WDF – W każdym z nas drzemie kochający homoseksualista

Zdarzają się filmy, które aż wstyd recenzować, bowiem popełnienie takiego tekstu jest przecież równoznaczne z obejrzeniem danego filmu. Another Yeti A Love Story: Life On The Streets zdecydowanie do nich należy. Bo ciężko się wytłumaczyć z filmu, w którym monstrualny yeti odgrywa rolę prostytutki, zaś główny bohater zarabia na życie tańcząc w pieluchach w klubie go-go…

Trzymajcie się krawędzi swoich foteli. Fabuła tego brzydkiego kaczątka przedstawia wrażliwego artystę Adama, lubujego się w szkicowaniu męskich genitaliów. Opiekuje się on także małym bobasem yeti, który okazuje się być również jego… rodzonym synem. Pewnego dnia dziecko zostaje porwane przez terroryzującego okolice alfonsa. Dzielny protagonista, wspomagany przez seksistowskiego kumpla i flegmatycznego gościa na wózku inwalidzkim, wyrusza mu na pomóc.

To, że nowoczesne kino coraz śmielej odkrywa barwy homoseksualizmu, wiemy nie od dziś. Osiem nominacji do Oscara dla Moonlight i ostateczne zwycięstwo tegoż filmu, szum wokół Życia Adeli, czy filmowo-gejowskie podróże Jamesa Franco – wszystkie te przykłady potwierdzają wyżej wspomnianą hipotezę. Inaczej sprawa się miała z kinem klasy B, które miało z tym tematem zazwyczaj kłopot. Jednak Another Yeti A Love Story: Life On The Streets wymyka się wszelkim konwenansom. Twórcy już na samym początku nas o tym uświadamiają, prezentując nieco podejrzany cytat z biblii, którego sens jest – mniej więcej – następujący: “Jezus kocha wszystkie swoje dzieci, oprócz dwóch gejów, ponieważ dwaj całujący się kolesie są okropni. Chyba, że to laski – wtedy to sztos.”

Adam Deyoe oraz Eric Gosselin – reżyserzy tego zacnego produktu filmowego – puszczają zatem całkowicie hamulce. Główny bohater uprawia dziki seks z mężczyzna w kostiumie yeti w perwersyjnie dosłowny sposób, jeden z bohaterów szasta seksistowskimi żartami pod adresem swojej partnerki z częstotliwością karabinu maszynowego, a gwoździem do trumny jest ochroniarz w burdelu, którego ksywa mówi w zasadzie wszystko – Sex Piss. Całość nużą się w tej seksualnej tandecie i genitalnym humorze, lecz mimo to – na swój sposób urzeka.

Bowiem ten bezmózgi humor jest turpistycznie ujmujący. O dziwo, nie jest poziom niestrawnych popłuczyn pokroju Fifty Shades of Black, czy też American Pie, które obok kiepskich żartów próbuje przekazywać jakieś wysoce zawoalowane wartości moralne. Another Yeti A Love Story: Life On The Streets nigdy nie sili się nawet na krztynę powagi czy filmowego kunsztu. To film perwersyjnie zły, ale taki właśnie ma być. Muzyka ma brzmieć jak podkład do softcore porno, gumowe penisy mają nas odrazac z każdym kolejnym, niepokojącym zbliżeniem kamery, zaś bohaterowie mają być do bólu stereotypowi, głupi i sztampowi. Czy traktować to zatem jako pastisz? Można, nie zabraniam. Lecz przede wszystkim – jako solidną dawkę beki.

004353f3

Z przyjemnością dołączyłem Another Yeti A Love Story: Life On The Streets do grona Wtorkowych Depresji Filmowych. Zgodnie z coraz popularniejsza doktryna głosząca, że każdy mężczyzna ma w sobie maluczkiego geja, zadbałem o to, by mój poczuł się dowartościowany. Zatem i Wy zadbajcie o swojego małego homoseksualistę i obejrzyjcie Another Yeti A Love Story: Life On The Streets.

Trailer: https://www.youtube.com/watch?v=i7M7fijoLXc

Advertisements

KCFF 2017 – Dzień pierwszy / Day one!

Pierwszego dnia Kingston Canadian Film Festival udało mi się obejrzeć trzy filmy. Z repertuaru kilkunastu produkcji postanowiłem wybrać się na soft-core’owo erotyczny dramat pt. Nelly, debiutancki film artysty z Toronto The Lockpicker oraz dzieło młodej fali kanadyjskiego kina, The Intestine. W efekcie obejrzałem trzy bardzo zróżnicowane produkcje – budzetowo, tematycznie oraz jakościowo.

During the first day of the Kingston Canadian Film Festival I managed to see three productions. Out of several propositions from the lineup, I decided to watch a softcore-erotic drama Nelly, a debut by a Toronto-origin artist The Lockpicker and a film by a representative of the young wave of the Canadian filmmakers, The Intestine. As a result, I’ve seen three totally different films – in terms of budget, topic and quality.

160804_0t2wc_aetd-nelly-le-film_sn635

Nelly – gorzki poemat o jednostce wyuzdanej

Dramat autorstwa Annę Émond przedstawia historię pisarki Nelly Arcan, której proza biła rekordy popularności w Quebec oraz Francji. Film przedstawia cztery osobowości głównej bohaterki, które inspirowane są jej kolejnymi książkami. Tonąc w konfliktach kilku osobowości, Nelly staje się ofiarą własnej twórczości.

Anne Émond wychodzi w swoim filmie z założenia, że sztuka jest najwyższą wartością, która usprawiedliwia poczynania jej bohaterki. Dla Nelly nie ma jednak żadnej pomocy na horyzoncie, światełka w tunelu. W każdym z pobocznych wątków, bohaterka reprezentuje humanistyczny upadek – raz jest hedonistyczną ćpunką, innym razem nimfomanką lub prostytutką. Jej los jest jednak z góry przesądzony, bowiem kobieta uwięziona jest w skorupie własnego ciała – pożądanego przez mężczyzn, zaś przez nią traktowanego jako środek artystyczny.

Ta narracja bywa jednak złudna dla reżyserki. Próbując postawić Nelly na piedestale, Émond nie daje widzom dostatecznych powodów ku temu, by sympatyzować z bohaterką. Każde kolejne doświadczenie, które dostarcza jej pisarkiej weny, jest okupione odrażającym brakiem szacunku dla swojego ciała i dla otoczenia. I nawet, gdy chcemy jej współczuć, wiemy jednocześnie, że to nie żadne fatum ciążące nad bohaterką, lecz jej własne poczynania doprowadzają ją na sam skraj.

Strona techniczna Nelly prezentuje solidny poziom. Bezpruderyjny melanż okraszony jest dopracowanymi kadrami, przypominającymi nieco teledyskowy manieryzm Xaviera Dolana. Prawdziwą gwiazdą jest jednak Mylène MacKay, wcielająca się w rolę Nelly. Aktorka bywa drapieżnie pociągającą w jednej chwili, by za moment stać się nostalgicznym duchem snującym się po przyciemnonym mieszkaniu. Jej rola obfituje w dopracowane detale I to właśnie MacKay stanowi główny powód ku temu, by Nelly móc polecić.

Ocena: 33/50

Nelly – a bitter poem about a sexually devastated individual

The drama by Anne Émond is a story of Nelly Arcan, who was a bestselling author in France and Quebec. Nelly consists of four archs, which are based on various novels by Arcan. As she drowns in multiple problems deriving from her mental issues, the author becomes a prey to her own demons.

Anne Émond the deeds of her protagonist. However, there is no light in the end of the tunnel for Nelly, no hope for better. Each of the character arch exhibits a fall of a human being – once it’s a hedonistic junkie, other time a luxurious prostitute or an obsessed nymphomaniac. Hence, no matter how many times she tries to keep the right track, she loses, trapped in the shell of her own body – desired by men, whilst being only an artistic means for the author herself.

This narrative point is tricky. As the director tries to whitewash her protagonist, she does not provide her audience with sufficient reasons to sympathize with Nelly. Each of the new experiences, that is an injection of creativity, is at the same time burdened with a disgusting lack of self-respect. Hence, even if we want to feel sorry for her auto-destructive tendencies, we still know, that there is no other power determining her life apart from herself only.

The technical side is very solid in Nelly. This uninhibited game is neatly shot, with a strong resemblance to music video mannerism of Xavier Dolan. However, it is  Mylène MacKay that truly grasps the attention. The actress playing Nelly is tempting predator in one moment, whilst a second later she becomes an absent-minded ghost wandering in an empty house. Her role is very detailed and I dare to say that MacKay is the main reason why Nelly is capable of keeping the audience focused.

Grade: 33/50

590267245.jpg

The Lockpicker – dojrzewanie po kanadyjsku

Chłopak mieszkający na przedmieściach Toronto pragnie uciec od świata, w którym otacza go przemoc. Gdy bliska mu osoba popełnia samobójstwo, wewnętrzna frustracja i niemoc zaczynają w nim wzrastać. Kolejne wydarzenia powodują zaś, że popada on w coraz większe problemy.

The Lockpicker to film nierówny. Dorastanie w świetle przeżytej traumy to trudny do ugryzienia temat, który przede wszystkim wymaga solidnie skrojonego scenariusza. W przypadku filmu Randalla Okity bywa z tym różnie. Niektóre sceny robią wrażenie zarówno wizualnie jak i fabularnie – choćby świetna, oniryczna scena, gdy głównego bohatera zasypuje ziemia, co pokazuje jak przestaje sobie radzić że swoimi problemami. Obok wspomnianych fajerwerków wizualnych, obecnych mimo stosunkowo niskiego budżetu całej produkcji, bardzo zgrabnie wpasowuje się ścieżka dźwiękowa. Napięcie głównego bohatera jest podkreślane subtelnie, poprzez niepokojąca muzykę sącząca się z głośników.

Znajdują się jednak przestoje, sceny niezgrabnie napisane lub zwyczajnie niepotrzebne. Brakuje również nieco konsekwencji w budowaniu historii – brak w The Lockpicker konkretnego miejsca zwrotnego, który jednoznacznie pokazywałby przemianę protagonisty, przez co historia młodocianego włamywacza nie do końca potrafi widza wciągnąć. A szkoda, bowiem Okita mógł być jednym z najciekawszych odkryć z nowej fali kanadyjskiego kina w moich oczach.

Ocena: 21/50

The Lockpicker – coming of age in Canada

A boy living in the suburbs of Toronto dreams of leaving this place, where violence and sadness surround him. Once a close friend of his commits suicide, he becomes frustrated and more aggressive. The following events push him to his boundaries, which only also throws the boy into more problems.

The Lockpicker is an erratic film. A coming-of-age stories require a great deal of caution, to avoid being ostentatious. The key to it is a good script and that’s where Randall Okita’s film encounters biggest problems. Some of the scenes are crushing in terms of what they express – as a great, oneiric scene, in which the boy is strewn with dirt, which symbolizes how he loses the grasp on his own problems. The visual aspect is nicely backed up by the soundtrack. Soaking disturbingly from the speakers, the somber music suits the accretive tension in the boy’s life.

On the other hand, as te sloppy script was mentioned, there are moments, when the pace is lost. Some scenes are badly edited, just as if the budget was not covering them. However, what’s most distracting, is the lack of the climax in the story. The arch of the character never manages to be fully mature, which eventually causes The Lockpicker to be a bit tiring in the second half of the film. It’s a pity, because Okita could be one of my most cherished discoveries from the festival.

Grade: 21/50

TheIntestine3.jpg

The Intestine – gdy budżetu zwyczajnie nie da się ukryć

The Intestine Leva Lewisa przedstawia historię córki rosyjskiej imigrantki, która pracuje jako kelnerka. Pewnego dnia poznaje mężczyznę, u którego zostaje na noc. Gdy budzi się sama w luksusowym mieszkaniu, spędza cały kolejny dzień w miejscu, które pragnie mieć dla siebie. Zaczyna się zatem utożsamiać z nowym życiem, pojawiają się ludzie szukający zaginionego wlasiciela domu.

Najgorzej w filmie Lewisa prezentuje się aktorstwo. Poziom skropiony amatorszczyzną powoduje, że większość kwestii wypowiadanych przez postaci wypada płasko, sztucznie. Główna bohaterka, która wedle scenariusza powinna mieć w sobie pierwiastek szaleństwa i nieprzewidywalności, jest całkowicie pozbawiona tych cech. W efekcie, jej poczynania ogląda się z zaangażowaniem godnym taśmowca, którego przetrawiamy przy okazji gotowania.

Słychać także to, że Lewis ma swoje filmowe korzenie w roli kompozytora. Jego ścieżka walczy o prym z wydarzeniami na ekranie, nie nadając jednak obrazowi właściwego rytmu. Zdarzają się chwile, gdy tło muzyczne wypada znakomicie – to jednak krople w oceanie, gdy walka o pierwszeństwo uwagi widza schodzi na dalszy plan. Pojawia się zatem specyficzna dychotomia, w której ciężko skupić się na fabułę. I głównie przez to The Intestine nie jest seansem, który warto rozważyć.

Ocena: 14/50

The Intestine – when the budget is a burden

Lev Lewis’ The Intestine tells a story of a a Russian-descent woman, who works as waitress. One night, she gets to know a guy, who takes her home. The next day, she wakes up alone in a luxurious house. She stays the whole day there and craves to live like that. She slowly begins to create a fake identity, but soon people begin to look for the missing man.

The worst part of Lewis’ film is the acting. Soaking with amateurish skill level, most of the cast throws their lines flat and artificial, without going deep into their chracters. The protagonist, who – as the story unravels – should possess a bit of insanity and unpredictability in her, is simply dull, emotionless and not convincing at all. Hence, her efforts meet with an equal lack of emotions in the viewer.

One can also hear that Lewis is a filmmaker, who started off as a composer. Music wages a constant war on the screen with what actually happens, most of the time missing the subtlety and film’s rhythm. It does happen that the sound background fits perfectly, yet these are rare moments. Such dychotomy in which element will grasp our attention, is truly lethal for the story too. And eventually, even though the starting point is interesting, in the end the premise is best from what The Intestine has to offer.

Grade: 14/50

Co zwycięstwo Moonlight mówi o przyszłości Oscarów?

Czytając opinie i komentarze dotyczące tegorocznej gali przyznania złotych statuetek, doszedłem do jednego ważnego wniosku. Moonlight został powszechnie uznany za rozdmuchany przez krytyków fenomen, który nie zasłużył na największy honor – to często powtarzająca się teza. Trudno mi się z tym twierdzeniem zgodzić, jednak jednego jestem pewien – analizując rezultaty głosowania Akademii można zauważyć kilka ważnych drogowskazów dotyczących przyszłości.

Barry Jenkins kupił mnie swoim filmem i zdecydowanie nie z powodu homoseksualnosci głównego bohatera. Dla mnie to przede wszystkim świetnie zagrany dramat, w którym reżyser nie wykłada mi wszystkiego na stół – wręcz przeciwnie, daje mi swobodę analizowania i pozwala samemu wyrobić sobie zdanie oglownym bohaterze,  Chironie. To rzadkość, której zaznać można właśnie w kinie artystycznym, niszowym, indie, czy jakkolwiek chcemy je nazwać.

Ale niechęć do Moonlight jest dla mnie zrozumiała. Amerykański dramat jest hermetyczny, pozbawiony akcji, ze specyficznym duchem nieoczywistosci. I rozumiem, że znaleźli się widzowie, którzy w tym onirycznym, aczkolwiek depresyjnym obrazie, nie doszukali się piękna.

16806858_1382389231781096_5121519297883648422_n
Ryan Gosling tuż po ogłoszeniu prawdziwego werdyktu.

Jestem także daleki od dyskretowania filmu Chazelle’a. Chociaż musical to gatunek mi obcy emocjonalnie – nawet pomimo tanecznej przeszłości – doceniam La La Land. To film dynamiczny, bajkowy i poniekąd tandetnie naiwny, ale to w tym tkwi jego siła. Jest cukierkiem na zły dzień, którego czasem każdy z nas potrzebuje jak tlenu. Zgadzam się co prawda ze stwierdzeniem mojej znajomej, że “ostatnia rzeczą jakiej potrzebowaliśmy na świecie jest stepujący Ryan Gosling“, La La Land efektywnie zaczarował miliony widzów.

Zestawiając jednak te dwa filmy, pojawia się dla mnie oczywisty dylemat członków Akademii. Czy chcemy uhonorować trudny dramat, którego widzowie nie pokochali, tym samym udowadniając, że znamy się także na kinie offowym, ale wyjdziemy przy tym na bufonów kochających tylko krytyków? A może wolimy pozostać nudni i przewidywalni, wielbiąc film, który jest de facto o nas, o naszym małym światku Hollywood? Wynik tej rozterki znamy. Pomimo wpadki PwC, Akademia wybrała Moonlight.

Kolor skóry nie powinien być istotny. Było mnóstwo czarnoskórych aktorów, którzy nie otrzymali Oscara, ale czy nie było również wielu białych aktorów, którzy zostali na łodzie całkowicie niezasłużenie?” – Mahershala Ali

Cofnijmy się jednak w czasie. Bowiem zwycięstwo Moonlight potwierdza pewne zjawisko – Akademia od lat stara się zmieniać swój zatwardziały wizerunek wielbicieli rozbuchanego kina, pośród którego nie ma miejsca dla kina festiwalowego. Dla przykładu, w 2004 roku zwyciężył Władca Pierścieni, ale w 2006 Akademia zaskoczyła chociażby przyznaniem statuetki Angowi Lee za Tajemnicę Brokeback Mountain. gdzieś po drodze najlepszym filmem roku nieomalże został Avatar. Zwyciężali również bracia Coen, czy Martin Scorsese – wielkie nazwiska. Ale dzisiejsze nominacje są już inne. Akademia upodobała sobie Birdmana, który zdecydowanie nie był filmem dla mas. Zwycięstwo J.K. Simmonsa za fenomenalną rolę w Whiplash było kolejnym sygnałem, że czasy się zmieniają. A tegoroczne nominacje były także sporym zaskoczeniem – któż mógł podejrzewać, że Aż do piekła zgarnie kilka nominacji?

0117-gq-feos03-mahershala-ali-02
Mahershala Ali

Akademia zaczyna się zatem powoli zmieniać. To widać poprzez wybory jej członków. Do głosu dochodzą tzw. “festival darlings“, filmy, które jeszcze kilka lat temu nie miałyby miejsca w tym prestiżowym gronie pluskającym się w swoim samozachwycie. I zwycięstwo Moonlight jest niewątpliwie tego dowodem. Znajdą się pewnie i tacy, którzy zgodnie z Twitterową burzą z ubiegłego roku, będą wołać, że mamy nowy trend w hashtagach opisujący Akademię – #OscarsSoBlack. Jednak warto posłuchać słów Mahershali Aliego, który zapytany o swoją nagrodę odpowiedział: “Kolor skóry nie powinien być istotny. Było mnóstwo czarnoskórych aktorów, którzy nie otrzymali Oscara, ale czy nie było również wielu białych aktorów, którzy zostali na łodzie całkowicie niezasłużenie?“.

Prawdziwym fenomenem jest jednak inne zjawisko. Kontrowersyjna wpadka PwC przejęła newsy, ale pozwolę sobie przypomnieć coś, co przyprawiło mnie o zawał serca – statuetka dla Legionu samobójców. I nieważne, że to najmniej istotną kategoria makeup’u i stylizacji fryzur – zapamiętamy fakt, że koszmarna klapa DC dostała Oscara. Z pozoru brzmi to jak absurd, jednak ma to swój sensowny powód. To przecież znowu Akademia szukająca dialogu z nowoczesnym widzem -“skoro widzowie kochają superbohaterów, to musimy ich uwzględniać“. Był czas Heatha Ledgera, ale pominięto Deadpoola oraz nowego Kapitana Amerykę, zatem ktoś musiał dostać jakiś ochłap. I padło na Legion samobójców. Może kiedyś członkowie Akademii nagrodzą film Uwe Bolla – zakładając, że reżyser cofnie swoje zapowiedzi o końcu kariery?

Zatem dla wszystkich wielbicieli La La Land, którzy czują się pokrzywdzeni – nie rozpaczajcie. Sześć statuetek to ogromne wyróżnienie, wartość dodana do pokaźnej liczby zwycięstw na festiwalach z całego świata. Zaś wygrana Moonlight to dobry znak. Gdyż może za kilka lat, Oscary nie będą tylko dniem splendoru bogatych ludzi, którzy klepią się po ramieniu z szyderczym uśmiechem. Może za kilka lat będziemy wszyscy siadać w nocy i przeżywać galę, będąc zaskakiwanymi w co drugiej kategorii, a filmy indie będą przemieszane z tylko najlepszymi produkcjami z Hollywood. Ja osobiście w to wierzę.

Relacja z gali wreczenia Oscarow: https://unusualmotionpictures.wordpress.com/2017/02/27/wielcy-wygrani-oscary-2017-rozdane/

Wielcy wygrani – Oscary 2017 rozdane

Noc Oscarowa za nami! Chociaż wydawało się, że w większości kategorii zwycięzcy są praktycznie znani, było kilka ciekawych zaskoczeń. I Legion samobójców w gronie zwycięzców nie jest najciekawszą z nich.

La La Land nie okazał się być tak uwielbionym dziełem, jak można było przypuszczać po zatrważającej liczbie nominacji. Damien Chazelle może oczywiście uważać się za gwiazdę wieczoru – jego film zgarnął 6 nagród, w tym za reżyserię i najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą, jednak to Moonlight otrzymał nagrodę za najlepszy film roku. Indie dramat o czarnoskórym homoseksualiście świętował trzykrotnie. Akademia uhonorowała także to dzieło nagrodami za scenariusz oraz rolę Mahershali Aliego.

To co jednak wydarzyło się podczas wręczania Oscara za najlepszy film roku przejdzie do annałów historii. Wszyscy usłyszeliśmy, że statuetkę otrzymuje La La Land, jednak chwilę później producenci filmu złapali za mikrofon i orzekli, że wygrał Moonlight. Piękny gest? Nic z tych rzeczy! Moonlight faktycznie został wybrany filmem roku. Pomyłka organizatorów czy najcięższy i najbardziej chybiony żart w karierze Jimmy’ego Kimmela?

mahershala-ali-tout

Zaskoczeniem było zwycięstwo Klienta w kategorii najlepszego filmu nieagnlojezycznego, bowiem Toni Erdmann wydawał się pewnym kandydatem do zwycięstwa. Zadowolony mógł być również Mel Gibson, którego Przełęcz ocalonych wygrała w dwóch kategoriach, m.in. za najlepszy montaż roku. Pośród kategorii aktorskich nie było wielkich zaskoczeń – zwycięzcami okazali się być wspomniany Mahershala Ali oraz Viola Davies, Emma Stone i Casey Affleck. Akademia popisała się także fenomenalnym sarkazmem – jak inaczej nazwać przyznanie Legionowi samobójców jakiejkolwiek statuetki?

Chłodem powiało ze strony prowadzącego. Jimmy Kimmel wypadł po prostu blado – jego żarty były płytkie, komentarze zbyt mało uszczypliwe i prostackie. Przyznam jednak, że tweet do prezydenta Trumpa był całkiem zabawnym pomysłem. Dla tych zaś, którzy chcą poszukać smaczków z gali, polecam „beczke” z technicznych Oscarow – tak prestiżowych, że nikt o nich nie wie. Polecam uwadze również poniższe zdjęcie – mem szeptajacego Ryana Goslinga wisi w powietrzu.

17028758_1443013215730645_795076639_n

Tegoroczna gala miała także silne nacechowanie polityczne – chciałoby się rzec, że to już klasyk. Wiele przemówień dotyczyło posunięć nowego przywódcy Stanów Zjednoczonych (m.in. Gael Garcia Bernal, który jako Meksykanin wyraził swoje ubolewanie nad zaistniałą sytuacją), wiele słów zostało poświęconych równości i tolerancji.

Pełna lista zwycięzców poniżej:

NAJLEPSZY FILM – Moonlight

NAJLEPSZY REŻYSER – Damien Chazelle (La La Land)

NAJLEPSZY AKTOR W ROLI PIERWSZOPLANOWEJ – Casey Affleck (Manchester by the sea)

NAJLEPSZA AKTORKA W ROLI PIERWSZOPLANOWEJ – Emma Stone (La La Land)

NAJLEPSZY AKTOR W ROLI DRUGOPLANOWEJ – Mahershala Ali (Moonlight)

NAJLEPSZĄ AKTORKA W ROLI DRUGOPLANOWEJ – Viola Davis (Fences)

NAJLEPSZY FILM ANIMOWANY – Zwierzogrod

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY – Klient

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY – Kenneth Lonergan (Manchester By The Sea)

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY – Barry Jenkins (Moonlight)

NAJLEPSZE ZDJĘCIA – Linus Sandgren (La La Land)

NAJLEPSZA ŚCIEŻKA DŹWIĘKOWA – Justin Hurwitz (La La Land)

NAJLEPSZA PIOSENKA – City of Stars (La La Land)

NAJLEPSZY MONTAŻ DŹWIĘKU – Sylvain Bellemare (Nowy początek)

NAJLEPSZE KOSTIUMY – Colleen Atwood (Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć)

NAJLEPSZA DESIGN PRODUKCJI – David Wasco & Sandy Wasco (La La Land)

NAJLEPSZY ANIMOWANY FILM KRÓTKOMETRAŻOWY – Piper

NAJLEPSZE EFEKTY SPECJALNE – Księga Dżungli

NAJLEPSZY MONTAŻ –  John Gilbert (Przełęcz ocalonych)

NAJLEPSZY KRÓTKOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY – The White Helmets

NAJLEPSZY FILM KRÓTKOMETRAŻOWY – Sing

NAJLEPSZY FILM DOKUMENTALNY – O.J.: Made in America

NAJLEPSZY MAKEUP I HAIRSTYLING – Alessandro Bertolazzi / Giorgio Gregorini / Christopher Nelson (Suicide Squad)