Tofifest 2016 -relacja z festiwalu

Polska z roku na rok staje się coraz ciekawszym miejscem dla wielbicieli kina. Obok wydarzeń na skalę europejską – jak np. MFF Nowe Horyzonty – w rozkładówce znaleźć można wiele bardziej kameralnych, niszowych festiwali. W tym roku, dzięki wspaniałemu zbiegowi okoliczności, udało mi się zagrzać miejsce w Toruniu. I oto słów kilka na temat toruńskiego TOFIFEST 2016.

Piątkowy Toruń powitał mnie smętną aurą, ale nie zniechęciło mnie to do działania. Z miejsca wpadłem w wir festiwalowej atmosfery – miałem okazję poznać jednego z jurorów konkursu On Air – Tómasa Lemarquisa. Udało nam się porozmawiać m.in. o tym, czy większą przyjemność sprawia mu granie w hollywoodzkich blockbusterach (pojawił się chociażby w X-Men: Apocalypse) czy małych, niszowych produkcjach, a także o jego francusko-islandzkim pochodzeniu (pełen wywiad ukaże się już niedługo!). Ostatecznie, Tómas stwierdził, że udało nam się konstruktywnie wymienić poglądy, a klepiąc mnie po ramieniu, rzucił „good job”, gdy opuszczał pofestiwalowy klub.

29853000614_238ddfe7c3_h.jpg
To musiał być ważny fragment mojego pytania zadanego Tomasowi Lerarquisowi, czyż nie?

Po pierwszych wzlotach przyszedł na opadnięcie skrzydeł – seans Alojzego. Nie był to film „pierwszego wyboru” z mojej strony, ale będąc na festiwalu filmowym, nie omieszkałem zagnieździć się w kinie i dać szansę szwajcarskiej produkcji. Niestety, nie było to dzieło, które zaspokoiło mój apetyt, pozostawiając mnie z uczuciem pełnego kłamstwa zadanemu widzowi, by ten poczuł się tak, jakby obejrzał wymagające, ambitne kino. A tak niestety nie było.

Znacznie lepiej wypadł za to seans nowego filmu Arkadiusza Jakubika, którego także miałem okazję poznać tet a tet. Jego Prosta historia o morderstwie jest daleko usytuowana względem mrocznych filmów Wojciecha Smarzowskiego, z którym wspomniany aktor jest bardzo związany. Jakubik odnalazł własny sposób narracji, uciekając w stronę filmu śmiało brnącego w socjologię, mechanikę zbrodni, rzucając domieszkę thrillera i kryminału. W efekcie, chociaż pojawiły się pewne niedociągnięcia, Prosta historia o morderstwie jest jednym z ciekawszych filmów z palety tegorocznych propozycji z rodzimego podwórka.

30418384291_68101db204_h
Andrzej Seweryn – klasa sama w sobie.

Była także chwila na błysk reflektorów, gdy galę wręczenia nagród zdominowały trzy tytuły – w konkursie polskim zwyciężyła Ostatnia rodzina Matuszyńskiego (ku mojej wielkiej radości), zaś za całokształt twórczości statuetkę otrzymał Andrzej Seweryn. Drugim wielkim wygranym był debiut reżyserski Francuza Morgana Simona, którego Taste of Ink otrzymał kilka wyróżnień i nagród. Do grona gwiazd należy zaliczyć również film pt. Toni Erdmann, który także do domu powrócił z toruńskim uznaniem.

Zwieńczeniem festiwalu był koncert poświęcony pamięci Davida Bowie. Pośród repertuaru TOFIFEST 2016 znalazły się wspomnienia zmarłego muzyka, m.in. film Labirynt, zaś muzyczne doznania miały być zwieńczeniem tej części line-upu. Kawałki takie jak Man Who Sold The World, Space Oddity i Let’s Dance wykonali m.in. Monika Brodka, Tymon Tymański oraz Natalia Przybysz. Chociaż czar i charyzma Bowie’go są praktycznie nie do uchwycenia, polscy muzycy zdołali oddać ducha jego twórczości.

29899274114_1ad00b5ba8_h
Jestem fanem ruchów Moniki Brodki

Będąc po raz pierwszy na TOFIFEST 2016, muszę przyznać, że festiwal ma swoją osobliwą atmosferę. Repertuar był zróżnicowany, a przede wszystkim spójnie ukierunkowany w obrębie poszczególnych sekcji i konkursów. W konkursie On Air pojawiły się np. w większości propozycje, w których głównymi bohaterkami były kobiety i to one stanowiły oś historii. Wspaniałe jest także to, że miasto tym wydarzeniem żyje. Wsiadając do taksówki z miejsca pada pytanie o to, czy przyjechałem na TOFIFEST, zaś na ulicy ludzie uśmiechają się na widok torby z logo festiwalu. Z chęcią zatem powrócę do Torunia za rok – mając jedynie nadzieję, że pogoda rozpieści mnie nieco bardziej niż podczas tegorocznej edycji TOFIFEST.

Advertisements

Tofifest 2016 – Alojzy

Szwajcarski dramat spróbował zdefiniować siłę autosugestii, zarysowując równocześnie cienką granicę oddzielającą szaleństwo od jawy. Chociaż ambitny był to cel, ostatecznie forma przerosła treść – w efekcie, film Tobiasa Nölle pozostawia niesmak niespełnionej obietnicy głębokiego, filozoficznego kina.

Tytułowy bohater traci ojca, z którym wspólnie prowadzi biuro detektywistyczne. Jego sposób na życie definiuje także specyficzną percepcję świata – Alojzy odcina się od rzeczywistości, wsłuchując i wpatrując się w nagrania z pracy. Zderzenie z brutalnością otaczającego go świata następuje, gdy budzi się w autobusie i orientuje się, że jego kamera zostaje skradziona – a w niej wiele prywatnych nagrań.

Świetnym punktem wyjściowym Tobiasa Nölle było powolne zamazywanie granicy między onirycznymi wizjami wyidealizowanego świata, widzianego oczami paranoicznego Alojzego, a tym, co dzieje się na jawie. Reżyser bawi się swoim głównym bohaterem, nadając mu wręcz karykaturalny wyraz, bowiem Alojzy nie potrafi nawiązywać nawet najbardziej elementarnych tematów w rozmowie, jest także całkowicie pozbawiony empatii. Budowaniu psychologii postaci towarzyszy też specyficzna narracja – przeplatanie wątku głównego przebitkami z lasu, czy też stoicka obserwacja natury w wydaniu jaszczurki z terrarium.

tofifest

Niestety, ten wizualny galimatias jest bardzo atrakcyjny i pociągający jedynie z początku, jednak im bardziej historia meandruje, tym ciężej jest znieść specyfikę Alojzego, zaś reżyser używa ich by przysłowiowo owijać w bawełnę banał swojego filmu. Psychiczna rozsypka traci na wiarygodności, gdy zbyt wiele powodów podsuwa się widzowi –  śmierć ojca, brak empatii, zawodowe porażki. Introwertyczny protagonista staje się nużący, nieatrakcyjny, a potęguje to właśnie brak akcji. Filozoficzne rozmyślania stają się płaskie, gdyż Tobias Nölle dochodzi do jednego wniosku – samotność jest chorobą. Domek z kart Szwajcara rozsypuje się zaś, gdy Alojzy na dobre oddaje się uronionej relacji z głosem z telefonu – swoją sąsiadką, z którą nie łączy go żadna fizyczna bliskość, a która także wydaje się nieco „odcięta” od rzeczywistości. Tym gwoździem do trumny jest zatem idea połączenia dwóch zamkniętych w sobie jednostek na jednym ekranie.

Ostatecznie, Alojzy jest długo dmuchanym balonem, z którego zbyt szybko ulatuje powietrze. Awangarda wizualna ustępuje miejsca psychologicznemu chaosowi, zaś ekscentryzm samej historii traci na swojej sile, gdy zostaje zestawiony z płytkim wnioskiem wieńczącym film. Alojzy jest niczym tytułowy bohater – intrygujący, ale zbyt nieprzystępny i niewart wymaganego od widza wysiłku.