Johnny Frank Garrett’s Last Word

Wyprana kolorystyka przypominająca The Ring, paranormalne, niewyjaśnione zjawiska i silnie nakreślone tło anty-religijne– tak w skrócie można by opisać horror Johnny Frank Garrett’s Last Words. Ale nawet mimo pewnej dozy sztampy gatunkowej, film Simona Rumleya ogląda się z przyspieszonym biciem serca.

Texas, lata 80. –  tytułowy Johnny Frank Garrett (Devin Bonnée) zostaje uznanym winnym gwałtu oraz morderstwa pewnej zakonnicy w miasteczku Armadillo. Tuż przed śmiercią, mężczyzna rzuca klątwę na wszystkich, którzy zadecydowali o jego straceniu. Wkrótce, jego słowa stają się upiorną rzeczywistością, którą oglądamy z perspektywy jednego z członków ławy przysięgłych z procesu Garretta – Adama Redmana (Mike Doyle).

Wiele horrorów szturmuje kina z przylepioną łatką “film oparty na prawdziwej historii”. To niezastąpiony wabik na koneserów horroru, który od wielu lat skutecznie funkcjonuje w co drugim tytule z tego gatunku. W przypadku Johnny Frank Garrett’s Last Words, ta informacja ma jednak znacznie więcej sensu. Simon Rumley opiera bowiem narrację swojego filmu na dokumencie zgłębiającym rzeczywistą sprawę Garretta. Pozwala to reżyserowi na swobodne mieszanie dramatu oraz dokumentu z wątkami klimatycznego horroru. Ponadto, Rumley zręcznie wplata motyw wiary, która także próbuje znaleźć odpowiedzi, kim lub czym jest nieżyjący Garrett. Niewierzący Redman,  czy też zastępy bogobojnych mieszkańców miasteczka – wszyscy na swój sposób tłumaczą kolejne makabryczne wydarzenia wstrząsające Armadillo. Ich śladem podąża także widownia, kwestionując naturę klątwy rzuconej przez Garretta – czy to rzeczywistość? Czy może zachwiana granica między jawą a koszmarem?

Johnny-Frank-Garretts-Last-Word-2016-movie-Simon-Rumley-5

W celu dostarczenia odpowiednich wrażeń, Rumley sięga do pokaźnego arsenału sztuczek. Dużą swobodą darzy kompozytora – Simona Boswella – znanego ze współpracy m.in. z mistrzem gatunku Dario Argento (reżyser Suspirii). Ścieżka dźwiękowa odgrywa przez to znacząca rolę w całym spektaklu. Pozbawione jednoznacznej linii melodycznej skrzypce, dudniące w tle basy i wplątane gdzieniegdzie krzyki tworzą barwne tło, które silnie oddzialywuje na wyobraźnię. Rumley jest także wielbicielem fast motion – chociaż montaż w jego filmie bywa irytujący, a czasem wręcz amatorski, reżyser szybko wynagradza to znakomitymi scenami (jak np. one-take w domu Redmana). W efekcie, Johnny Frank Garrett’s Last Words miewa swoje schyłkowe chwile, ale nigdy nie upada poniżej akceptowalnego poziomu dla szanującego swój czas widza.

Diabelska wyliczanka autorstwa Simona Rumleya – Johnny Frank Garrett’s Last Words – nie trafi pewnie do annałów historii kinematografii. Mimo to, jest w tym obrazie coś przedziwnie intrygującego, odstającego od szarej masy, którą mainstreamowa widownia jest zazwyczaj karmiona. To propozycja sklejona pod gusta nieco bardziej wymagającego konsumenta. Jeśli zatem oczekujemy solidnych wrażeń oraz gęsiej skórki podczas seansu, Rumley przyjdzie z idealną ofertą.

Ocena: 33/50

A palette of washed-out colors reminiscing The Ring, paranormal, eerie events taking place and boldly sketched, anti-religious background – Johnny Frank Garrett’s Last Words in a nutshell. However, even though cliché is somehow omnipresent, Simon Rumley’s flick still raises pressure.

1980s in rural Texas – the titular Johnny Frank Garrett (Devin Bonnée) is found guilty of a rape and homicide of a nun in a small town called Armadillo. At his deathbed, the man curses all the members of the jury, who decided about his fate. Soon, his words become a harrowing reality, that we observe through eyes of Adam Redman (Mike Doyle), one of the jury’s members.

A plenty of horror flicks storms the cinemas by advertising “based on a true story”, which lures the fans of the genre for decades now. However, Johnny Frank Garrett’s Last Words boasts about not only a true story, but also the source material it is based upon. Simon Rumley uses a real documentary as his reference points. Hence, the director blends a psychological drama with a pinch of terrifying reality, which eventually provides an outcome of a pretty nasty horror. Rumley skillfully inweaves his protagonist lack of faith, even though it seems that this is the only means to understand what Garrett really was. Nonetheless, either it is atheist Redman or pious, narrow-minded citizens for Armadillo – they all seek answers to the horrific events that follow the death sentence. Just as the characters in the film try to resolve the mystery, so does the audience – will we believe that Garrett’s curse is real? Or maybe it is a lunatics’ nightmare?

johnny

Rumley reaches for a ponderable variety of tricks to frighten the audience. He grants a lot of freedom to Simon Boswell, the author of the soundtrack, who also worked with remarkable Dario Argento (directed Suspiria). Due to that, the music brings a great deal of unease. The strings are deprived of one common melody line, whilst the chaotically vibrant bass matches the entire eerie design. Rumley is an aren’t fan of fast motion, which sometimes he uses too extensively. As a matter of fact, some parts of editing are flagrantly amateurish, but the director makes up for that. Some scenes – like the one-shot entrance of the entity to Redman’s house – are an astonishing piece of cinematography.

The hellish counting-out game played in Johnny Frank Garrett’s Last Words will not make to the pantheon of the genre. nonetheless, there is still something intriguing about it, a type of unexpected unease that could attract viewers tired of mainstream predictability. If you seek some harrowing experience and goosebumps, Simon Rumley’s flick should deliver it just fine.

Grade: 33/50

Advertisements

Sully

Clint Eastwood jest rzadkim przypadkiem aktora, który swoje powołanie odnalazł przede wszystkim w roli reżysera. Jego tegoroczny Sully jest hołdem dla klasycznego kina dramatycznego z Hollywood – bohater, z którym możemy się identyfikować, delikatna, stonowana ścieżka dźwiękowa i sprawnie dozowane napięcie to główne zalety filmu Eastwooda. W efekcie, Sully ogląda się z przyjemnością.

Sully opowiada prawdziwą historię pilota Chesley’a Sullenbergera (Tom Hanks), który w awaryjnej sytuacji dokonał lądowania samolotu na rzece Hudson w Nowym Jorku. (Miało to miejsce 15 stycznia 2009 roku). Chociaż w obliczu publiki jest bohaterem, rozpoczyna się śledztwo badające czy jego decyzja była właściwa.

Eastwood podchodzi do sprawy Sully’ego z prawie reporterskim zacięciem – chociaż oddaje hołd swojemu protagoniście, stojąc murem za nim, interesuje go otoczenie wyjątkowego zdarzenia. Przyjmując taki punkt widzenia, reżyser stawia kilka ciekawych tez. Najciekawszą z nich jest rzecz jasna ta dotycząca wartości ludzkiego życia. Paradoksalnie fakt, że Sully uratował ponad stu pięćdziesięciu pasażerów, staje się dla całej sprawy wręcz marginalny – ważniejszy staje się zarzut, czy pilot naraził życie tych ludzi i czy mógł zachować się inaczej? Ta polemika odbija się w roli Hanksa – charyzmatyczny weteran świetnie odzwierciedla emocje targające Sully’m, budując postać przekonywującą dla widza.

960-1

Należy podkreślić, że dramat Eastwooda przyjmuje bardzo bezpieczną ścieżkę – gra na prostych akordach, „po bożemu” prowadząc historię do przodu. Potrafi jednak przy tym zbudować historię z krwi i kości. Filmowiec ma wyczucie tempa – wie, kiedy widz powinien mieć chwilę na wyciszenie, a kiedy zaangażować go w dłuższą sekwencjęświadczą o tym choćby sceny katastrofy czy akcji ratunkowej.

Jednocześnie, Eastwood używa więcej humoru i chętniej rozładowuje napięcie, unikając przesadzonego patosu jak w Amerykańskim snajperze, swoim poprzednim filmie. Udało się to dzięki dobremu castingowi Aarona Eckharta jako kompana głównego bohatera. W ten lekki i pełen gracji ton wpisuje się także jazzująca ścieżka dźwiękowa autorstwa Christiana Jacoba.

Sully kuleje jednak w aspektach ról drugoplanowych. Poza wspomnianym Eckhartem, który w oszczędnej ilości scen towarzyszy Hanksowi, blado wypada tło historii. Można odnieść wrażenie, że pozostali bohaterowie pojawiają się w scenariuszu na siłę, lepiąc dziury scenariuszowe, których już nie sposób było ograć wyśmienitym Hanksem. Żona Sully’ego, której ekranowy epizod sprowadzono do okrojonych rozmów przez telefon, jego oskarżyciele – w tym przede wszystkim znana z Breaking Bad Anne Gunn – wszyscy są jednowymiarowi i plastikowi. Przypominają szmaciane kukiełki postawione obok bogato zdobionej, porcelanowej laleczki. Wszystko skrojone jest zatem pod przewidywalny finał i pochwałę głównej postaci.

Wielbiciele klasycznej szkoły reżyserskiej będą seansem nowej propozycji Clinta Eastwooda usatysfakcjonowani. To kino ze wszech miar poprawne, idące wbrew wszechobecnej widowiskowości. Skupione na bohaterze, kameralne, tylko kilkakrotnie przyspieszające tętno widza. Eastwood udowodnił jednak, po raz kolejny, że pośród aktorów kręcących filmy, należy do ścisłej czołówki.

Ocena UMP: 34/50

Clint Eastwood is a rarity – he’s one of the very few actors, whose affair with directing truly worked out. His newest feature Sully is a tribute to classic directing from Hollywood – there is the likeable protagonist, a genuine, delicate soundtrack and well-paced story and execution. As a consequence, it is a pleasure to watch.

Sully tells the real story of the pilot Chesley Sullenberger (Tom Hanks), who made a decision of an emergency landing at the Hudson river in New York during one his flights. Even though the public claims he’s a hero, a case is opened against him to verify whether his decision didn’t put in danger the lives of the passengers.

Eastwood approaches Sully’s case with a journalist verve – although he pays tribute to his protagonist and backs him up, he is curious about each detail of the case, each party involved. Following such manner of telling this story, he notices few nuances, with the main one referring to the value of human life. Paradoxically, Sully rescuing more than 150 passengers swiftly turns out to be a margin-matter. What’s more important is the question if the pilot has put lives in danger and could really act differently? This polemic is embodied by Hanks – the charismatic actor puts on the display the dismay of captain Sullenberger, creating a very convincing role.

sully_imax_trailer

However, Eastwood follows a very – so to say – secure path in Sully – he moves the story confidently yet without much additional fireworks. It’s a fact that as skilled a director as he is, Eastwood narration is solid and well-paced. He’s aware that his viewer needs time to put the pieces together, but also to feel emotional engagement – provided by the scenes of the fatal accident and the following sequence of rescue mision. What’s more, he also imbues Sully with subtle humor, avoiding the unbearable dose of panache as in The American Sniper. This works out mainly due to Aaron Eckhart’s performance, accompanying Hanks as the co-pilot. Finally, the soundtrack composed by Christian Jacob, a bit jazz-based, also gives Sully the light, graceful tone.

Unfortunately, what Sully lacks is the firm background roles. Apart from Eckhart, there isn’t much credit to give the cast. They all seem to appear to serve a certain purpose, as if they were soulless puppets to fill in the particular holes in the script, not interrupting Tom Hanks as the core of it all. Therefore, Sully’s wife, who appears solely during phone conversations with Hanks, all of the captain’s accusers – mainly Breaking Bad star Anne Gunn – they all seem plastic and one-dimensional. It seems to be tailored to the climactic final – however predictable and protagonist-praising.

Fans of classic directorial manner shall be satisfied with Eastwood’s offer. It’s all-together solid, deprived of unnecessary spectacle – rather character-focused and small-scale. Nonetheless, Eastwood proved again that among the actors holding the camera, he’s one of the very best.

UMP Grade: 34/50