg pośród lodowych pustyń. Bohaterem Searchers jest Inuk, którego rodzice zostają zamordowani, zaś żona i córka uprowadzone przez czwórkę mężczyzn.

Searchers rozwija się w sposób ślamazarny, ale w tej usypiającej manierze kryje się niezwykła magia. Bezkresne równiny, wiejący zewsząd wiatr, przerywany jedynie lakonicznymi wypowiedziami bohaterów i tradycyjnymi śpiewami Inukow, czarują od pierwszych minut. Świat w obiektywie Kunuka oraz Ungalaaqa wisi w innej czasprzestrzeni, jakby oderwany od rzeczywistości, jaką znamy. Reżyserzy przyglądają się życiu na chłodnych równinach, ale początkowy dokumentalizm zostaje z czasem zastąpiony coraz większa dynamiką obrazu. I gdy główny bohater wyrusza wraz z synem w pościg za porywaczami, Searchers zmienia tor, stając się thrillerem z krwi i kości.

Realizm oraz surowość to ogromne zalety Searchers. Sceny kręcone z zaprzęgu psów, długie ujęcia na twarze bohaterów, czy sceny przedstawiające specyfikę życia na lodowym pustkowiu tworzą obraz intrygujący i wciągający. W tej konwencji nawet prostota fabuły nie obniża walorów filmu. Wiemy, że istotą Searchers nie jest wnikanie w psychologię bohaterów – to świat walki o przeżycie i ona wychodzi na pierwszy plan.

Searchers jest doskonałym przykładem na to, że kino drogi nie musi ograniczać się do route 66. Utrzymując nieznośne napięcie znane z klasyków jak Znikający punkt, bawiąc się konwencją w sposób podobny do Davida Michoda w The Rover, Searchers przenosi w inny świat. To zdecydowanie jeden z najlepszych seansów, które miałem okazję doświadczyć podczas festiwalu.

Ocena: 39/50

Searchers (Maliglutit) – Survival tale

Zacharias Kunuk and Natar Ungalaaq take under scrutiny a remarkable western with John Wayne from 1956 and bring it to the icy flatlands of northern Canada. The protagonist of Searchers is an Inuk, whose parents are brutally murdered, whilst wife and daughter kidnapped. The man follows the trail of the kidnappers and races with the time to find his family.

Searchers starts off rather pokily, but this sleepy atmosphere has its unprecedented magic. The boundless plains and howling wind, mixed only with laconic sentences of the characters and traditional singing of the Inuks, creates a fairy-tale vision. From the first minutes, the world seen by Kunuk and Ungalaaq hangs in some other dimension. Although the directors spent lots of time observing the crude life in the unpleasant north, the real deal begins once camera jumps on the dog sled. Hence, when the main characters, joined by his son, throw himself on the pursuit after the kidnappers, Searchers wakes up and begins a full-bodied thriller.

Rawness and realism are very important in Searchers. Scenes shot on the dog sled, long frames of the ice-covered faces or sequences presenting the ordinary life on the desolate ice dessert create an intriguing picture. Using this concept, the laughably basic plot is not a distraction. Searchers is not supposed to paint a deep psychological canvas of its characters – its supposed to be as one-zero as the world it shows.

Searchers is a fabulous example of how the “cinema of the road” is not limited to the route 66. As the film sustains the pulsating tension juast like The Vanishing Point and playing with a conventional western like David Michod in The Rover, Seachers truly discovers a new space for itself. It was undoubtedly one of the best screenings I attended to during the festival.

Grade: 39/50

avalanchephoto

Operation Avalanche – a jeśli to jedno wielkie kłamstwo?

Lądowanie na księżycu po dziś dzień pozostaje tematem niezliczonych teorii spiskowych, zaś najsłynniejszą z nich przedstawia Operation Avalanche Matta Johnsona. Dwóch agentów CIA podejmuje się misji nakręcenia filmu, który odzwierciedlałby to epokowe wydarzenie. Szybko jednak orientują się, że to zadanie sprowadza na ich barki znacznie większy ciężar i niebezpieczeństwo, niż mogli podejrzewać.

Z trudem przyrównać Operation Avalanche do jakiegokolwiek innego filmu. Matt Johnson lawiruje między prawdą a fikcją ze zwinnością lisa, żonglując archiwalnymi materiałami dotyczącymi Apollo 13, na przemian z własnymi fragmentami kręconymi z ręki. Nadaje to jego filmowi fenomenalnego tempa, którego reżyser nie traci do napisów końcowych. Poczynania filmującej ekipy ogląda się z wypiekami na twarzy – dwójka agentów CIA wpakowuje się w coraz większy bałagan, lądując w ogniu zimnej wojny, wciąż wierząc jednak, że ich misja ma nadrzędny cel i szansę na powodzenie. Dzięki zaskakującej fabule, Johnson potrafi tą szalona koncepcją szczerze rozbawić (głównie dzięki postaci, którą odgrywa), zszokować, a także przerazić. Perłą zaś jest ścieżka dźwiękowa – nieco wyblakłe kolory filmowej taśmy zestawione z kawałkami Creedence Clearwater Revival nadają Operation Avalanche prawdziwego ducha lat 60.

Film Johnsona, pośród gagów, szalonych pościgów i absurdów, jest także również doskonałym spojrzeniem na ówczesną amerykańska kulturę – łakomą na nacjonalistyczną pożywkę. Johnson bezpardonowo przedstawia cały proces wielkiego kłamstwa jakim nakarmiono ludzkość, zachowując przy tym cały czas odpowiedni dystans do tej teorii. I niezależnie od tego, czy reżyser wierzy w tę bajkę – dostarcza widzom świetnej, inteligentnej rozrywki.

Ocena: 43/50

Operation Avalanche – What if this is all a lie?

The landing on the moon still remains grounds to numerous conspiracy theories and Operation Avalanche takes on the most famous of them. Two CIA agents decide to direct a film that would forge the actual milestone for the humanity. They quickly realize that this mission brings only trouble and risk higher than expected.

It is difficult to find an equivalent for Operation Avalanche in any other piece of cinematography. Matt Johnson swiftly moves between fiction and facts, juggling with archive materials from Apollo 13 mission and his own film bits. It imbues Operation Avalanche with phenomenal pace, which the director does not lose on the way till the end credits roll in. As they drown in the mess they are thrown into, the CIA agents never lose the enthusiasm, believing their mission can still be successful. And thanks to an unpredictable plot, Johnson manages to entertain in many ways – Operation Avalanche is artlessly funny, sometimes shocking and even frightening. On top of that comes the soundtrack, where Creedence Clearwater Revival songs matched with vintage documentary style carries the spirit of the 60s.

Johnson’s film, in between the gags, crazy pursuits and absurd, is also a deep look into the American culture during the Cold War, craving for the nationalistic fodder.  Johnson takes his time to paint the broad picture of the creation of this great lie that was consumed by the humanity, however still being cautious about it. Because no matter whether he believes in this crazy story, one is certain – Operation Avalanche is hell of a fun.

Grade: 43/50

 

 

 

 

 

KCFF 2017 – Dzień pierwszy / Day one!

Pierwszego dnia Kingston Canadian Film Festival udało mi się obejrzeć trzy filmy. Z repertuaru kilkunastu produkcji postanowiłem wybrać się na soft-core’owo erotyczny dramat pt. Nelly, debiutancki film artysty z Toronto The Lockpicker oraz dzieło młodej fali kanadyjskiego kina, The Intestine. W efekcie obejrzałem trzy bardzo zróżnicowane produkcje – budzetowo, tematycznie oraz jakościowo.

During the first day of the Kingston Canadian Film Festival I managed to see three productions. Out of several propositions from the lineup, I decided to watch a softcore-erotic drama Nelly, a debut by a Toronto-origin artist The Lockpicker and a film by a representative of the young wave of the Canadian filmmakers, The Intestine. As a result, I’ve seen three totally different films – in terms of budget, topic and quality.

160804_0t2wc_aetd-nelly-le-film_sn635

Nelly – gorzki poemat o jednostce wyuzdanej

Dramat autorstwa Annę Émond przedstawia historię pisarki Nelly Arcan, której proza biła rekordy popularności w Quebec oraz Francji. Film przedstawia cztery osobowości głównej bohaterki, które inspirowane są jej kolejnymi książkami. Tonąc w konfliktach kilku osobowości, Nelly staje się ofiarą własnej twórczości.

Anne Émond wychodzi w swoim filmie z założenia, że sztuka jest najwyższą wartością, która usprawiedliwia poczynania jej bohaterki. Dla Nelly nie ma jednak żadnej pomocy na horyzoncie, światełka w tunelu. W każdym z pobocznych wątków, bohaterka reprezentuje humanistyczny upadek – raz jest hedonistyczną ćpunką, innym razem nimfomanką lub prostytutką. Jej los jest jednak z góry przesądzony, bowiem kobieta uwięziona jest w skorupie własnego ciała – pożądanego przez mężczyzn, zaś przez nią traktowanego jako środek artystyczny.

Ta narracja bywa jednak złudna dla reżyserki. Próbując postawić Nelly na piedestale, Émond nie daje widzom dostatecznych powodów ku temu, by sympatyzować z bohaterką. Każde kolejne doświadczenie, które dostarcza jej pisarkiej weny, jest okupione odrażającym brakiem szacunku dla swojego ciała i dla otoczenia. I nawet, gdy chcemy jej współczuć, wiemy jednocześnie, że to nie żadne fatum ciążące nad bohaterką, lecz jej własne poczynania doprowadzają ją na sam skraj.

Strona techniczna Nelly prezentuje solidny poziom. Bezpruderyjny melanż okraszony jest dopracowanymi kadrami, przypominającymi nieco teledyskowy manieryzm Xaviera Dolana. Prawdziwą gwiazdą jest jednak Mylène MacKay, wcielająca się w rolę Nelly. Aktorka bywa drapieżnie pociągającą w jednej chwili, by za moment stać się nostalgicznym duchem snującym się po przyciemnonym mieszkaniu. Jej rola obfituje w dopracowane detale I to właśnie MacKay stanowi główny powód ku temu, by Nelly móc polecić.

Ocena: 33/50

Nelly – a bitter poem about a sexually devastated individual

The drama by Anne Émond is a story of Nelly Arcan, who was a bestselling author in France and Quebec. Nelly consists of four archs, which are based on various novels by Arcan. As she drowns in multiple problems deriving from her mental issues, the author becomes a prey to her own demons.

Anne Émond the deeds of her protagonist. However, there is no light in the end of the tunnel for Nelly, no hope for better. Each of the character arch exhibits a fall of a human being – once it’s a hedonistic junkie, other time a luxurious prostitute or an obsessed nymphomaniac. Hence, no matter how many times she tries to keep the right track, she loses, trapped in the shell of her own body – desired by men, whilst being only an artistic means for the author herself.

This narrative point is tricky. As the director tries to whitewash her protagonist, she does not provide her audience with sufficient reasons to sympathize with Nelly. Each of the new experiences, that is an injection of creativity, is at the same time burdened with a disgusting lack of self-respect. Hence, even if we want to feel sorry for her auto-destructive tendencies, we still know, that there is no other power determining her life apart from herself only.

The technical side is very solid in Nelly. This uninhibited game is neatly shot, with a strong resemblance to music video mannerism of Xavier Dolan. However, it is  Mylène MacKay that truly grasps the attention. The actress playing Nelly is tempting predator in one moment, whilst a second later she becomes an absent-minded ghost wandering in an empty house. Her role is very detailed and I dare to say that MacKay is the main reason why Nelly is capable of keeping the audience focused.

Grade: 33/50

590267245.jpg

The Lockpicker – dojrzewanie po kanadyjsku

Chłopak mieszkający na przedmieściach Toronto pragnie uciec od świata, w którym otacza go przemoc. Gdy bliska mu osoba popełnia samobójstwo, wewnętrzna frustracja i niemoc zaczynają w nim wzrastać. Kolejne wydarzenia powodują zaś, że popada on w coraz większe problemy.

The Lockpicker to film nierówny. Dorastanie w świetle przeżytej traumy to trudny do ugryzienia temat, który przede wszystkim wymaga solidnie skrojonego scenariusza. W przypadku filmu Randalla Okity bywa z tym różnie. Niektóre sceny robią wrażenie zarówno wizualnie jak i fabularnie – choćby świetna, oniryczna scena, gdy głównego bohatera zasypuje ziemia, co pokazuje jak przestaje sobie radzić że swoimi problemami. Obok wspomnianych fajerwerków wizualnych, obecnych mimo stosunkowo niskiego budżetu całej produkcji, bardzo zgrabnie wpasowuje się ścieżka dźwiękowa. Napięcie głównego bohatera jest podkreślane subtelnie, poprzez niepokojąca muzykę sącząca się z głośników.

Znajdują się jednak przestoje, sceny niezgrabnie napisane lub zwyczajnie niepotrzebne. Brakuje również nieco konsekwencji w budowaniu historii – brak w The Lockpicker konkretnego miejsca zwrotnego, który jednoznacznie pokazywałby przemianę protagonisty, przez co historia młodocianego włamywacza nie do końca potrafi widza wciągnąć. A szkoda, bowiem Okita mógł być jednym z najciekawszych odkryć z nowej fali kanadyjskiego kina w moich oczach.

Ocena: 21/50

The Lockpicker – coming of age in Canada

A boy living in the suburbs of Toronto dreams of leaving this place, where violence and sadness surround him. Once a close friend of his commits suicide, he becomes frustrated and more aggressive. The following events push him to his boundaries, which only also throws the boy into more problems.

The Lockpicker is an erratic film. A coming-of-age stories require a great deal of caution, to avoid being ostentatious. The key to it is a good script and that’s where Randall Okita’s film encounters biggest problems. Some of the scenes are crushing in terms of what they express – as a great, oneiric scene, in which the boy is strewn with dirt, which symbolizes how he loses the grasp on his own problems. The visual aspect is nicely backed up by the soundtrack. Soaking disturbingly from the speakers, the somber music suits the accretive tension in the boy’s life.

On the other hand, as te sloppy script was mentioned, there are moments, when the pace is lost. Some scenes are badly edited, just as if the budget was not covering them. However, what’s most distracting, is the lack of the climax in the story. The arch of the character never manages to be fully mature, which eventually causes The Lockpicker to be a bit tiring in the second half of the film. It’s a pity, because Okita could be one of my most cherished discoveries from the festival.

Grade: 21/50

TheIntestine3.jpg

The Intestine – gdy budżetu zwyczajnie nie da się ukryć

The Intestine Leva Lewisa przedstawia historię córki rosyjskiej imigrantki, która pracuje jako kelnerka. Pewnego dnia poznaje mężczyznę, u którego zostaje na noc. Gdy budzi się sama w luksusowym mieszkaniu, spędza cały kolejny dzień w miejscu, które pragnie mieć dla siebie. Zaczyna się zatem utożsamiać z nowym życiem, pojawiają się ludzie szukający zaginionego wlasiciela domu.

Najgorzej w filmie Lewisa prezentuje się aktorstwo. Poziom skropiony amatorszczyzną powoduje, że większość kwestii wypowiadanych przez postaci wypada płasko, sztucznie. Główna bohaterka, która wedle scenariusza powinna mieć w sobie pierwiastek szaleństwa i nieprzewidywalności, jest całkowicie pozbawiona tych cech. W efekcie, jej poczynania ogląda się z zaangażowaniem godnym taśmowca, którego przetrawiamy przy okazji gotowania.

Słychać także to, że Lewis ma swoje filmowe korzenie w roli kompozytora. Jego ścieżka walczy o prym z wydarzeniami na ekranie, nie nadając jednak obrazowi właściwego rytmu. Zdarzają się chwile, gdy tło muzyczne wypada znakomicie – to jednak krople w oceanie, gdy walka o pierwszeństwo uwagi widza schodzi na dalszy plan. Pojawia się zatem specyficzna dychotomia, w której ciężko skupić się na fabułę. I głównie przez to The Intestine nie jest seansem, który warto rozważyć.

Ocena: 14/50

The Intestine – when the budget is a burden

Lev Lewis’ The Intestine tells a story of a a Russian-descent woman, who works as waitress. One night, she gets to know a guy, who takes her home. The next day, she wakes up alone in a luxurious house. She stays the whole day there and craves to live like that. She slowly begins to create a fake identity, but soon people begin to look for the missing man.

The worst part of Lewis’ film is the acting. Soaking with amateurish skill level, most of the cast throws their lines flat and artificial, without going deep into their chracters. The protagonist, who – as the story unravels – should possess a bit of insanity and unpredictability in her, is simply dull, emotionless and not convincing at all. Hence, her efforts meet with an equal lack of emotions in the viewer.

One can also hear that Lewis is a filmmaker, who started off as a composer. Music wages a constant war on the screen with what actually happens, most of the time missing the subtlety and film’s rhythm. It does happen that the sound background fits perfectly, yet these are rare moments. Such dychotomy in which element will grasp our attention, is truly lethal for the story too. And eventually, even though the starting point is interesting, in the end the premise is best from what The Intestine has to offer.

Grade: 14/50

Co zwycięstwo Moonlight mówi o przyszłości Oscarów?

Czytając opinie i komentarze dotyczące tegorocznej gali przyznania złotych statuetek, doszedłem do jednego ważnego wniosku. Moonlight został powszechnie uznany za rozdmuchany przez krytyków fenomen, który nie zasłużył na największy honor – to często powtarzająca się teza. Trudno mi się z tym twierdzeniem zgodzić, jednak jednego jestem pewien – analizując rezultaty głosowania Akademii można zauważyć kilka ważnych drogowskazów dotyczących przyszłości.

Barry Jenkins kupił mnie swoim filmem i zdecydowanie nie z powodu homoseksualnosci głównego bohatera. Dla mnie to przede wszystkim świetnie zagrany dramat, w którym reżyser nie wykłada mi wszystkiego na stół – wręcz przeciwnie, daje mi swobodę analizowania i pozwala samemu wyrobić sobie zdanie oglownym bohaterze,  Chironie. To rzadkość, której zaznać można właśnie w kinie artystycznym, niszowym, indie, czy jakkolwiek chcemy je nazwać.

Ale niechęć do Moonlight jest dla mnie zrozumiała. Amerykański dramat jest hermetyczny, pozbawiony akcji, ze specyficznym duchem nieoczywistosci. I rozumiem, że znaleźli się widzowie, którzy w tym onirycznym, aczkolwiek depresyjnym obrazie, nie doszukali się piękna.

16806858_1382389231781096_5121519297883648422_n
Ryan Gosling tuż po ogłoszeniu prawdziwego werdyktu.

Jestem także daleki od dyskretowania filmu Chazelle’a. Chociaż musical to gatunek mi obcy emocjonalnie – nawet pomimo tanecznej przeszłości – doceniam La La Land. To film dynamiczny, bajkowy i poniekąd tandetnie naiwny, ale to w tym tkwi jego siła. Jest cukierkiem na zły dzień, którego czasem każdy z nas potrzebuje jak tlenu. Zgadzam się co prawda ze stwierdzeniem mojej znajomej, że “ostatnia rzeczą jakiej potrzebowaliśmy na świecie jest stepujący Ryan Gosling“, La La Land efektywnie zaczarował miliony widzów.

Zestawiając jednak te dwa filmy, pojawia się dla mnie oczywisty dylemat członków Akademii. Czy chcemy uhonorować trudny dramat, którego widzowie nie pokochali, tym samym udowadniając, że znamy się także na kinie offowym, ale wyjdziemy przy tym na bufonów kochających tylko krytyków? A może wolimy pozostać nudni i przewidywalni, wielbiąc film, który jest de facto o nas, o naszym małym światku Hollywood? Wynik tej rozterki znamy. Pomimo wpadki PwC, Akademia wybrała Moonlight.

Kolor skóry nie powinien być istotny. Było mnóstwo czarnoskórych aktorów, którzy nie otrzymali Oscara, ale czy nie było również wielu białych aktorów, którzy zostali na łodzie całkowicie niezasłużenie?” – Mahershala Ali

Cofnijmy się jednak w czasie. Bowiem zwycięstwo Moonlight potwierdza pewne zjawisko – Akademia od lat stara się zmieniać swój zatwardziały wizerunek wielbicieli rozbuchanego kina, pośród którego nie ma miejsca dla kina festiwalowego. Dla przykładu, w 2004 roku zwyciężył Władca Pierścieni, ale w 2006 Akademia zaskoczyła chociażby przyznaniem statuetki Angowi Lee za Tajemnicę Brokeback Mountain. gdzieś po drodze najlepszym filmem roku nieomalże został Avatar. Zwyciężali również bracia Coen, czy Martin Scorsese – wielkie nazwiska. Ale dzisiejsze nominacje są już inne. Akademia upodobała sobie Birdmana, który zdecydowanie nie był filmem dla mas. Zwycięstwo J.K. Simmonsa za fenomenalną rolę w Whiplash było kolejnym sygnałem, że czasy się zmieniają. A tegoroczne nominacje były także sporym zaskoczeniem – któż mógł podejrzewać, że Aż do piekła zgarnie kilka nominacji?

0117-gq-feos03-mahershala-ali-02
Mahershala Ali

Akademia zaczyna się zatem powoli zmieniać. To widać poprzez wybory jej członków. Do głosu dochodzą tzw. “festival darlings“, filmy, które jeszcze kilka lat temu nie miałyby miejsca w tym prestiżowym gronie pluskającym się w swoim samozachwycie. I zwycięstwo Moonlight jest niewątpliwie tego dowodem. Znajdą się pewnie i tacy, którzy zgodnie z Twitterową burzą z ubiegłego roku, będą wołać, że mamy nowy trend w hashtagach opisujący Akademię – #OscarsSoBlack. Jednak warto posłuchać słów Mahershali Aliego, który zapytany o swoją nagrodę odpowiedział: “Kolor skóry nie powinien być istotny. Było mnóstwo czarnoskórych aktorów, którzy nie otrzymali Oscara, ale czy nie było również wielu białych aktorów, którzy zostali na łodzie całkowicie niezasłużenie?“.

Prawdziwym fenomenem jest jednak inne zjawisko. Kontrowersyjna wpadka PwC przejęła newsy, ale pozwolę sobie przypomnieć coś, co przyprawiło mnie o zawał serca – statuetka dla Legionu samobójców. I nieważne, że to najmniej istotną kategoria makeup’u i stylizacji fryzur – zapamiętamy fakt, że koszmarna klapa DC dostała Oscara. Z pozoru brzmi to jak absurd, jednak ma to swój sensowny powód. To przecież znowu Akademia szukająca dialogu z nowoczesnym widzem -“skoro widzowie kochają superbohaterów, to musimy ich uwzględniać“. Był czas Heatha Ledgera, ale pominięto Deadpoola oraz nowego Kapitana Amerykę, zatem ktoś musiał dostać jakiś ochłap. I padło na Legion samobójców. Może kiedyś członkowie Akademii nagrodzą film Uwe Bolla – zakładając, że reżyser cofnie swoje zapowiedzi o końcu kariery?

Zatem dla wszystkich wielbicieli La La Land, którzy czują się pokrzywdzeni – nie rozpaczajcie. Sześć statuetek to ogromne wyróżnienie, wartość dodana do pokaźnej liczby zwycięstw na festiwalach z całego świata. Zaś wygrana Moonlight to dobry znak. Gdyż może za kilka lat, Oscary nie będą tylko dniem splendoru bogatych ludzi, którzy klepią się po ramieniu z szyderczym uśmiechem. Może za kilka lat będziemy wszyscy siadać w nocy i przeżywać galę, będąc zaskakiwanymi w co drugiej kategorii, a filmy indie będą przemieszane z tylko najlepszymi produkcjami z Hollywood. Ja osobiście w to wierzę.

Relacja z gali wreczenia Oscarow: https://unusualmotionpictures.wordpress.com/2017/02/27/wielcy-wygrani-oscary-2017-rozdane/

Wielcy wygrani – Oscary 2017 rozdane

Noc Oscarowa za nami! Chociaż wydawało się, że w większości kategorii zwycięzcy są praktycznie znani, było kilka ciekawych zaskoczeń. I Legion samobójców w gronie zwycięzców nie jest najciekawszą z nich.

La La Land nie okazał się być tak uwielbionym dziełem, jak można było przypuszczać po zatrważającej liczbie nominacji. Damien Chazelle może oczywiście uważać się za gwiazdę wieczoru – jego film zgarnął 6 nagród, w tym za reżyserię i najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą, jednak to Moonlight otrzymał nagrodę za najlepszy film roku. Indie dramat o czarnoskórym homoseksualiście świętował trzykrotnie. Akademia uhonorowała także to dzieło nagrodami za scenariusz oraz rolę Mahershali Aliego.

To co jednak wydarzyło się podczas wręczania Oscara za najlepszy film roku przejdzie do annałów historii. Wszyscy usłyszeliśmy, że statuetkę otrzymuje La La Land, jednak chwilę później producenci filmu złapali za mikrofon i orzekli, że wygrał Moonlight. Piękny gest? Nic z tych rzeczy! Moonlight faktycznie został wybrany filmem roku. Pomyłka organizatorów czy najcięższy i najbardziej chybiony żart w karierze Jimmy’ego Kimmela?

mahershala-ali-tout

Zaskoczeniem było zwycięstwo Klienta w kategorii najlepszego filmu nieagnlojezycznego, bowiem Toni Erdmann wydawał się pewnym kandydatem do zwycięstwa. Zadowolony mógł być również Mel Gibson, którego Przełęcz ocalonych wygrała w dwóch kategoriach, m.in. za najlepszy montaż roku. Pośród kategorii aktorskich nie było wielkich zaskoczeń – zwycięzcami okazali się być wspomniany Mahershala Ali oraz Viola Davies, Emma Stone i Casey Affleck. Akademia popisała się także fenomenalnym sarkazmem – jak inaczej nazwać przyznanie Legionowi samobójców jakiejkolwiek statuetki?

Chłodem powiało ze strony prowadzącego. Jimmy Kimmel wypadł po prostu blado – jego żarty były płytkie, komentarze zbyt mało uszczypliwe i prostackie. Przyznam jednak, że tweet do prezydenta Trumpa był całkiem zabawnym pomysłem. Dla tych zaś, którzy chcą poszukać smaczków z gali, polecam „beczke” z technicznych Oscarow – tak prestiżowych, że nikt o nich nie wie. Polecam uwadze również poniższe zdjęcie – mem szeptajacego Ryana Goslinga wisi w powietrzu.

17028758_1443013215730645_795076639_n

Tegoroczna gala miała także silne nacechowanie polityczne – chciałoby się rzec, że to już klasyk. Wiele przemówień dotyczyło posunięć nowego przywódcy Stanów Zjednoczonych (m.in. Gael Garcia Bernal, który jako Meksykanin wyraził swoje ubolewanie nad zaistniałą sytuacją), wiele słów zostało poświęconych równości i tolerancji.

Pełna lista zwycięzców poniżej:

NAJLEPSZY FILM – Moonlight

NAJLEPSZY REŻYSER – Damien Chazelle (La La Land)

NAJLEPSZY AKTOR W ROLI PIERWSZOPLANOWEJ – Casey Affleck (Manchester by the sea)

NAJLEPSZA AKTORKA W ROLI PIERWSZOPLANOWEJ – Emma Stone (La La Land)

NAJLEPSZY AKTOR W ROLI DRUGOPLANOWEJ – Mahershala Ali (Moonlight)

NAJLEPSZĄ AKTORKA W ROLI DRUGOPLANOWEJ – Viola Davis (Fences)

NAJLEPSZY FILM ANIMOWANY – Zwierzogrod

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY – Klient

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY – Kenneth Lonergan (Manchester By The Sea)

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY – Barry Jenkins (Moonlight)

NAJLEPSZE ZDJĘCIA – Linus Sandgren (La La Land)

NAJLEPSZA ŚCIEŻKA DŹWIĘKOWA – Justin Hurwitz (La La Land)

NAJLEPSZA PIOSENKA – City of Stars (La La Land)

NAJLEPSZY MONTAŻ DŹWIĘKU – Sylvain Bellemare (Nowy początek)

NAJLEPSZE KOSTIUMY – Colleen Atwood (Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć)

NAJLEPSZA DESIGN PRODUKCJI – David Wasco & Sandy Wasco (La La Land)

NAJLEPSZY ANIMOWANY FILM KRÓTKOMETRAŻOWY – Piper

NAJLEPSZE EFEKTY SPECJALNE – Księga Dżungli

NAJLEPSZY MONTAŻ –  John Gilbert (Przełęcz ocalonych)

NAJLEPSZY KRÓTKOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY – The White Helmets

NAJLEPSZY FILM KRÓTKOMETRAŻOWY – Sing

NAJLEPSZY FILM DOKUMENTALNY – O.J.: Made in America

NAJLEPSZY MAKEUP I HAIRSTYLING – Alessandro Bertolazzi / Giorgio Gregorini / Christopher Nelson (Suicide Squad)