American Honey

Film Andrei Arnold, skąpany w Instagramowych filtrach i pełen młodzieńczej pasji, jest nowoczesnym hymnem pokolenia Snapchata. Chociaż czasem brakuje w nim filmowego rzemiosła i pewnej konsekwencji, zaś sama historia z trudem utrzymuje swój tor, American Honey oczaruje nawet najbardziej wymagającego widza.

Star (Sasha Lane) nie ma własnego miejsca na świecie – poznajemy ją, gdy szpera w śmietniku w poszukiwaniu jedzenia. Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo poznaje Jake’a (Shia LaBeouf) – członka podróżującej grupy ludzi, którzy zarabiają na życie sprzedając prenumeraty magazynów. Strzała amora trafia młodą dziewczynę, która dołącza do zespołu, jednocześnie popadając w fascynację jej nieskrępowaną wolnością.

Oglądając American Honey można odnieść wrażenie, że Andrea Arnold nakręciła prawie trzygodzinny teledysk, zlepiony z krótkich scen przypominających nagrania ze Snapchata. Praktycznie każdej scenie towarzyszy akompaniament w postaci chwytliwego kawałka, ponadto jest dynamiczna i przepełniona paletą żywych kolorów. Te pozornie płytkie skrawki są intencjonalnie tak chaotyczne. Przedstawiają one bowiem wybuchową miłość, która nie ma ograniczeń, nie ma definicji. Między dwójką bohaterów iskrzy bowiem już od pierwszej sceny w supermarkecie, gdy Shia LaBeouf czaruje swoimi tanecznymi ruchami zjawiskową Sashę Lane. American Honey nie jest zatem tradycyjnym, melancholijnym romansem. Zamiast ckliwej historyjki, Arnold serwuje widzom pulsującą przejażdżkę po zwichrowanej młodości, z całym dobrodziejstwem jej inwentarza.

american-honey

Bez wątpienia, reżyserka jest w swoim żywiole – jej film to pokaz wychuchanych pocztówek, które nasze oczy chłoną z nieskrywanym zachwytem. Fenomenalnie wpisują się w to bohaterowie American Honey. Pędzą w zawrotnym tempie nawet, gdy joint koi ich zmysły, bowiem wszystko chcą przeżywać szybko i namiętnie. Arnold pozostaje jednak daleka od krytyki swoich bohaterów. Pokazując widzom ich problemy, pokazując lekkomyślność i brak dalekosiężnego spojrzenia, reżyserka pyta widza wprost – czy nie zazdrościsz im nawet odrobinę?

Mimo wizualnej wirtuozerii, American Honey nie jest filmem bez wad. Najjaśniejszym punktem jest rzecz jasna burzliwa relacja Star i Jake’a, zaś oszałamiającej chemii LaBeouf i Lane może pozazdrościć większość ekranowych duetów. Arnold wpada jednak w kłopoty, gdy odchodzi od romansu i próbuje poruszać problemy socjalne. Przychodzi jej to z trudem, szczególnie mając do dyspozycji jedynie lekkoduchów w pastelowych obrazkach. Jej komentarze są przez to stosunkowo banalne i mało przekonywujące. Nużące bywają również powtarzające się sceny w “melanżobusie”, którym podróżuje nasza trupa. Zazwyczaj są pełne bełkotliwego jazgotu, w którym ciężko wydobyć głębszy sens. Arnold odkupuje jednak swoje grzechy chociażby wieńczącą sekwencją z God’s Whisper autorstwa Raury’ego, która jest prawdopodobnie jedną z najlepszych scen minionego roku.

Nie każdy film powinien kusić się o moralno-społeczne mądrości. Jeśli wyjdzie się z tego założenia, American Honey może być porywającym seansem. Jest pysznie plastycznym obrazem, prawdziwą ucztą dla oka, w którym dwoje głównych bohaterów wgniata w fotel. Zatem hejterzy Instagrama i Snapchata, tacy jak ja, dajcie się porwać – nie pożałujecie.

Ocena UMP: 41/50

Andrea Arnolds’ film, bathed in Instagram filters and bursting with youth passion, is a visual anthem of the Snapchat generation. Although it lacks the filmmaking craftsmanship, whilst the story likes to meander dangerously, American Honey is still a joyful, mesmerizing  experience.

Star (Sasha Lane) has go no place in the world – we are introduced to her as she’s scavenging in the rubbish to find food. One day she meets Jake (Shia LaBeouf) – a member of a travelling crew, which sells magazines. She instantly becomes obsessed with him and joins the team, falling in love with the unconfined freedom of the group.

One may feel that watching American Honey is some kind of a three-hour long music video, a peculiar blend of Snapchat shorts. Almost every single scene is accompanied by a catchy tune, with dynamic pace and full of vivid colors. On the surface, these shallow clips are too chaotic to glue into a polarizing story, but there is a method in Arnold’s madness. They all constitute pieces of an intense love that blossoms once Shia LaBeouf charms Sasha Lane with his dance moves in the supermarket. So bear this in mind – American Honey is not a conventional, melancholic romance. Instead, it is a vibrant trip with two jiggy characters, who invite us to their wild youth.

8514

Undoubtedly, the director is in her elements in this one – American Honey is full of pampered postcards, voraciously absorbed by the viewer’s eyes. The characters are perfectly matching this colorful festival too. They rush everywhere, even when a joint soothes their senses, because each emotion must be quick and intense. However, Arnold is far from criticizing the wildly partying group. She seems to sketch their problems, proving their show-off attitudes and lack of prospective thinking, but she rather tends to ask the audience – don’t you envy them? Even a bit?

Notwithstanding the visual finesse, American Honey is not “left without a scratch”. The dazzling excitement between Star and Jake is by far the most eye-catching part of the story, where LaBeouf and Lane out-league most of the recent cinematic couples. Unfortunately, Andrea Arnold cannot handle the social background of their stormy relationship. She struggles to prove deeper sense of the story, especially, when her focus is on two butterflies in a pastel world. Somehow boring are also the scenes in their partybus, in which the magazine-selling squad travels – they easily get too loud, too chaotic and repeetitive. However, the final sequence is a kind of salvation. The wild dance by the bonfire, accompanied by Raury’s mezmerizing track God’s Whisper is probably one of the best scenes of 2016.

There’s no condition that each film should elaborate on morality and social problems. Understanding that might help to truly dive in the world of American Honey. It’s marvelously painted, with two main characters who hypnotize from the start. Hence, haters of Instagram and Snapchat, give this movie a chance – you will not regret it.

UMP Grade: 41/50

Advertisements

Paterson

W swoim nowym filmie, Jim Jarmusch pokazuje widzom jak odnaleźć piękno w najbardziej prozaicznych miejscach. Ubierając prostą historię o wrażliwym kierowcy autobusu w poetycką opowieść, reżyser udowadnia, że to upragnione szczęście dla każdego z nas jest na wyciągnięcie ręki.

Film skupia się na jednym tygodniu z życia Patersona (Adam Driver) – kierowcy autobusu mieszkającego w miejscowości Paterson. Mężczyzna żyje szczęśliwie ze swoją ekscentryczną dziewczyną Laurą (Golshifteh Farahani) i jej buldogiem Marvinem. W chwilach między pracą i pielęgnowaniem domowego ogniska, oddaje się zaś skrywanej pasji – pisze wiersze.

Tytułowy bohater to archetyp człowieka z minionej epoki – trzyma się z dala od współczesnego blichtru i Instagramowego ekshibicjonizmu. Zamiast tego prowadzi swoje minimalistyczne, poukładane życie na przedmieściach sennego miasteczka. By osiągnąć odpowiedni kontrast, Jarmusch na każdym kroku konfrontuje Patersona z jego przeciwieństwami. Są nimi ludzie, którzy posłusznie płyną z falą materialistycznej współczesności, będąc ofiarami generacji „urodzonych zwycięzców”. Nie trzeba nawet daleko szukać – chociażby urodziwa ukochana Patersona wpasowuje się w ten profil rozchwianego człowieka nowoczesności. Jednego dnia marzy o własnej cukierni, a drugiego o karierze gwiazdy muzyki country. Wszystko podszyte jest słomianym zapałem i chwilowymi fascynacjami, napędzanymi filozofią carpe diem.

paterson-5-620x412

Jarmusch udowadnia jednak, że szczęście można odnaleźć wszędzie, niekoniecznie bujając w obłokach i marząc o wielkiej karierze. Paterson czerpie je z przysłuchiwania się dyskusjom pasażerów o ich nieudanych podrywach i włoskich rewolucjonistach, czy też uroczego szaleństwa swojej ukochanej. Do osiągnięcia samorealizacji nie potrzebuje zatem iPhone’a, ani też publikowania swojej twórczości, do czego namawia go ów wybranka. Przelewając bowiem swoje myśli na papier w formie poezji, zaspokaja w pełni swoje potrzeby – sam dla siebie i własnego zadowolenia, w czym nie ma krztyny niezdrowego egocentryzmu. Tym samym reżyser potwierdza swoją tezę, że szczęście zależy od punktu widzenia. Wtedy nawet kierowca autobusu linii 23 w amerykańskiej mieścinie może być uosobieniem marzeń każdego z nas.

O sile filmu stanowi także jego hipnotyzujący czar. Jarmusch przyodziewa tydzień z życia kierowcy autobusu w lekką, humorystyczną i niezobowiązującą narrację. W tym melancholijnie przyziemnym klimacie wybornie wypada Adam Driver. Jest powściągliwy, zdziwaczały i flegmatyczny, ale równocześnie przekonywujący i ujmujący, zaś w duecie ze znakomitą Golshifteh Farahani jego postać nabiera dodatkowych barw. Także sposób pracy kamery i delikatnie przygrywająca ścieżka dźwiękowa wpisują się w ten pełen gracji całokształt. Paterson potrafi szczerze rozbawić, zmusić do refleksji, a nawet wzruszyć – wszystko w sposób niewymuszony i szczery.

Gdybym mógł, osobiście podziękowałbym Jimowi Jarmuschowi za Patersona. W tegorocznej powodzi egzaltowanych dramatów, rozczarowujących blockbusterów i jednowymiarowych „arcydzieł”, jego skromny komediodramat uderza w samo serce. Paterson to recepta na odnalezienie szczęścia w prozie życia codziennego. I zapewniam Was, że po seansie zapragniecie mieć pudełeczko zapałek Ohio Blue Tip w swoim domu, upiec babeczki i pójść na czarno-biały klasyk z duetem Abbott & Costello – ja zapragnąłem.

Ocena UMP: 46/50

In his new film, straight from Cannes Film Festival, Jim Jarmusch advises the audience on how to find happiness in the prose of everyday life. He turns a simple story about a sensitive bus driver into a poetic tale, but most importantly – he proves that this happiness is right under the nose for all of us. 

Paterson (Adam Driver) lives in a small town called Paterson in New Jersey and works as a bus driver. He lives with his girlfriend Laura (Golshifteh Farahani) and her bulldog Marvin. However, each free second is spent on his passion – writing poems. The film focuses on only one week, where day by day, Paterson confronts the daily duties with his personal art.

Paterson is an archetype of a man from a bygone age – he stays away from the modern glitz and Instagram exhibitionism, focusing on his minimalist life in a small town. To exhibit it, Jarmusch purposefully confronts Paterson with an array of  people, who blindly follow the wave of materialistic ideology, being victims of the generation of “born winners”. Even Paterson’s beloved girlfriend joins this sorrowfull trend – one day she dreams about her own confectionary, and the next one about a guitar and a career of a country singer. These dreams are a flash in the pan, a weird kind of carpe diem, fueled by a beauty of a moment.

adam-driver-paterson-movie-image

However, Jarmusch’s film is far from decadence, nihilism or any other sort of tiresome pessimism. Instead, Paterson is squeezed in this abuzz world to prove a certain point – that we all can be just happy. Without the ubiqitous commotion, without an iPhone or pursuing a career filled with fame, we can be happy. The glowing example of Paterson is brought to back this unpopular statement. The protagonist enjoys his mundanity, just as he listens to the passengers on the bus, talking about unsuccesfull hook-ups or Italian revolutionists. He also makes peace with the kind-of-cute high jinks of his girlfriend. Hence, his poetry is not a manner of blowing off steam – it’s a kind of natural consequence of his sensitivity, inspired by his love and without any trace of an unhealthy egocentrism.

What’s more, the source of Paterson‘s power is its unusual charm. Jarmusch skillfully imbues Paterson’s story with a humoristic, buoyant narrative. This happens for a plethora of reasons. One is undoubtedly Adam Driver’s solid performance. He is a bit inhibited, a bit strange and phlegmatic, but in all that – convincing and truly winsome, especially when joined by equally hypnotizing Golshifteh Farahani. What’s more, the gentle soundtrack by Carter Logan and the camerawork by Frederick Elmes are also gracefully weaved into the so-called big picture. As a result, Paterson is humoristic, sometimes meditative, soul-stirring and on top of that moving, without a shade of uncertainty or false between the lines.

If I could, I would love to personally thank Jim Jarmusch for directing Paterson. Among the gushy dramas, disappointing blockbusters and one-dimensional films this year, his small feature “hits right in the feels”. Paterson is like a recipe for finding happiness in the routine. I assure you that after the screening, you will crave muffins, a black-and-white movie starring Abbott & Costello, but most of all – a box of Ohio Blue Tip Matches.

UMP Grade: 46/50

Toni Erdmann

Toni Erdmann urzeka lekkością humoru i absurdem, z którego wyłaniają się gorzkie komentarze na temat pracoholizmu – dzisiejszej metody na alienację doskonałą. Jednak film Maren Ade, pomimo zjawiskowych ról Petera Simonischka i Sandry Huller, nie potrafi widza zaskoczyć – ani fabularnie, ani tym bardziej swoim przesłaniem.

Winfried Conradi (Peter Simonischek) jest samotnym mężczyzną, oderwanym od rzeczywistości, uwielbiającym się przebierać i traktować życie z przymrużeniem oka. Gdy jego córka Ines (Sandra Huller) przyjeżdża na krótkie odwiedziny do rodzinnych stron, Winfried zauważa, że nie jest ona do końca szczęśliwa. Chcąc to zmienić, mężczyzna wylatuje do Bukaresztu – miasta, w którym Ines pracuje – i za wszelką cenę próbuje wnieść radość do życia córki. Aby tego dokonać, Winfried tworzy postać wyimaginowanego biznesmena – Toniego Erdmanna.

Maren Ade zgrabnie prezentuje nowoczesną, niezależną kobietę buszującą pośród rekinów biznesu, jej kruchość skrzętnie skrywaną pod korpo-strojem i wyuczonymi formułkami oraz trudy, przez jakie musi przechodzić, by wspinać się po drabince kariery. Świat pushowanych deadline’ów, podlizywania się klientom i drogich hoteli jest dla Ines codziennością, której chociaż bohaterka z całego serca nienawidzi, boi się do tego publicznie przyznać. To obrazowanie absurdów korporacyjnych zawirowań przychodzi Ade z niebywałą lekkością, zaś przedstawiona rzeczywistość przypomina miejscami skecze Monty Pythona – z tą drobną różnicą, że w Toni Erdmannie to wszystko jest do bólu prawdziwe.

tonierdmann_02

Ten plastikowy korpo-światek jest zestawiony z wyalienowanym, zdziwaczałym Winfriedem, którego pojawienie się jest jak trzęsienie ziemi dla poukładanego, aczkolwiek stresującego życia Ines. Jego przebieranki, głupie komentarze, a nawet sama obecność nie tylko podkopują grunty dla jej stabilnej egzystencji, ale przede wszystkim zmuszają ją do niechcianych refleksji. I chociaż próby rozweselenia córki stają się z czasem coraz bardziej żałosne, Ines trochę bezwiednie zaczyna im przyklaskiwać – poniekąd z własnej bezsilności, poniekąd z litości nad samotnym ojcem.

Mimo płynności z jaką reżyserka nakreśla trudy relacji ojca i córki, jej scenariusz jest przewidywalny na wielu płaszczyznach. Wiadomo nie od dziś, że korporacyjne machiny produkują ludzi-kukły, którzy nie potrafią zdefiniować czym jest szczęście. Zatem nawet dobroduszny, nierozgarnięty Winfried nie jest w stanie zmienić bliskiej swojemu sercu córki, gdyż stanowi ona nieodłączną część tego zepsutego świata. To jednak swoisty banał, którego dopuszcza się Ade. I szkoda, że podąża taką bezpieczną ścieżką, bowiem ma do dyspozycji znakomite role Huller i Simonischka, z których można było wycisnąć jeszcze więcej – proponując jednak odważniejszy i ciekawszy psychologicznie scenariusz.

Rok 2016 nie był najlepszym w dziejach europejskiego kina i mimo tego, że Toni Erdmann otrzymał nagrodę najlepszego filmu starego kontynentu, dziele Maren Ade daleko do ponadczasowego arcydzieła. Jej gorzko-groteskowy dramat, pomimo całej swojej urokliwości, przypomina jego tytułową postać- próbuje podchodzić widza ze wszystkich stron, ale do pełnowymiarowego sukcesu jest mu daleko.

Ocena UMP: 40/50

Toni Erdmann is filled with light humor and absurd, where bitter comments upon workaholism – the modern alienation method – are weaved into the grotesque. However, even though the acting is superb, Maren Ade’s film doesn’t astonish – both with the plot and the message it conveys.

Winfried Conradi (Peter Simonischek) is a lonely widower, rather absent-minded and with a strange love for dressing up. When his daughter Ines (Sandra Huller) visits the town, he immediately notices how unhappy she is. Winfried assumes he’s the one to change it – he travels to Bucharest to stay for a few days at Ines’ place. As he sees her corporate life, he decides that the only way to cheer her up is by creating a new identity – an imaginary businessman Toni Erdmann.

Maren Ade skillfully paints the picture of an independent, modern woman swimming among the business predators, with her fragile nature covered by the official suits and corporate mumbling and the efforts she puts into climbing the professional ladder. The world of pushing deadlines, soft-soaping and fancy hotels is an everyday bread for Ines – she hates it, but is also too afraid to admit it. Ade is in her elements while exhibiting the corporate machinery of absurd, that sometimes heavily reminisces Monty-Pythonesque kind of universe – however, it’s painfully real in Toni Erdmann.

toni-erdmann-5-rcm0x1920u

Thus, the sudden visit of Winfried is an earthquake for the stressful, yet ordered life of Ines. His masquerades, silly comments and even his sole presence makes her tremble, but also pushes towards reflecting on the miserable life she leads. Meanwhile, Winfried’s attempts to bring sheer happiness in Ines’ life become more and more pathetic, but strangely, she slowly begins to accept him – either due to how powerless she becomes or the deeply hidden mercy she has for her father.

Putting aside the fluency with which Maren Ade paints the relationship of father-daughter, her script ends up a bit predictable. The truth that regards the extent to which modern, high-life world is rotten and disgusting, producing “puppet people” who cannot define happiness, is nothing particularly new. Based on that, even the warm-hearted, absent-minded Winfried cannot change his beloved daughter for this very reason – she belongs to this false world. And this is a cliche that Ade used quite unnecesarilly. Having at hand such a marvelous cast with Simonischek and Huller, she could squeeze much more from their screen chemistry – if only she’d decided to go with a more bold and psychologically complex script.

Frankly, 2016 was not the best in the history of the European cinema. In my humble opinion, even though Maren Ade’s drama received the noble title of the best European film of the year, it is far from being an all-time classic. In the end, this bittersweet story, apart from all the charm it possesses, is just like its protagonist – tries hard, but never manages to fully succeed.

UMP Grade: 40/50

Z innego świata / Mal de pierres

Na papierze, fabuła Z innego świata przywodzi na myśl melodramatyczny wyrób silący się na coś ambitniejszego. Jednak w przeciwieństwie do tych pozorów, film Nicole Garcii unika schematów i zbyt pretensjonalnych wniosków. Wzbogacony świetną rolą Marion Cotillard i ubrany w urzekające, pocztówkowe obrazki, Z innego świata autentycznie wzrusza – nawet pomimo niedociągnięć.

Gabrielle (Marion Cotillard) mieszka na prowincji we Francji – jest nieszczęśliwa, a na dodatek ma poważne problemy psychiczne. Gdy te zaburzenia stają się groźne dla jej życia, rodzina stawia jej ultimatum – by uniknąć osadzenia w specjalnym ośrodku leczenia, Gabrielle musi wyjść za mąż. Jedynym kandydatem jest Jose (Alex Brendemuhl), robotnik i imigrant z Hiszpanii. Kobieta nie potrafi się jednak odnaleźć w roli żony, przez co trafia do sanatorium. Tam zakochuje się w jednym z pacjentów – weteranie wojennym Andre (Louis Garrel).

Główna postać, odegrana z gracją i zaangażowaniem przez Marion Cotillard, emanuje chłodem i egocentryzmem skumulowanymi tak, że nie sposób jej kibicować. Nicole Garcia nie przekonuje jednak swojego widza, by ten współczuł protagonistce. Oderwana od rzeczywistości, wiecznie niezadowolona i bujająca w obłokach Gabrielle nie dostrzega starań swojego adoratora, czyli Hiszpana Jose. I chociaż powściągliwa postać Alexa Brendemuhla zawsze ukrywa się gdzieś w tle, to właśnie jemu mamy w tym anty-romansie kibicować – mężczyźnie, który zagubionej, złośliwej i egoistycznej kobiecie wytrwale towarzyszy. Nawet w chwili, gdy Gabrielle popada w fascynację przykutym do łóżka Andre, Jose akceptuje ciężar własnego cierpienia, by za wszelką cenę zatrzymać urodziwą żonę przy sobie.

mal-de-pierres

Niepodważalnym jest fakt, że Nicole Garcia ma instynkt filmowca – wiele kadrów w jej dramacie to wypieszczone, przykuwające wzrok pocztówki. Gdy bohaterowie stają nad brzegiem morza, lub wpatrują się w pełne kolorytu doliny, zdjęcia oddychają nieskrępowane, wręcz czyste. Czasem wybrzmiewa w nich melancholijna atmosfera z Wichrowych wzgórz czy Wydarzyło się w Teksasie, czuć również ryzykowne balansowanie na granicy kiczu, podobne do filmów Xaviera Dolana (w szczególności jego najnowszego To tylko koniec świata). Garcia nie wychodzi z tej ryzykownej gry w pełni zwycięsko, bowiem jej film ociera się niekiedy o przedramatyzowaną tandetę nazbyt wyraźnie.

Największym problemem reżyserki jest jednak utrzymanie jednolitego tempa narracji. Artystyczne sekwencje mieszają się tutaj z fałszywymi emocjonalnie, zaś trafiające w punkt dialogi z drętwymi i rozciągniętymi. W efekcie, Z innego świata nie da się w pełni poczuć i w nim całkowicie zatopić – zawsze znajdzie się ten jeden kamień na drodze, który poczujemy pod kołem, brutalnie wyrywając nas z przyjemnej jazdy.

Film Nicole Garcii, chociaż nierówny, ostatecznie zdołał wynieść się ponad poziom płaczliwej opery mydlanej. Bazując na niezrównoważonej emocjonalnie bohaterce, Garcia opowiedziała historię o odrzuconej, ukrywanej miłości. Prawdę, którą nam przedłożono, znamy nie od dziś, ale warto sobie to przypomnieć w takiej estetycznej formie jak w Z innego świata. Bowiem na chorobę zwaną miłość lekarstwa nie ma.

Ocena UMP: 30/50

On paper, the plot of Mal de pierres evokes connotations with an artificial soap opera. Yet, contrary to this, Nicole Garcia’s film avoids going towards patterns and staginess. Enriched by Marion Cotillard’s superb performance and postcard-like, charming framing, Mal de pierres is – even despite some flaws – authentically moving.

Gabrielle (Marion Cotillard) lives in a countryside in France, where she struggles with a mental disorder. As she seems to be stuck in this void, her family decides to give her two way-outs – either move to a psychological ward or marry a Spanish immigrant, Jose (Alex Brendemuhl). Gabrielle, still unhappy after becoming a wife, is sent to a nursing house. Only then does she find a light in the darkness, when falls in love with a war veteran Andre (Louis Garrel).

The main character, marvelously acted by Marion Cotillard, radiates with so much cold and self-absorption that it seems impossible to root for her. However, Nicole Garcia directs our warmth towards someone else than Gabrielle. The absent-minded, persistently unhappy and lackadaisical woman, never manages to appreciate her other side, Jose. Even though the introvert character played by Alex Brendemuhl is always hiding somewhere in the background, he’s the man we should back up. No matter how bitter Gabrielle becomes, he always stands by her side – even when she becomes obsessively drawn into the romance with Andre, an ill war veteran.

marion-cotillard-dans-mal-de-pierres

Indisputably, Nicole Garcia has an instinct of a skilled filmmaker – numerous frames are postcard-like, cherished and elegant. The images almost breathe when we are confronted with shots of the sea waves at dawn or vivid landscapes. At times, they seem to be imbued with the same melancholy that was present in Wuthering Heights or Ain’t Them Bodies Saint. Garcia teases the audience by flirting with kitsch too, following the footsteps of Xavier Dolan (like he did in Just le fin du monde), but this risky game does not pay off entirely for her – Mal de pierres is sometimes overblown and too melodramatic.

However, the most troubling dilemma is the issue concerning the narrative. The artsy sequences mix with emotionally false ones, whilst sharp writing meets sloppy at some points. As a result, Mal de pierres is never kept on one, steady track, thus never allowing to fully chew into the story. There is always this one bump on the road, that sticks out.

Even though Mal de pierres is quite sinusoidal, it manages to leverage itself above an average soap opera. Garcia tells a story of a rejected, deeply hidden love. Such truth, known for ages, is reminded within delicious aesthetics offered by Mal de pierres. Let’s face the sad reality – the most painful of all the feelings is one-sided, unconditional love.

UMP Grade: 30/50