Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie /Rogue One: A Star Wars Story

Gareth Edwards dokonał rzeczy niezwykłej. Oddzielił bowiem grubą kreską swojego Łotra 1. Gwiezdne wojny – historie od reszty sagi, pochylając się nad cichymi bohaterami sił rebeliantów. Chociaż jego dzieło jest najmniej „star warsowe” ze wszystkich, ogląda się je z zapartym tchem. To takie Gwiezdne wojny, na które czekałem.

Fabularnie, Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie umiejscowiony jest tuż przed Nową nadzieją. Poznajemy zatem Jyn Erso (Felicity Jones), córkę Galena (Mad Mikkelsen), którego przedstawiciel Imperium – Orson Krennic (Ben Mendelsohn) – werbuje do konstrukcji Gwiazdy Śmierci. Siły rebeliantów planują schwytać Galena, bowiem tylko on zna tajniki śmiercionośnej konstrukcji – misja ta zostaje powierzona kapitanowi Cassianowi Andorowi (Diego Luna). Cassian obiecuje Jyn odnalezienie jej ojca, a ze wsparciem kilku innych śmiałków, wspólnie wyruszają na misję przechwycenia planów konstrukcyjnych.

Już rozpoczynające sceny wskazują na to, że Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie to film o własnym charakterze, innym niż dotychczasowe części sagi. Nie słyszymy sławetnego motywu muzycznego  Johna Williamsa, zaś na ekranie nie pojawiają się żółte litery zanikające w otchłani galaktyki. Można mieć wątpliwości – czy aby na pewno oglądamy Gwiezdne Wojny?

gallery-1460037786-rogue-one-star-wars-villain-is-this-darth-vader

Odpowiedź brzmi – tak. Co więcej, w tym szaleństwie jest jednak metoda. Gareth Edwards, reżyser znany głównie z remake’u Godzilli, nie jest zainteresowany kalką poprzednich części na wzór Przebudzenia mocy. W jego filmie, międzygalaktyczny konflikt rebeliantów z siłami imperialnymi przyjmuje charakter wojny partyzanckiej. Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie jest oczywiście naznaczony manichejskim zetknięciem ciemności i światła, ale widzimy to z wyjątkowej perspektywy cichych herosów. Reżyser od początku chce widza uświadomić, że jego bohaterowie to trybiki w wielkiej machinie, romantycznie poświęcający wszystko w imię walki o wyzwolenie z imperialistycznej opresji. Udowadnia jednak, że warto oddać im hołd.

Zapewne nie każdy odnajdzie się w tej nowej konwencji. Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie to nieomalże kino wojenne, analizujące dewastacyjny wpływ działalności Imperium i pokazujące ogrom zniszczeń, które ten konflikt niesie. Jest dalekie od komiksowości i bajkowości Gwiezdnych Wojen, przypominając nieco to, co Christopher Nolan uczynił z postacią Batmana w swojej trylogii. Odzwierciedlenie tego zabiegu znajduje się chociażby w scenach batalistycznych, które swoim rozmachem przypominają inwazję na Normandię z Szeregowca Ryana, czy też zdobycie wzgórza w Cienkiej czerwonej linii Terrence’a Malicka. Edwards ubiera je w szaty fenomenalnych efektów specjalnych i doskonałego kadrowania, które wrzuca widza w oko cyklonu. Dzięki temu można odnieść wrażenie, że stoimy ramię w ramię z bohaterami na polu bitewnym.

Edwards osiąga sukces nie tylko dzięki odejściu od dotychczasowo wytyczonej ścieżki i wizualnej ekstazie. Lwią część odgrywają solidna obsada oraz znakomita historia. Przede wszystkim, to wzajemna chemia Jones w roli Jyn Erso i Luny jako charyzmatycznego Cassiana dźwiga dynamikę scenariusza. Obok nich świetnie wypadają postaci drugoplanowe – ironizujący K-2SO (Alan Tudyk), nawiązujący do tradycji Jedi Chirrut (Donnie Yen), czy też przygnieciony wagą misji pilot Bodhi (Riz Ahmed). Dzięki wiarygodnemu aktorstwu całej obsady, trudy rebelianckiej brygady ogląda się z wypiekami na twarzy.

rogue-one-a-star-wars-story-wallpaper-4

Nieco gorzej prezentuje się druga strona konfliktu. Ben Mendelsohn w roli Orsona Krennica nie dostaje dość ekranowej uwagi, by zapaść w pamięć. Pozostaje on w cieniu tych, których publiczność zna doskonale – Lorda Vadera oraz generała Tarkina w pełnym CGI. Prawdziwym mankamentem filmu Edwardsa jest jedynie muzyka autorstwa Michaela Giacchino. Kompozytor nie ma polotu Johna Williamsa, zaś jego romansowanie z klasycznymi motywami Gwiezdnych Wojen wypada nad wyraz sztucznie.

Po cichu przyznam, że z większym zainteresowaniem będę wypatrywał kolejnych spin-offów, niż części głównej sagi. Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie udowodnił bowiem, że w uniwersum Lucasa jest wiele świetnych historii do pokazania. I jeśli Disney będzie eksploatować tę żyłę złota w sposób taki jaki w przypadku filmu Edwardsa – jestem całkowicie na tak.

Ocena UMP: 42/50

Advertisements

5 powodów dla których pokochaliśmy Westworld / 5 reasons for which we fell in love with Westworld

Westworld szturmem wzięło widzów na całym świecie – jego twórcy udowodnili, że serial po raz kolejny dobił do brzegu jakości wielkich produkcji filmowych. Jednak co stanowi o sile produkcji HBO?

1. Inteligentnie wprowadzani bohaterowie 

Częstą wadą seriali jest złe sposób rozwiązania problemu wprowadzania kolejnych postaci do linii fabularnej – niektóre robiły to zbyt pospiesznie (np. Zakazane Imperium, a także poniekąd Breaking Bad), co wprowadza spory zamęt w głowach zatroskanych widzów. Twórcy Westworld znaleźli jednak złoty środek. Nawet pomimo tego, że postaci mnożą się na ekranie, zwielokrotniając przez to liczbę wątków, wszystko jest zadziwiająco klarowne. Struktura fabuły pozwala bowiem na jasny podział postaci na dwie grupy – tych, którzy świat Westworld tworzą z zewnątrz, np. role Anthony’ego Hopkinsa czy Jeffrey’a Wrighta – oraz całą gamę ludzkich robotów.

Ponadto, z uwagi na samą koncepcję serialu, niektóre postaci poznajemy wielokrotnie. I tu także zostaje to dobrze ograne – nawet, gdy dany bohater już zagościł wcześniej na ekranie, jego nowa prezentacja odkrywa przed widzem zupełnie inną część osobowości, a także rolę w tej ogromnej strukturze fabularnej.

160822-westworld2

2. Aktorstwo trzyma bardzo wysoki poziom 

Obsada serialu jest efektem doskonale przeprowadzonego castingu. Anthony Hopkins w roli filozofującego twórcy przybiera postać kameleona w ludzkiej skórze – potrafi imponować stoicyzmem, ale gdy zachodzi potrzeba – staje się despotycznym, zwodniczym zagrożeniem. Numerem dwa jest znakomity Ed Harris – demoniczny, odziany w czarną skórę mistrz rewolweru – czarny charakter na jakiego zasługuje taki serial. Moją uwagę przykuła także Sidse Knudsen w roli Therese Cullen – z początku jednowymiarowa materialistka z każdym odcinkiem nabiera większej, bardziej intrygującej głębi.

Za najciekawszą trójką stoi peleton równie dopracowanych postaci. Oko przykuwają m.in. Thandie Newton, Evan Rachel Wood czy wspomniany Jeffrey Wright. To jednak nie koniec, gdyż HBO zawsze dba o każdy detal – epizodyczne role nie tracą wyrazistości pomimo skąpej ilości scen. W efekcie, próżno szukać słabych punktów w obsadzie.

3. Tajemnica, która kusi, a nie nudzi  

Zrozumiałym zarzutem wobec swego czasu fenomenalnego serialu Zagubieni było to, że każdy kolejny sezon nie przynosił odpowiedzi na skrywaną tajemnicę, zaś dowoził jedynie obietnicę spektakularnego zaskoczenia. Jednak ileż można widza wodzić za nos? W Westworld unika się tego błędu – fabuła jest tak zaprojektowana, by podtrzymywać nasze zainteresowanie z różnych stron. Mamy oczywiście westernową miłość, saloony i kowbojów, ale za nimi stoi solidne sci-fi – całość zaś jest spojona tajemniczym wątkiem Eda Harrisa, który od początku jest nam podsunięty jako klucz do rozwiązania zagadki.

westworld-2016-hbo-tv-series

4. Strona realizacyjna – balans między kameralnym sci-fi a spektakularnym widowiskiem

Westerny charakteryzują się nieskrępowaną przestrzenią obrazu – nie bez powodu Tarantino pragnął nakręcić Nienawistną ósemkę w szerokokątnej perspektywie. Widz musi przecież czuć oddech w niezmierzonych preriach, zaś konne gonitwy byłyby komiczne, gdyby zamknąć je na małej przestrzeni.

W Westworld lwią część klimatu buduje właśnie ta dychotomia sposobu kręcenia – westernowy klimat jest nasączony szerokimi kadrami, zaś praca kamery jest dynamiczna i dostosowana do przelewu krwi, który ma miejsce. Diametralnie odmienny ton nabiera zaś część “od kuchni” – przypomina bardziej Ex Machinę i Moon, aniżeli Odyseję kosmiczną czy Interstellar. Wnętrza są sterylne, relacje ludzkie spłaszczone i oficjalne, zaś wszechobecna technologia nadaje jej futurystycznego klimatu.

5. Czołówka! 

Czym HBO zaskarbiło sobie bezgraniczną miłość widzów w Detektywie już w pierwszej minucie odcinka pilotażowego?

Czołówką.

Producenci Westworld wyciągnęli wnioski z tej lekcji i poświecili sporo czasu, by ich czołówka także była godna zapamiętania. Artystycznie przedstawione za pomocą światła i cienia ujęcia robią wrażenie, ale to nie wszystko – symbolika tego intro jest równie bogata jak i całego serialu.

A Wam co najbardziej przypadło do gustu w Westworld? Podzielcie się w komentarzach swoimi wrażeniami!

Westworld has hit the audiences with its uniqueness all around the world. Its producers proved that, once again, TV series are gaining the same levels of quality as big-budget movies. Given that, what are the reasons behind Westworld‘s massive success?

1. The intelligent way that the characters are introduced

It is common for series that the creators struggle with introducing new characters. Sometimes it’s too hastily done (like Boardwalk Empire or Breaking Bad), which eventually causes chaos to creep in. However, the minds behind Westworld dealt with it brilliantly – even though there is a plethora of subplots and characters, the important pieces of the puzzle remain coherent. The structure of the plot allowed them to divide the characters into two groups: those, who create the Westworld from the outside and the whole bunch of robot humans, who create the real-time game.

What’s more, the starting concept causes some characters to be introduced more than once. However, it doesn’t seem to be a problem in case of Westworld – each of the “another intros” reveals a different part of these characters and what’s most important – various roles that they play in the big picture.

2. The acting is – at least – solid

The cast is always the consequence of well-prepared and thorough casting. Anthony Hopkins as the philosopher-creator is a chameleon in human skin – once stoic and calm, he easily transforms into a peremptory, specious embodiment of danger. There is Ed Harris, who plays the demonical, black-leather-wearing gunman – an alleged bad guy. Feminine factor is then brought by Sidse Knudsen as Therese Cullen – one-dimensional materialist in the beginning quickly begins more complex and more intriguing.

Right behind the leading three, there is the entire marathon of background-creating characters. Noticeable are, among others, Thandie Newton, Evan Rachel Wood and Jeffrey Wright. However, this isn’t the end, as HBO likes to cherish every detail in their work – hence, even the very small roles are sharp – don’t waste your time looking for holes in the cast.

westworld-image-anthony-hopkins

3. The mystery that is ever-tempting and never-boring

An understandable allegation towards Lost series was that the mysterious premise of the plot lacked the essence – it seemed that the creators never really knew where do they want to lead us. Westworld doesn’t copy that mistake – we are intrigued and tempted by its brainy structure, leveraging various characters as the story unveils. There is the western love, saloons and cowboys, but there’s the second layer of the extravagant sci-fi. Finally, the entire thing is linked to each other by Harris, who seems to be the key to the story from the beginning.

4. The visual aspect – division between spectacle and hectic drama

Western genre is all about the freedom of the image – there is a reason for which Quentin Tarantino desired the horizontal frame in The Hateful Eight. The viewer must need some space to breathe in the endless terrains and let’s be honest – the horse rides would look grotesquely if put within a small space.

An immense part of Westworld‘s success is such camera dychotomy – the western shots are spacious, breathtaking ones, whilst the camerawork is dynamic, accordingly to the pace of the film. However, it drastically changes as the tone switches to sci-fi – it’s more hectic, almost like Ex Machina or Moon, rather than Space Odyssey or Interstellar. The interiors are sterile, relationships flat and official and the ubiquitous technology imbues it with an almost futuristic spirit.

westworld

5. Intro!

How did HBO win the love for True Detective in less than a minute of the first episode?

The intro.

The men behind Westworld has drawn some inspirations from that and cherished their intro to meet the expectations of the demanding audiences. The artistic play of light and darkness meets the flourishing symbolism, which is omnipresent in the universe of Westworld. I say yes to that. [check it out in the end of the Polish version of the article].

What were your thoughts on Westworld? Let me know in the comments section!

 

Nowy Początek / Arrival

Kosmiczny epos Denisa Villeneuve’a, reżysera Sicario oraz Labiryntu, już trafił do grona najwybitniejszych dzieł z gatunku ambitnego science fiction. I chociaż Nowy początek nie jest pozbawiony wad, to w pełni zasługuje na takie laury – to kino humanistyczne, artystyczne, ale romansujące także z wizualnym przepychem Hollywood. 

W dwunastu miejscach na globie pojawiają się przedziwne obiekty, które przybywają znikąd. Louise (Amy Adams), wybitna lingwistka, zostaje zwerbowana przez amerykańskie siły zbrojeniowe, by nawiązać komunikację z przybyszami spoza Ziemi. Jej partnerem w tym niezwykłym przedsięwzięciu jest fizyk Ian (Jeremy Renner).

Nowy początek otwiera fenomenalna, oniryczna sekwencja ukazująca Louis wraz z jej córeczką – jest w niej zarówno radość jak i rozdzierający ból. Wraz z ostatnimi dźwiękami utworu On The Nature Of Daylight Maxa Richtera, widz zostaje emocjonalnie zmiażdżony – a to jedynie przedsmak rollercoastera, na który zabiera nas Kanadyjczyk. Bowiem Villeneuve, opowiadając swoją wariację na temat Wieży Babel, ubiera ją w tajemniczą, mroczną szatę kina science fiction.

Ta dekadencka, smutna filozofia o wszechobecnym niezrozumieniu, w której nurza się Nowy początek, w bajkowym finale schodzi na dalszy plan, gdy kosmiczny poemat przenosi się do najbardziej ludzkiego, osobistego wymiaru. Dopiero wtedy Villeneuve wykłada karty na stół – Nowy początek nie jest ani rozdmuchanym sci-fi, ani pseudo-filozoficznym bełkotem. Wątek Louis jako zagubionej w swoim życiu kobiety, reprezentuje bowiem zagubienie nas wszystkich. Dla niej obcy są narzędziem do zrozumienia siebie samej, podczas gdy ona dla nich – jedynym mostem do ludzkości. Co więcej, reżyser sprytnie przełamuje tę wyniosłą dramaturgię horrorowymi wstawkami, które dowodzą jego fascynację Obcym Ridleya Scotta. Przerażające trąby jerychońskie ze ścieżki Jóhannssona akompaniują kamerze penetrującej wnętrze statku kosmitów z pietyzmem, zaś widownia ma wtedy całkowite prawo, by odczuwać niepokój.

arrival-2016-poster-4

Z uwagi na łączenie się wielu gatunków, wzajemne przenikanie niszowej sztuki i mainstreamu, do Nowego początku wkrada się czasem chaos. I tak jak w Sicario i Labiryncie, Nowy początek bywa momentami naiwny i nader patetycznie symboliczny – jednak nie na tyle, by Villenueve’a za to skarcić. Jedyną prawdziwą bolączką jest w tym spektaklu Jeremy Renner, którego Ian jest nijakim kontrastem dla wyrazistej, charakternej Louis. Odegrana przez zjawiskową Amy Adams, to właśnie ta postać dźwiga ciężar całej historii, zostawiając w tyle także Foresta Whitakera w roli służbisty-pułkownika, a także epizodycznie obecnego Michaela Stuhlbarga.

Na piedestał należy także wynieść operatora Bradforda Young’a, który zajął miejsce u boku kanadyjskiego reżysera zamiast wybitnego Rogera Deakinsa. Wiele jego zdjęć zapiera dech w piersiach, zaś w zestawieniu z zatrważającą ścieżką islandzkiego kompozytora, nadają opowieści Villeneuve’a duszę. I za samo ujęcie wprowadzające widzów do Montany, gdzie po raz pierwszy z lotu ptaka widzimy statek obcych skąpany we mgle, Young zasługuje na nominację do Oscara.

Villeneuve z czystym sumieniem może uzurpować sobie prawo do nazywania siebie wirtuozem, bowiem Nowy początek to jeden z najlepszych filmów tego roku. Przepysznie ambitny, nakręcony z dbałością o każdy detal i okraszony równie zgrabnie wkomponowaną ścieżką dźwiękową. Krótko mówiąc – Denis Villeneuve odniósł kolejny, filmowy sukces. I z niecierpliwością będę czekał na kolejne jego dzieła.

Ocena UMP: 45/50

Arrival has stormed both the critics and the audiences at the moment of its premiere and made itself a cozy place among the most exquisite examples of intelligent science fiction. Whilst it is certainly a flawed feature, it still deserves such appreciation. Ferociously ambitious, humanistic and artsy, Arrival flirts with intelligence, at the same time bathing itself in Hollywood-esque panache.

Twelve places around the world are disturbed by strange objects, which clearly herald the arrival of aliens. Louise (Amy Adams), a remarkable linguist, is brought to one of the alien spacecrafts by the American army forces to establish communication with the invaders. She is accompanied by a physicist Ian (Jeremy Renner).

Arrival opens with an oneiric sequence exhibiting Louis as she spends time with her daughter. But with the last tones of Max Richter’s On The Nature Of Daylight, the viewer confronts a heavy emotional package, which is only an earnest of what the Canadian director has up his sleeve. As a result, Denis Villeneuve tells his own story of the Babel Tower, but imbuing it with dark, mysterious atmosphere of science fiction.

This decadent, depressing philosophy about the overwhelming incomprehension among people, which Arrival is so deeply in love with, changes drastically as this cosmic poem reaches its climax. Only then does Villeneuve reveal the true colors of his film – neither is it an inflated sci-fi nor a pseudo-phylosophical babble. On the contrary, Louise represents how the whole humanity is lost in this strange, milestone moment for the global civilization. The aliens are therefore her tool to understand herself, whilst she becomes theirs to understand us.

The Canadian director is also skillful at breaking this solemn philosophy with horror insertions, which prove his love for Ridley Scott’s Alien. The disquieting wind section from Jóhann Jóhannsson’s soundtrack accompanies the camera penetrating the interior of the ship with pietism – as a result, the audience will wriggle out of this ubiquitous unease.

arrival

However, this mixture of genres, a stream of interfused art and mainstream, allows some chaos to creep in. Just like Sicario and Prisoners, Arrival happens to be a bit naive and overly packed with symbolism, but not to an unbearable extent. A truly weak point is Jeremy Renner, whose Ian is a bland contrast to an aquiline, meaty role of Amy Adams, who carries the acting weight of the film, leaving behind Forest Whitaker as the army’s martinet and Michael Stuhlbarg – the CIA agent in the base.

Praised should be also Bradford Young, who took place of Roger Deakins behind the camera of Villeneuve’s film. His work is jaw-dropping and combined with eerie sounds composed by the Icelandic composer Jóhannsson, it imbues Arrival with its own soul. The sole scene of helicopters flying around Montana, where we see the alien spacecraft for the first time, submerged in dense, milky fog, should give Young an Oscar nom.

If this was up to me, Villeneuve can usurp the right to call himself a master behind the camera, because Arrival is another succes after Sicario, Incendies and Prisoners. Beautifully ambitious, breathtakingly shot and gifted with an impressive work of Jóhannsson, it deserves recognition. Denis Villeneuve has a long-time fan in me.

UMP Grade: 45/50

UMP Review – Doctor Strange

Scott Derrickson’s aim was a rather preposterously unreachable one – he wished to elevate Doctor Strange’s character to a position among the biggest stars of the superhero genre. Unfortunately, even though he had the creativity and directorial capacity to carry such weight, Doctor Strange is a forgettable by-product in the Marvel’s factory.

A neurosurgeon Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) barely survives a car crash, which casts a shadow on his career. With his hands covered in scars, he desperately looks for a chance to recover. Only then does he travel to Kathmandu to find the Ancient One (Tilda Swinton) – a mystical leader, who introduces him to sorcery.

Derrickson had a lot on his plate to start with – the team behind Doctor Strange was star-studded, not only due to Cumberbatch’s presence. Adding the ones like Mads Mikkelsen, Tilda Swinton, Chiwetel Ejiofor on board, Michael Giacchino composing and blockbusters’ veteran DP – Ben Davies – Derrickson had a sort of dream team. Doctor Strange had to deal with an insurmountable obstacle, which was to swiftly jump into the pantheon of Marvel superheroes. And it didn’t quite meet these expectations.

ad_201704942

However, Strange is vastly different from them – there’s magic everywhere, spells and sorcery and all of that takes place in various dimensions, with time loops, LSD-driven plains and whatnots. Strange, with all his undisputable charm, feels like a far kin to his kind – one too strange to exist within their worlds and one too repetitive to consitute one on his own.

Thus, the final product is some sort of agreement between Marvel’s typical narration style and a mixture of well-known titles from the past. Doctor Strange has got Christopher Nolan’s Dark Knight trilogy written all over it – Strange’s training, journey to discover himself, how he lacks belief and how internally conflicted he becomes over time. Add to it Inception‘s masterful, visionary graphics, a bit of philosophy from Matrix, Star Wars combat choreographies and even Guardians of the Galaxy‘s humor and voila. Hence, what seems to be the issue with Doctor Strange is that Derrickson’s film lacks its own taste.

Nonetheless, it doesn’t mean that Doctor Strange is an unwatchable flick. It’s still an entertaining piece of modern blockbuster, packed with pompatous slogans, evil vs. good conflict, dark forces and mystical brotherhoods dealing with malefic powers. Benedict Cumberbatch has a lot of fun with Stephen Strange – he’s overly self-confident, snooty and tongue-in-cheek, yet at the same time self-critical at many times. He’s more classy than Deadpool and more witty than Captain America, appealing to newcomers to the Marvel universe.

635979283379628456DoctorStrange-2.jpg

The array of characters accompanying Strange is yet quite familiar – The Ancient reminisces Master Yoda and Ra’s Al’Ghul, Ejiofor’s Mordo is painfully shallow as an almost-master, down-to-earth sidekick, whilst Mikkelsen’s presence is too similar to his role in Winding Refn’s Valhalla. In the end, there are ups and downs, with the second having just too much impact on the final outcome.

Rather than being a blasting bomb that opens new doors for Marvel, Doctor Strange proves that the days of the superheroes hegemony are being slowly counted down. No matter whether it’s Batman, Captain America or Doctor Strange, one factor seems to be the key to the booming success – creativity and originality. And this seems to be slowly burning out, not only in Marvel Studios.

UMP Grade: 30/50