Uciekaj! / Get Out

Jordan Peele, renomowany komik oraz autor scenariusza stosunkowo przeciętnej komedii Keanu, postawił sobie wysoko poprzeczkę. Utrzymując swój film Uciekaj! na pograniczu psychologicznego horroru z domieszką charakterystycznego dla siebie humoru, uzyskał przepis doskonały – film, który niejednokrotnie bawi, wprawia w osłupienie, straszy, ale co najistotniejsze – nie pozwala nudzić się nawet przez chwilę.

Chris (Daniel Kaluuya) spotyka się z Rose (Allison Williams) od kilku miesięcy. Dziewczyna decyduje się zaprosić go na weekend do domu swoich rodziców. Chłopak, niepewny czy rodzina zaakceptuje jego odmienny kolor skóry, decyduje się spełnić życzenie wybranki. Jednak gdy tylko przybywa do odosobnionej rezydencji, zaczynają dziać się bardzo niespotykane rzeczy.

Pomysł na Uciekaj! pachnie od pierwszych minut filmem Król Zombie z roku 1941 – tam trójka mężczyzn trafia na bezludną wyspę, gdzie pewien ekscentryczny milioner zamienia swoich podwładnych w zombie. Reżyser żongluje wieloma tytułami, które Uciekaj! przekonwertowuje na własne potrzeby. Znajdzie się tutaj nawiązanie do Wyspy Dr. Moreau Frankenheimera, Skóry, w której żyję Almodovara, a nawet Django Quentina Tarantino. W filmie Peelego służący są, tak jak w Królu Zombie, czarnoskórzy. Zmienia się jednak perspektywa, z której oglądamy przedstawiane wydarzenia – trójkę białych mężczyzn zastępuje Afroamerykanin i jego percepcja rzeczywistości.

get-out-keith-stanfield

Mimo rozlicznych inspiracji obecnych w Uciekaj!, Peele znajduje własny sposób, by wyróżnić to małe arcydzieło – stawia wszystko na kartę rasizmu. Uprzedzenia dotyczące koloru skóry są bowiem w fabule Get Out kluczowe. To one zmuszają Chrisa, by mimo narastającego niepokoju utrzymywać uśmiech na twarzy, jednocześnie popadając w coraz większą paranoję. Protagonista desperacko próbuje zrozumieć dziwaczne zachowanie bogatej, białej rodziny oraz jej gości, czy niejednoznaczne odzywki brata-dziwaka swojej ukochanej (świetna rola Caleba Landry Jonesa). Peele znakomicie użytkuje te rasistowskie napięcia, by zbudować przedziwną, prawdziwie przerażającą atmosferę. W efekcie, choć nie ma skrzypiących drzwi, duchów, ani drastycznych scen – jest ciągły, narastający i wprost nieznośny niepokój głównego bohatera, który udziela się widowni.

Zaskakująco dobrze wypada także strona techniczna. Peele ma wiele do powiedzenia w sposobie kręcenia filmu  – już pierwsza scena pokazuje sprawność z jaką reżyser porusza się po planie, nadając odpowiedniej dynamiki otwarciu swojego spektaklu. Peele ewidentnie korzysta z horrorowych dobrodziejstw Jamesa Wana (Naznaczony, Obecność – przyp. red.) – scena w domu rodziców Rose, gdy kamera przejeżdża wewnątrz mieszkania, jest tego świetnym przykładem. W nad wyraz dziwny klimat Uciekaj! wpisuje się również ścieżka dźwiękowa, często będąca źródłem humorystycznych akcentów (jak piosenka z odtwarzacza Rose w końcówce filmu), a także świetnym budulcem wszechobecnego dyskomfortu Chrisa.

Wiele wskazuje na to, że po latach posuchy, horror jako gatunek wraca na właściwy tor. Po Coś za mną chodzi Mitchella, czy zeszłorocznej VVitch Eggersa, film Peelego daje nadzieję na przyszłość. Idąc niewydeptaną dotąd ścieżką straszaka o podłożu rasistowskim, komik zapewni sobie z pewnością uznanie fanów gatunku. I jeśli tylko wpadnie na kolejny tak oryginalny pomysł jak Uciekaj!, w ciemno wróżę mu sukces.

Ocena: 42/50

Jordan Peele, a well-known comic artist and a director of a mediocre action comedy Keanu, has set the bar pretty high. By mixing his racial-ground humor with depth of a psychological horror, he eventually came up with a perfect recipe. Get Out is genuinely scary, sometimes quite artsy and zanyish, but what really matters – it never gets boring.

Chris (Daniel Kaluuya) is dating Rose (Allison Williams) for a couple of months. Living happily, the girl decides to invite her boyfriend for a weekend to her parents’ house. Chris, rather hesitant whether his skin color will be accepted, finally agrees to go for the getaway. Once they arrive, strange things begin to happen.

get-out

Peele juggles with a wide variety of titles, which serve Get Out greatly. The very concept for Get Out is not a far kin from a 1941’s horror tale The King of Zombies by Jean Yarbrough. In this feature, three stranded men land on a desolate island, where an eccentric millionaire turns his servants into mindless zombies. Noticeably, the comic director draws other inspirations from films like The Island of Dr.Moreau (1996), The Skin I Live In (2011) and Django: Unchained (2012). But although Peele’s starting point is the same as Yarbroughs – the servants are Afroamerican – there is a difference in the protagonist, whom we follow. Instead of the three white men, there is Chris and his perception of the reality.

Therefore, even though there are numerous ideas thrown into the pot, Jordan Peele carves his own way to tell his story. What is the golden recipe? The ubiquitous racism. The skin color prejudices are the key element that fosters Chris’ progressively evolving paranoia. The protagonist desperately seeks answers for the weird behavior of the rich family and their odd guests, questions why Rose’s freaky brother (brilliantly haunting Caleb Landry Jones) starts a contention with him etc. Peel skillfully uses these racial tensions to cast upon us a lurking, gruesome atmosphere. As a result, there is no room for screeching doors, ghosts or drastic imagery – there is just constant unease that like a virus spreads onto the audience too.

MV5BMjUxMDQwNjcyNl5BMl5BanBnXkFtZTgwNzcwMzc0MTI@._V1_SY1000_CR0,0,675,1000_AL_.jpg

The technical side is surprisingly admirable as well. Peele knows his ins and outs in camerawork, which is proved even by the opening sequence. He is not afraid to once again draw inspiration from others – a very specific thoroughfare of the camera takes place in the film, which instantly brings James Wan to mind (director of Insidious and The Conjuring)., whilst the disturbing atmosphere begs for calling M. Night Shyamalan to assist.

What is more, just as disturbing as the events happen to be in Get Out, is the soundtrack. At times it evokes humor (just as the particular song played from Rose’s player), but mostly– it generates a great deal of discomfort emitted by Kaluuya’s character. It proves a point, that every classic horror – The Shinging, The Rosemary’s Child or other examples – are enriched by a fully dismaying soundtrack.

It does seem that the years of drought in the horror genre are slowly fading away. After It Follows by Mitchell or The Witch by Eggers, Peele’s feature is another step to the better future. Following an untrodden path of a scary movie with a heavy racial background, the comedian bought himself a cozy place among the most prospective directors in the genre. If he comes up with an another brilliant idea for a film, he’s got a whole-hearted fan in me.

Grade: 42/50

Advertisements

KCFF 2017 – Dzień drugi / Day Two

thestairs_01

The Stairs – z dziennika narkomana

Film Hugh Gibsona przedstawia historie kilku narkomanów z ośrodka Toronto Regent Park – trudy przez które przechodzą, jak są odbierani przez społeczeństwo oraz w jaki sposób rząd kanadyjski pozostaje bezradny wobec problemu zażywania narkotyków.

Te schody były moim domem przez kilka lat” – tak rozpoczyna jedną ze swoich wypowiedzi bohater dokumentu, Marty. Dla Gibsona to zdanie definiuje analizę postaci dokumentu, pokazuje, że są dalecy od ideału i otwarcie o tym mówią przed kamerą, wspinając się po stopniach, by odbić się od dołu. To ludzie zniszczeni przez narkotyki, którzy sami wybrali tę autodestrukcyjną ścieżkę. Jednak cierpliwie wysłuchując ich historii, znacznie ciężej pozostać wobec nich całkowicie krytycznym. Gibson zgrabnie operuje wypowiedziami swoich bohaterów, nadając im wielu barw, patrząc z różnych perspektyw. W efekcie, żaden z nich nie jest odrażającym ćpunem – to ludzie skrzywdzeni. Skrzywdzeni przez samych siebie, ale również przez otoczenie. Jedni otwarcie przyznają, że ciężko im się odciąć od nałogu, inni tęsknią za rodziną, lub wspominają traumatyczne wspomnienia, gdy za kolejną kreskę byli w stanie zrobić wszystko.

Mimo to, The Stairs nie pozostawia niesmaku. Pomimo kilku kontrowersyjnych scen – np. gdy widzimy bohaterów zażywających narkotyki przed kamerą – Gibson buduje obraz boleśnie prawdziwy, wobec którego ciężko pozostać obojętnym. Gdyż czasem wystarczy kamera zawieszona na wzroku Marty’ego lub Roxanne, by zrozumieć, co te oczy widziały. Czy była to jednak tylko ich decyzją, że ujrzeli i zrobili to wszystko, czy może zostali do tego poniekąd popchnięci?

Ocena: 35/50

The Stairs – Drug addict’s diary

Hugh Gibson’s film reveals stories of several drug addicts from Toronto Regent Park. In fornt of the camera, they talk about their struggles, how the society perceives them and how the Canadian government remains helpless in dealing with the mass problem of drug abuse.

“These stairs were my home for a few years” – says Marty, one of the main characters of the documentary. Hugh Gibson uses this sentence to embody the struggle his characters go through, how far from being ideal they are. They are destroyed by drugs, choosing this auto-destructive path on their own. Nonetheless, as we listen to them carefully, less criticism is heating inside and more compassion appears. Gibson skillfully uses the stories and memories, giving them breadth and colors, allowing the viewers to look at these people from various perspectives. In the end, none of them is a repelling junkie – they are hurt. Hurt by themselves, but also by the surroundings. Some reveal they still do drugs, some miss family or reminisce traumas from the past that were worth a gram.

Despite that, The Stairs does not leave a bad taste. Even though we are confronted with several graphic scenes – like drug usage in front of the camera – Gibson paints a moving picture, which hardly leaves anybody neutral. Sometimes all it takes is to look into Marty’s or Roxanne’s eyes to understand the atrocities they have seen. But is it only their fault, that they’ve witnessed all that?

Grade: 35/50

maliglutitsearchers_04

Searchers (Maliglutit) – walka o przetrwanie

W filmie Zachariasa Kunuka i Natara Ungalaaqa, sławetny film z Johnem Wayne’m z 1956 zostaje przekalibrowany na dokumentalizowany pościg pośród lodowych pustyń. Bohaterem Searchers jest Inuk, którego rodzice zostają zamordowani, zaś żona i córka uprowadzone przez czwórkę mężczyzn.

Searchers rozwija się w sposób ślamazarny, ale w tej usypiającej manierze kryje się niezwykła magia. Bezkresne równiny, wiejący zewsząd wiatr, przerywany jedynie lakonicznymi wypowiedziami bohaterów i tradycyjnymi śpiewami Inukow, czarują od pierwszych minut. Świat w obiektywie Kunuka oraz Ungalaaqa wisi w innej czasprzestrzeni, jakby oderwany od rzeczywistości, jaką znamy. Reżyserzy przyglądają się życiu na chłodnych równinach, ale początkowy dokumentalizm zostaje z czasem zastąpiony coraz większa dynamiką obrazu. I gdy główny bohater wyrusza wraz z synem w pościg za porywaczami, Searchers zmienia tor, stając się thrillerem z krwi i kości.

Realizm oraz surowość to ogromne zalety Searchers. Sceny kręcone z zaprzęgu psów, długie ujęcia na twarze bohaterów, czy sceny przedstawiające specyfikę życia na lodowym pustkowiu tworzą obraz intrygujący i wciągający. W tej konwencji nawet prostota fabuły nie obniża walorów filmu. Wiemy, że istotą Searchers nie jest wnikanie w psychologię bohaterów – to świat walki o przeżycie i ona wychodzi na pierwszy plan.

Searchers jest doskonałym przykładem na to, że kino drogi nie musi ograniczać się do route 66. Utrzymując nieznośne napięcie znane z klasyków jak Znikający punkt, bawiąc się konwencją w sposób podobny do Davida Michoda w The Rover, Searchers przenosi w inny świat. To zdecydowanie jeden z najlepszych seansów, które miałem okazję doświadczyć podczas festiwalu.

Ocena: 39/50

Searchers (Maliglutit) – Survival tale

Zacharias Kunuk and Natar Ungalaaq take under scrutiny a remarkable western with John Wayne from 1956 and bring it to the icy flatlands of northern Canada. The protagonist of Searchers is an Inuk, whose parents are brutally murdered, whilst wife and daughter kidnapped. The man follows the trail of the kidnappers and races with the time to find his family.

Searchers starts off rather pokily, but this sleepy atmosphere has its unprecedented magic. The boundless plains and howling wind, mixed only with laconic sentences of the characters and traditional singing of the Inuks, creates a fairy-tale vision. From the first minutes, the world seen by Kunuk and Ungalaaq hangs in some other dimension. Although the directors spent lots of time observing the crude life in the unpleasant north, the real deal begins once camera jumps on the dog sled. Hence, when the main characters, joined by his son, throw himself on the pursuit after the kidnappers, Searchers wakes up and begins a full-bodied thriller.

Rawness and realism are very important in Searchers. Scenes shot on the dog sled, long frames of the ice-covered faces or sequences presenting the ordinary life on the desolate ice dessert create an intriguing picture. Using this concept, the laughably basic plot is not a distraction. Searchers is not supposed to paint a deep psychological canvas of its characters – its supposed to be as one-zero as the world it shows.

Searchers is a fabulous example of how the “cinema of the road” is not limited to the route 66. As the film sustains the pulsating tension juast like The Vanishing Point and playing with a conventional western like David Michod in The Rover, Seachers truly discovers a new space for itself. It was undoubtedly one of the best screenings I attended to during the festival.

Grade: 39/50

avalanchephoto

Operation Avalanche – a jeśli to jedno wielkie kłamstwo?

Lądowanie na księżycu po dziś dzień pozostaje tematem niezliczonych teorii spiskowych, zaś najsłynniejszą z nich przedstawia Operation Avalanche Matta Johnsona. Dwóch agentów CIA podejmuje się misji nakręcenia filmu, który odzwierciedlałby to epokowe wydarzenie. Szybko jednak orientują się, że to zadanie sprowadza na ich barki znacznie większy ciężar i niebezpieczeństwo, niż mogli podejrzewać.

Z trudem przyrównać Operation Avalanche do jakiegokolwiek innego filmu. Matt Johnson lawiruje między prawdą a fikcją ze zwinnością lisa, żonglując archiwalnymi materiałami dotyczącymi Apollo 13, na przemian z własnymi fragmentami kręconymi z ręki. Nadaje to jego filmowi fenomenalnego tempa, którego reżyser nie traci do napisów końcowych. Poczynania filmującej ekipy ogląda się z wypiekami na twarzy – dwójka agentów CIA wpakowuje się w coraz większy bałagan, lądując w ogniu zimnej wojny, wciąż wierząc jednak, że ich misja ma nadrzędny cel i szansę na powodzenie. Dzięki zaskakującej fabule, Johnson potrafi tą szalona koncepcją szczerze rozbawić (głównie dzięki postaci, którą odgrywa), zszokować, a także przerazić. Perłą zaś jest ścieżka dźwiękowa – nieco wyblakłe kolory filmowej taśmy zestawione z kawałkami Creedence Clearwater Revival nadają Operation Avalanche prawdziwego ducha lat 60.

Film Johnsona, pośród gagów, szalonych pościgów i absurdów, jest także również doskonałym spojrzeniem na ówczesną amerykańska kulturę – łakomą na nacjonalistyczną pożywkę. Johnson bezpardonowo przedstawia cały proces wielkiego kłamstwa jakim nakarmiono ludzkość, zachowując przy tym cały czas odpowiedni dystans do tej teorii. I niezależnie od tego, czy reżyser wierzy w tę bajkę – dostarcza widzom świetnej, inteligentnej rozrywki.

Ocena: 43/50

Operation Avalanche – What if this is all a lie?

The landing on the moon still remains grounds to numerous conspiracy theories and Operation Avalanche takes on the most famous of them. Two CIA agents decide to direct a film that would forge the actual milestone for the humanity. They quickly realize that this mission brings only trouble and risk higher than expected.

It is difficult to find an equivalent for Operation Avalanche in any other piece of cinematography. Matt Johnson swiftly moves between fiction and facts, juggling with archive materials from Apollo 13 mission and his own film bits. It imbues Operation Avalanche with phenomenal pace, which the director does not lose on the way till the end credits roll in. As they drown in the mess they are thrown into, the CIA agents never lose the enthusiasm, believing their mission can still be successful. And thanks to an unpredictable plot, Johnson manages to entertain in many ways – Operation Avalanche is artlessly funny, sometimes shocking and even frightening. On top of that comes the soundtrack, where Creedence Clearwater Revival songs matched with vintage documentary style carries the spirit of the 60s.

Johnson’s film, in between the gags, crazy pursuits and absurd, is also a deep look into the American culture during the Cold War, craving for the nationalistic fodder.  Johnson takes his time to paint the broad picture of the creation of this great lie that was consumed by the humanity, however still being cautious about it. Because no matter whether he believes in this crazy story, one is certain – Operation Avalanche is hell of a fun.

Grade: 43/50

 

 

 

 

 

Wielcy wygrani – Oscary 2017 rozdane

Noc Oscarowa za nami! Chociaż wydawało się, że w większości kategorii zwycięzcy są praktycznie znani, było kilka ciekawych zaskoczeń. I Legion samobójców w gronie zwycięzców nie jest najciekawszą z nich.

La La Land nie okazał się być tak uwielbionym dziełem, jak można było przypuszczać po zatrważającej liczbie nominacji. Damien Chazelle może oczywiście uważać się za gwiazdę wieczoru – jego film zgarnął 6 nagród, w tym za reżyserię i najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą, jednak to Moonlight otrzymał nagrodę za najlepszy film roku. Indie dramat o czarnoskórym homoseksualiście świętował trzykrotnie. Akademia uhonorowała także to dzieło nagrodami za scenariusz oraz rolę Mahershali Aliego.

To co jednak wydarzyło się podczas wręczania Oscara za najlepszy film roku przejdzie do annałów historii. Wszyscy usłyszeliśmy, że statuetkę otrzymuje La La Land, jednak chwilę później producenci filmu złapali za mikrofon i orzekli, że wygrał Moonlight. Piękny gest? Nic z tych rzeczy! Moonlight faktycznie został wybrany filmem roku. Pomyłka organizatorów czy najcięższy i najbardziej chybiony żart w karierze Jimmy’ego Kimmela?

mahershala-ali-tout

Zaskoczeniem było zwycięstwo Klienta w kategorii najlepszego filmu nieagnlojezycznego, bowiem Toni Erdmann wydawał się pewnym kandydatem do zwycięstwa. Zadowolony mógł być również Mel Gibson, którego Przełęcz ocalonych wygrała w dwóch kategoriach, m.in. za najlepszy montaż roku. Pośród kategorii aktorskich nie było wielkich zaskoczeń – zwycięzcami okazali się być wspomniany Mahershala Ali oraz Viola Davies, Emma Stone i Casey Affleck. Akademia popisała się także fenomenalnym sarkazmem – jak inaczej nazwać przyznanie Legionowi samobójców jakiejkolwiek statuetki?

Chłodem powiało ze strony prowadzącego. Jimmy Kimmel wypadł po prostu blado – jego żarty były płytkie, komentarze zbyt mało uszczypliwe i prostackie. Przyznam jednak, że tweet do prezydenta Trumpa był całkiem zabawnym pomysłem. Dla tych zaś, którzy chcą poszukać smaczków z gali, polecam „beczke” z technicznych Oscarow – tak prestiżowych, że nikt o nich nie wie. Polecam uwadze również poniższe zdjęcie – mem szeptajacego Ryana Goslinga wisi w powietrzu.

17028758_1443013215730645_795076639_n

Tegoroczna gala miała także silne nacechowanie polityczne – chciałoby się rzec, że to już klasyk. Wiele przemówień dotyczyło posunięć nowego przywódcy Stanów Zjednoczonych (m.in. Gael Garcia Bernal, który jako Meksykanin wyraził swoje ubolewanie nad zaistniałą sytuacją), wiele słów zostało poświęconych równości i tolerancji.

Pełna lista zwycięzców poniżej:

NAJLEPSZY FILM – Moonlight

NAJLEPSZY REŻYSER – Damien Chazelle (La La Land)

NAJLEPSZY AKTOR W ROLI PIERWSZOPLANOWEJ – Casey Affleck (Manchester by the sea)

NAJLEPSZA AKTORKA W ROLI PIERWSZOPLANOWEJ – Emma Stone (La La Land)

NAJLEPSZY AKTOR W ROLI DRUGOPLANOWEJ – Mahershala Ali (Moonlight)

NAJLEPSZĄ AKTORKA W ROLI DRUGOPLANOWEJ – Viola Davis (Fences)

NAJLEPSZY FILM ANIMOWANY – Zwierzogrod

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY – Klient

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY – Kenneth Lonergan (Manchester By The Sea)

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY – Barry Jenkins (Moonlight)

NAJLEPSZE ZDJĘCIA – Linus Sandgren (La La Land)

NAJLEPSZA ŚCIEŻKA DŹWIĘKOWA – Justin Hurwitz (La La Land)

NAJLEPSZA PIOSENKA – City of Stars (La La Land)

NAJLEPSZY MONTAŻ DŹWIĘKU – Sylvain Bellemare (Nowy początek)

NAJLEPSZE KOSTIUMY – Colleen Atwood (Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć)

NAJLEPSZA DESIGN PRODUKCJI – David Wasco & Sandy Wasco (La La Land)

NAJLEPSZY ANIMOWANY FILM KRÓTKOMETRAŻOWY – Piper

NAJLEPSZE EFEKTY SPECJALNE – Księga Dżungli

NAJLEPSZY MONTAŻ –  John Gilbert (Przełęcz ocalonych)

NAJLEPSZY KRÓTKOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY – The White Helmets

NAJLEPSZY FILM KRÓTKOMETRAŻOWY – Sing

NAJLEPSZY FILM DOKUMENTALNY – O.J.: Made in America

NAJLEPSZY MAKEUP I HAIRSTYLING – Alessandro Bertolazzi / Giorgio Gregorini / Christopher Nelson (Suicide Squad)

Moonlight

Dramat Barry’ego Jenkinsa jest “małym-wielkim” arcydziełem nowoczesnego kina. To porywający spektakl, w którym oniryczna szata wykonania styka się z brutalną rzeczywistością opowiadanej historii. Dodając zjawiskowe role Trevante Rhodesa oraz Naomie Harris, otrzymujemy jeden z najciekawszych obrazów ostatnich lat.

Głównym bohaterem Moonlight jest Chiron, wraz z którym dorastamy poprzez trzy okresy z jego życia. Pierwsza część to czas, gdy jest małolatem odstającym od reszty swoich kumpli z podwórka. Jego mentorem staje się wtedy gangster Juan (Mahershala Ali). W rozdziale drugim Chiron to nastolatek gnębiony przez innych i zmagający się z uzależnieniem matki (Naomie Harris). Zwieńczeniem tej historii jest zaś część trzecia, gdy widzimy Chirona jako dorosłego mężczyznę o pseudonimie Black (Trevante Rhodes).

Osadzenie introwertycznego homoseksualisty w skrajnie nieprzychylnym mu środowisku jest intrygującą koncepcją. Jenkins ma jednak znacznie więcej do powiedzenia niż powierzchowna kontrowersja. Wnikliwie analizuje sposób, w jaki to hermetyczne środowisko kształtuje Chirona. Zauważa jak chłopak rozpaczliwie szuka swojej ścieżki, dając się inspirować chociażby Juanem, który zastępuje mu ojca. Podkreśla tym samym zagubienie swojego protagonisty, ukazując jednocześnie, jak złożonym problemem jest brak tolerancji w społeczeństwie. Rozkładając zaś tę historię w czasie, Jenkins spogląda na nią z różnych stron, prezentując pełen rys niezrozumianej ofiary okrutnego społeczeństwa.

maxresdefault-1-2

Gdyby reżyser wyłożył nam jednak gotowe odpowiedzi na stół, Moonlight pozostawiałby ogromny niedosyt. Jenkins jest daleki od ustanawiania ekstremów, czy też osądzania swojego bohatera. Interesuje go bardziej to, czy charakterystyczne środowisko, w którym królują narkotyki, pogoń za materializmem i szeroko zakrojona nienawiść, jest w stanie zaakceptować odmienność Chirona. Barry Jenkins stawia nam zatem kolejne pytanie – czy istnieje przestrzeń, w której Chiron jest zwyczajnie szczęśliwy?

Abstrahując od znakomicie przedstawionej tematyki, Moonlight potrafi wspiąć się na prawdziwe wyżyny kinematografii w aspektach technicznych. Niektóre sekwencje są wprost piorunujące – jak chociażby scena w morzu z rozdziału pierwszego, lub szkolna bijatyka z drugiego. Jenkins ma wyborne wyczucie kamery, potrafi wytonować obraz, zawiesić go na twarzy bohatera, by wychwycić każdy najmniejszy gest, ukryte spojrzenie i ból tkwiący w jego oczach. Z drugiej strony umie też nadać mu dynamiki, obracając chociażby kamerę dookoła postaci. Zdarzają mu się też momenty słabsze, nieco niepotrzebne zwolnienia i chwile, gdy jego arcydzieło wymyka się nieco spod kontroli. Chociaż wybijają one z rytmu, nie powodują, ze Moonlight traci swój urok – wtedy to po prostu solidny dramat bez nutki geniuszu.

screen-shot-2016-10-27-at-5-26-11-pm

W ten pełen gracji, intymności obraz, wtapia się wreszcie wyśmienita ścieżka Nicholasa Britella – zróżnicowana, klasyczna i delikatna, a zarazem grubo podszyta emocjonalnym rozdarciem Chirona. Na samym końcu należy zaś podkreślić aktorstwo. Błyskiem geniuszu był casting trzech aktorów grających postać Chirona. Każdy z nich ma ten sam elektryzujący wzrok, pełen sprzeczności charakter. Przypomina to nieco ideę Boyhood Richarda Linklatera, różnicą jest jednak siła z jaką przemiana protagonisty nas uderza, bowiem psychologiczna sylwetka Chirona jest iście fascynująca.

Moonlight to opowiedziana z rozwagą, wciągająca i poruszająca historia. Jej celem nie jest rozliczenie z rasizmu, podziałów i braku akceptacji – one zawsze będą tkwić w ludziach. Jednak zgodnie z ostatnią sceną filmu, wszędzie możemy dojrzeć światło. Wystarczy tylko wiedzieć, gdzie spojrzeć.

Ocena UMP: 47/50

Barry Jenkins has directed a minute masterpiece of the modern cinema. It’s an emotionally engaging spectacle, in which the oneiric visuals meet with vividly brutal reality portrayed by the story itself. Additionally, Trevante Rhodes’ and Naomie Harris’ roles are spectacular, which aggregates to one of the most stunning films of the last years.

The main character in Moonlight is Chiron, whom we observe in a life-long journey, divided into three chapters. The first one presents him in chis childhood – he struggles to cope with the lack of a father and hence looks up to a drug dealer named Juan (Mahershala Ali). In the second chapter, Chiron is a teenager bullied by his peers and living under the same roof with a drug-addicted mother (Naomie Harris). The last part of Moonlight shows us the moment when Chiron is an adult man, known as Black (Trevante Rhodes).

moonlight

An introvert homosexual in an extremely unfavorable environment is an intriguing concept, yet Barry Jenkins is not limited solely to this controversial idea. He thoroughly analyzes the way in which this hostile society forges Chiron’s personality. He exhibits how desperately the boy seeks his own path, but at the same time strives for someone to look up to – hence the role of Juan, who becomes his mentor and a substitute for father. Hence, Jenkins elaborates on how we lack empathy, how do we lack tolerance. And by taking his time to present Chiron’s story in various time frames, he proves his point very convincingly – we are ruthless.

However, if Jenkins would have limited himself solely to exhibiting the spoiled society, without digging deeper into the psychology of his protagonist, Moonlight would be somehow disappointing. However, he is far from being one-sided and critical. The true interest of the director lies in whether the hermetic environment of drugs, materialism and hatred, is capable of embracing the distinctness of Chiron. Therefore, Barry Jenkins asks his audience – is there any space in this world, where Chiron is just happy?

Setting aside the depth and broadness of the story, Moonlight is a sweet audiovisual treat. Some of the sequences are jaw-dropping, like the swimming lesson in the sea or school scrimmage. Jenkins feels the camera, he knows when to gently tone down the tension, freeze the image on his characters’ faces to catch the smallest gesture and pain hiding behind the glowing eyes. At the same time, he is aware that the narration needs the right pace – some scenes are dynamic, just like the opening one where the camera rolls around the two gangsters in the hood. However, there are also weaker parts, where Jenkins loses his tempo. Nonetheless, these are the only moments when Moonlight is not this minute masterpiece, but just a good movie.

moonlight

Finally, this graceful, intimate picture has its final ornament – the soundtrack by Nicholas Britell. It’s diverse, classy and delicate and heavily weaved with Chiron’s emotional tear. Also, it would not work so good if not the acting. All of the three actors playing the protagonist are brilliant – they all carry the same burden, visible in his sad eyes. It reminisces the idea from Boyhood by Richard Linklater, but the power that Moonlight possesses is far more supreme, due to the impressively painted silhouette of Chiron.

Moonlight is a story told in a convincing and moving manner. It is not supposed to be a remedy for racism or lack of acceptance – this is so deeply rooted in our nature that it cannot be erased. However, as the final scene of the film proves, light could be seen everywhere. All it takes is to know where to look.

UMP Grade: 47/50