Moonlight

Dramat Barry’ego Jenkinsa jest “małym-wielkim” arcydziełem nowoczesnego kina. To porywający spektakl, w którym oniryczna szata wykonania styka się z brutalną rzeczywistością opowiadanej historii. Dodając zjawiskowe role Trevante Rhodesa oraz Naomie Harris, otrzymujemy jeden z najciekawszych obrazów ostatnich lat.

Głównym bohaterem Moonlight jest Chiron, wraz z którym dorastamy poprzez trzy okresy z jego życia. Pierwsza część to czas, gdy jest małolatem odstającym od reszty swoich kumpli z podwórka. Jego mentorem staje się wtedy gangster Juan (Mahershala Ali). W rozdziale drugim Chiron to nastolatek gnębiony przez innych i zmagający się z uzależnieniem matki (Naomie Harris). Zwieńczeniem tej historii jest zaś część trzecia, gdy widzimy Chirona jako dorosłego mężczyznę o pseudonimie Black (Trevante Rhodes).

Osadzenie introwertycznego homoseksualisty w skrajnie nieprzychylnym mu środowisku jest intrygującą koncepcją. Jenkins ma jednak znacznie więcej do powiedzenia niż powierzchowna kontrowersja. Wnikliwie analizuje sposób, w jaki to hermetyczne środowisko kształtuje Chirona. Zauważa jak chłopak rozpaczliwie szuka swojej ścieżki, dając się inspirować chociażby Juanem, który zastępuje mu ojca. Podkreśla tym samym zagubienie swojego protagonisty, ukazując jednocześnie, jak złożonym problemem jest brak tolerancji w społeczeństwie. Rozkładając zaś tę historię w czasie, Jenkins spogląda na nią z różnych stron, prezentując pełen rys niezrozumianej ofiary okrutnego społeczeństwa.

maxresdefault-1-2

Gdyby reżyser wyłożył nam jednak gotowe odpowiedzi na stół, Moonlight pozostawiałby ogromny niedosyt. Jenkins jest daleki od ustanawiania ekstremów, czy też osądzania swojego bohatera. Interesuje go bardziej to, czy charakterystyczne środowisko, w którym królują narkotyki, pogoń za materializmem i szeroko zakrojona nienawiść, jest w stanie zaakceptować odmienność Chirona. Barry Jenkins stawia nam zatem kolejne pytanie – czy istnieje przestrzeń, w której Chiron jest zwyczajnie szczęśliwy?

Abstrahując od znakomicie przedstawionej tematyki, Moonlight potrafi wspiąć się na prawdziwe wyżyny kinematografii w aspektach technicznych. Niektóre sekwencje są wprost piorunujące – jak chociażby scena w morzu z rozdziału pierwszego, lub szkolna bijatyka z drugiego. Jenkins ma wyborne wyczucie kamery, potrafi wytonować obraz, zawiesić go na twarzy bohatera, by wychwycić każdy najmniejszy gest, ukryte spojrzenie i ból tkwiący w jego oczach. Z drugiej strony umie też nadać mu dynamiki, obracając chociażby kamerę dookoła postaci. Zdarzają mu się też momenty słabsze, nieco niepotrzebne zwolnienia i chwile, gdy jego arcydzieło wymyka się nieco spod kontroli. Chociaż wybijają one z rytmu, nie powodują, ze Moonlight traci swój urok – wtedy to po prostu solidny dramat bez nutki geniuszu.

screen-shot-2016-10-27-at-5-26-11-pm

W ten pełen gracji, intymności obraz, wtapia się wreszcie wyśmienita ścieżka Nicholasa Britella – zróżnicowana, klasyczna i delikatna, a zarazem grubo podszyta emocjonalnym rozdarciem Chirona. Na samym końcu należy zaś podkreślić aktorstwo. Błyskiem geniuszu był casting trzech aktorów grających postać Chirona. Każdy z nich ma ten sam elektryzujący wzrok, pełen sprzeczności charakter. Przypomina to nieco ideę Boyhood Richarda Linklatera, różnicą jest jednak siła z jaką przemiana protagonisty nas uderza, bowiem psychologiczna sylwetka Chirona jest iście fascynująca.

Moonlight to opowiedziana z rozwagą, wciągająca i poruszająca historia. Jej celem nie jest rozliczenie z rasizmu, podziałów i braku akceptacji – one zawsze będą tkwić w ludziach. Jednak zgodnie z ostatnią sceną filmu, wszędzie możemy dojrzeć światło. Wystarczy tylko wiedzieć, gdzie spojrzeć.

Ocena UMP: 47/50

Barry Jenkins has directed a minute masterpiece of the modern cinema. It’s an emotionally engaging spectacle, in which the oneiric visuals meet with vividly brutal reality portrayed by the story itself. Additionally, Trevante Rhodes’ and Naomie Harris’ roles are spectacular, which aggregates to one of the most stunning films of the last years.

The main character in Moonlight is Chiron, whom we observe in a life-long journey, divided into three chapters. The first one presents him in chis childhood – he struggles to cope with the lack of a father and hence looks up to a drug dealer named Juan (Mahershala Ali). In the second chapter, Chiron is a teenager bullied by his peers and living under the same roof with a drug-addicted mother (Naomie Harris). The last part of Moonlight shows us the moment when Chiron is an adult man, known as Black (Trevante Rhodes).

moonlight

An introvert homosexual in an extremely unfavorable environment is an intriguing concept, yet Barry Jenkins is not limited solely to this controversial idea. He thoroughly analyzes the way in which this hostile society forges Chiron’s personality. He exhibits how desperately the boy seeks his own path, but at the same time strives for someone to look up to – hence the role of Juan, who becomes his mentor and a substitute for father. Hence, Jenkins elaborates on how we lack empathy, how do we lack tolerance. And by taking his time to present Chiron’s story in various time frames, he proves his point very convincingly – we are ruthless.

However, if Jenkins would have limited himself solely to exhibiting the spoiled society, without digging deeper into the psychology of his protagonist, Moonlight would be somehow disappointing. However, he is far from being one-sided and critical. The true interest of the director lies in whether the hermetic environment of drugs, materialism and hatred, is capable of embracing the distinctness of Chiron. Therefore, Barry Jenkins asks his audience – is there any space in this world, where Chiron is just happy?

Setting aside the depth and broadness of the story, Moonlight is a sweet audiovisual treat. Some of the sequences are jaw-dropping, like the swimming lesson in the sea or school scrimmage. Jenkins feels the camera, he knows when to gently tone down the tension, freeze the image on his characters’ faces to catch the smallest gesture and pain hiding behind the glowing eyes. At the same time, he is aware that the narration needs the right pace – some scenes are dynamic, just like the opening one where the camera rolls around the two gangsters in the hood. However, there are also weaker parts, where Jenkins loses his tempo. Nonetheless, these are the only moments when Moonlight is not this minute masterpiece, but just a good movie.

moonlight

Finally, this graceful, intimate picture has its final ornament – the soundtrack by Nicholas Britell. It’s diverse, classy and delicate and heavily weaved with Chiron’s emotional tear. Also, it would not work so good if not the acting. All of the three actors playing the protagonist are brilliant – they all carry the same burden, visible in his sad eyes. It reminisces the idea from Boyhood by Richard Linklater, but the power that Moonlight possesses is far more supreme, due to the impressively painted silhouette of Chiron.

Moonlight is a story told in a convincing and moving manner. It is not supposed to be a remedy for racism or lack of acceptance – this is so deeply rooted in our nature that it cannot be erased. However, as the final scene of the film proves, light could be seen everywhere. All it takes is to know where to look.

UMP Grade: 47/50

Advertisements

Zwierzęta nocy / Nocturnal Animals

Dzieło Toma Forda hipnotyzuje swoją bajeczną elegancją, zaś wielopłaszczyznowa fabuła angażuje widza od pierwszych minut. To kino wysublimowane, pełne prawdziwej gracji – definitywnie lektura obowiązkowa z 2016 roku.

Susan (Amy Adams) jest właścicielką galerii, zaś jej życie to wykwintne miejsca, otaczający ją awangardowi artyści, a także przystojny partner. Ta wyidealizowana rzeczywistość może runąć, gdy kobieta otrzymuje egzemplarz powieści napisanej przez swojego byłego męża, Edwarda (Jake Gyllenhaal). Opowieść wylana na papier jest dla niej przerażająca, ale także na swój sposób fascynująca.

Nie bez powodu tytuł filmu Forda brzmi Zwierzęta nocy. Jego główna bohaterka, zmagająca się z prześladującym ją nieszczęściem i wypaleniem, zostaje w ciągu dnia osadzona w sztucznym, plastikowym świecie wielbicielek jogi, wyzwolonych związków i wydumanej sztuki. I dopiero, gdy zachodzi słońce, Susan sięga po tajemniczą spowiedź swojego byłego męża – historię pełną niejednoznaczności, przemocy i bolesnego rozgrzebywania ran, które zadała Edwardowi. Ford nie chce jednak serwować gotowych odpowiedzi widzowi. Z lekkością przeskakuje z turpistycznej dla Susan teraźniejszości, do cukierkowo-gorzkiej przeszłości ich związku, by dobić widza Kubrickowskim wątkiem thrillera z powieści pisarza.

Skomplikowana fabuła jest prowadzona zdumiewająco czysto i przejrzyście – Zwierzęta nocy nie próbuje widza zasypać śmieciowymi twistami fabularnymi. Zamiast tego, Ford znakomicie operuje symbolem i domysłami, które snujemy przez cały film – ile prawdy kryje się w powieści Edwarda, a jaki jej fragment wynika ze zranionego serca? W ten dialog wpisują się ton narracji, praca kamery, a nawet muzyka – teraźniejszość Susan jest statyczna, pełna jaskrawych wnętrz i nowoczesności, przypominając niekiedy filmy Jodorowsky’ego, czy Gilliama. Gdy Ford przeskakuje do teksańskiej powieści kryminalnej Edwarda, większość scen nabiera mrocznej, dusznej atmosfery, w której czuć inspiracje Mechaniczną pomarańczą, czy też Znikającym punktem.

zwierzetanocy1

Spektakl wypada wyśmienicie także dzięki porywającym kreacjom. Amy Adams, w wielu wcieleniach Susan, jest kompleksowa i zróżnicowana – czasem wypalona, czasem pełna emocji i czarująca, a czasem majestatyczna – jest jak kameleon w sprawnym ujęciu Forda. Hipnotyzują także Michael Shannon i Aaron Taylor Johnson – pierwszy swoją minimalistyczną grą jako szeryf, drugi zaś tworząc bezpruderyjną, prostacką wersję Normana Batesa z Psychozy. Gracji i elegancji całości nadaje zaś ścieżka dźwiękowa Abla Korzeniowskiego – pełna klasycznych kompozycji smyczkowych i pianina, wspaniale podkreśla artystyczną powłokę filmu Forda.

Intencjonalnie nie wspomniałem do tej pory postaci Edwarda, odgrywanej przez Jake’a Gyllenhaala. Jego kreacja nosi brzemię poprzednich ról – przede wszystkim szczurowatego Lou z Nocnego strzelca, ale także ślady śledczego z Labiryntu. Niestety, przystojniak z czarującymi oczyma kompletnie mija się z Edwardem, którego potrzebował Ford w Zwierzętach nocy. Gyllenhaal dwoi się i troi, jednak nie potrafi się do końca wgryźć w swoją rolę, barując się z jej różnymi odcieniami i krocząc po omacku w poszukiwaniu koncepcji na tę postać. W konsekwencji staje się tłem dla tych, którzy w teorii mu akompaniują – Adams, Shannona czy Taylor-Johnsona.

Zwierzęta nocy wprawiły mnie w nieskrywany zachwyt. To film nakręcony w sposób wysublimowany, ekstrawagancki, z pięknie klasyczną muzyką i porywającymi rolami. I chociaż z bólem serca przyznaję, że Gyllenhaal nie podołał temu wyzwaniu, to film Forda pozostanie ze mną na długo – ze swoim skrywanym nihilizmem, smętnym komentarzem odnośnie płytkości naszych czasów i morzem interpretacji po otwartym zakończeniu.

Ocena UMP: 47/50

Tom Ford’s masterpiece hypnotizes with brilliant elegance, whilst the many layers of the plot never allow the viewer to be bored. It’s sublime and graceful cinema – definitely the peak of 2016 year in cinema.

Susan (Amy Adams) owns an art gallery, but her life is confined within exquisitely looking places, avant-garde artists and her handsome new partner. However, this idealized reality is in danger, when she receives a copy of his ex-husband’s newest novel. Edward’s story is frightening, but at the same time strangely fascinating for her.

There is a reason for which Ford used this particular title. The main character, struggling with constant unhappiness and feeling of burn-out, is trapped in an artificial, plastic world of yoga enthusiasts, emancipated relationships and puffy art. Only when the sun goes down, Susan reaches for her ex-husband’s confession – a story consisting of vast ambiguity, ubiquitous violence and painful rubbing of salt into the old wounds, that she inflicted on Edward. However, Ford is not interested in giving already prepared answers to his audience. He swiftly jumps from Susan’s world’s present turpism to bittersweet past with Edward to finally disturb the viewer with Kubrickian thriller plot from the novel she reads.

The all-complicated plot is coherent and clear thanks to the skillful directing – Nocturnal Animals is never trying to throw rubbish plot twists at the viewer. Instead, Ford masterfully lavishes with symbols and surmises, which pop in our heads throughout the screening – how much truth is weaved into Edward’s novel and what fraction derives from his broken heart? What’s more, the tone of narration, camerawork and even music – they all exhibit this complexity and ambiguity. Thus, the presence of Susan is statically portrayed, almost monumental, filled with vivid colors and modern interiors – it reminds of Jodorovsky’s and Gilliam’s films. However, when Ford moves to the Texan crime storyline from Edward’s book, he imbues his film with much more darkness and hectic, sultry  atmosphere, vastly inspired by A Clockwork Orange and The Vanishing Point.

nocturnal-animals-banner-poster-1473972277

The spectacle astonishes thanks to the firm acting performances too. Amy Adams, portraying the many incarnations of Susan, is complex and very colorful – sometimes burn-out, other times charming and lively or majestic – she’s a chameleon in front of Ford’s camera. What’s more, Michael Shannon and Aaron Taylor-Johnson are hypnotizing too – the first one as the sheriff in a minimalist yet powerful role, whilst the latter impersonating a boorish, Texan-local version of Norman Bates from Psycho. The screen grace is fulfilled by Abel Korzenowski and his sublime soundtrack – bursting with elegant strings and piano compositions, it emphasizes the artistic core of Nocturnal Animals.

Intentionally I have avoided the topic of Edward, played by Jake Gyllenhaal. His role is marked by Gyllenhaal’s previous works – there is a drop of the rattish Lou from The Nightcrawler and the police officer from Prisoners. Unfortunately, Jake’s charm is nothing close to what Edward should have been. No matter how much effort does Gyllenhaal put, trying to chew into his character and understand its ins and outs, he eventually becomes a background for the true shining stars – Adams, Shannon and Taylor-Johnson.

Nocturnal Animals is an astonishing piece of art. Directed with unique taste, extravagant and ornamented by Korzeniowski’s music, it truly feels soul-stirring. Even though I must admit that Jake Gyllenhaal is a miscast, Ford’s film will stay with me for a long time – its well-covered nihilism, bitter comments upon the shallow times we live in and finally – the beautifully open ending that has left me thinking.

UMP Grade: 47/50

Tómas Lemarquis chats with Unusual Motion Pictures

Tómas Lemarquis is an actor, who starred in films such as Nói albinói, X-Men: Apocalypse and Painless. I had a unique opportunity at Tofifest 2016 in Toruń to chat with him about his career, ask what does he think of Hollywood and what being half-Icelandic and half-French means to him.

Tómas Lemarquis jest aktorem, który zagrał m.in. w Nói albinói, X-Men: Apokalipsa oraz Painless. Miałem wyjątkową okazję podczas Tofifest 2016 w Toruniu, by usiąść z aktorem i podyskutować o Hollywood, o jego karierze i o tym jak to jest być pół-Islandczykiem, pół-Francuzem.

UMP: You are an actor with a huge diversity of films in your resume. Taking a look at your career shows that from Nói albinói – an Icelandic revelation from 2003, you switched to bigger productions and this year we could see you in X-Men: Apocalypse. Yet, you visited Toruń with Stefan Zweig: Farewell to Europe – another small-budget film. Which type is more appealing to you – big box-office hits or the indie ones?

Jest Pan aktorem z bardzo zróżnicowanymi rolami w swoim portfolio. Spoglądając na Pańską karierę mamy filmy takie jak Nói albinói – islandzką rewelację z 2003 roku, ale chwilę później widzimy rolę X-Men: Apokalipsa. Toruń odwiedził Pan jednak z kolejnym indie dziełem – Stefan Zweig: Pożegnanie z Europą. Które środowisko pracy jest zatem Panu bliższe?

Tómas Lemarquis: I would say both, for various reasons. The experience that I derive from them is different, like different parts of my creative, artist self is nourished. On a small set, you experience something very intimate, stong between few people, whilst when there is big money involved, there are bigger possibilities too,

Powiedziałbym, że obydwa, z różnych powodów. To dwa odmienne doświadczenia, w których oddzielne części mojej kreatywnej osobowości są docenione. Na małym planie zdjęciowym, czuję pewną intymność, silną więź między kilkorgiem ludzi, podczas gdy duże pieniądze oznaczają większe możliwości produkcyjne,

UMP: And you have greenscreen.

I obecność green screen’u.

Tómas Lemarquis: Yeah (laughs). So, it’s just another kind of experience. When I started acting I thought to myself that I wouldn’t want to go to Hollywood, I will only do arthouse cinema. But today it’s no longer “the bad Hollywood” attitude for me. You can find an interesting script everywhere and arthouse cinema can be sh** too. Hollywood can offer a great story, just like indie movies. Maybe the difference is that in Hollywood, you’re not looking for intimate things, it’s more like an opera – big sets and a big show. That’s also nice.

I also like to change the worlds I work in, the environments and places. I studied fine arts and I it taught me something – sometimes, to better feel the role, for example I like to eat from the ground, like poor people do, but I also like to spend a night at an expensive hotel. It’s all intriguing, all interesting and all teaches a lesson.

Well, that would be one answer (laughs).

Tak, to też (śmiech). Zatem to po prostu inne doświadczenie. Kiedy zaczynałem pracę jako aktor mówiłem sobie, że nigdy nie będę w Hollywood, że zwiążę się tylko z kinem artystycznym. Ale dzisiaj już nie mam tego podejścia, że Hollywood jest złe. Dobrą historię można znaleźć wszędzie, a przecież artystyczne kino też potrafi być kiczowate. I Hollywood potrafi zaoferować świetny scenariusz. Różnicą może być to, że w Hollywood nie szuka się filmowej intymności, ponieważ tam film jest jak opera – wielkie plany i wielkie show. Ale to także ma swój urok.

Lubię także zmieniać światy, w których się obracam, środowiska i miejsca. Studiowałem sztukę piękną i to mnie czegoś nauczyło – żeby lepiej poczuć pewne role, lubię poczuć jak to jest np. jeść z ziemi, albo spędzić noc w luksusowym hotelu. To intrygujące, na swój sposób pociągające, ale przede wszystkim – uczące.

To by było moja odpowiedź (śmiech).

noi_albinoi
Kadr z “Noi Albinoi”

UMP: You somehow predicted a bit my next question. What influences your choices in terms of movies you choose? You had a plethora of different roles – from frightening, menacing characters like in Painless, small roles like Ich Bombe, where you play an extreme freak and then very complex, intimate as in Nói albinói.

Nawiązał Pan do mojego kolejnego pytania. Co wpływa na dobór ról? Rozpiętość podjętych przez Pana filmów, jest jak wspomniałem, imponująca – od przerażających, mrocznych postaci jak w Painless, poprzez odjechaną rolę w Ich Bombe, a skończywszy na intymnej, złożonej roli w Nói albinói.

Tómas Lemarquis: Sometimes we say that films choose us and not the other way round. It’s a luxury problem when you can choose from a plethora of offers. Sometimes I was just happy that I had some work. Still, I don’t say yes to everything – it’s not a big secret that everything starts with a good script. It needs to be something to which both I can bring something to the table, but also I can take from it. I need to feel excitement. It’s bad for your self-belief too, if you participate in a project you don’t feel. You lower your value to yourself.

Czasem mówi się, że to film Cię wybiera, a nie na odwrót. To problem swoistego bogactwa, gdy można wybierać z takiej mnogości ról. Bywało tak, że cieszyłem się, że otrzymałem jakąkolwiek rolę. Ale nie zgadzam się na każdy projekt – to żaden sekret, że wszystko zależy od scenariusza. To musi być coś, do czego zarówno mogę coś wnieść jako artysta, ale także mogę coś wynieść dla siebie. Muszę czuć ekscytację. To także złe dla poczucia własnej wartości, gdy bierzesz udział w czymś, w co nie wierzysz.

UMP: Would you agree that your origin had some influence on your acting shape too? Like the Icelandic background,

A zgodzi się Pan z tym, że pochodzenie miało wpływ na kształt Pańskiej aktorskiej osobowości? Chociażby islandzkie korzenie,

Tómas Lemarquis: And French partially.

I częściowo francuskie.

UMP: Yes, that too of course. Combining these two worlds of cinema – Iceland and France – you derived some parts of your character from this “collision”?

Tak, one również. Zestawiając te dwa kompletnie światy filmu, czuje Pan, że wyciągnął z każdego po trochu coś dla siebie?

Tómas Lemarquis: I can’t escape where I come from – we are what we are. Our origin moulds us, so for sure – I do have a lot of these cultures inside of me. However, for the last ten years I have lived in Berlin, I have spent some time in U.S., so I’m not so connected to one place. I like to travel a lot. Yet, something that shapes me to a huge extent is nature – thus Icelandic weather. It’s a very strong factor,

Nie można uciec od tego skąd się pochodzi – jesteśmy przez to zdefiniowani. Pochodzenie nas buduje, zatem oczywiście – mam w sobie spory pierwiastek tych dwóch kultur. Jednakże przez ostatnie 10 lat mieszkałem w Berlinie, spędziłem trochę czasu w Stanach Zjednoczonych, więc nie przywiązuję się do jednego miejsca. Lubię podróżować. To, co bardzo mnie kształtuje, to natura – np. islandzka aura. To ważny czynnik,

UMP: Like in the Icelandic cinema, like in Nói albinói?

Jak w islandzkim kinie, jak w Nói albinói?

Tómas Lemarquis: Yes, exactly. Weather is like a character in there and I hold it in me too, it’s something that I bring to the sets I visit. In Iceland the light diminishes and sometimes I feel like I need to recharge my batteries, to be the best version of myself.

Dokładnie. Natura, otoczenie są jak postać i to także jest obecne we mnie, to coś, co wnoszę na plan. Gdy światło zanika na Islandii, czasem czuję, że muszę ponownie naładować baterie, wrócić do najlepszej wersji siebie.

UMP: What about your preparation for various roles? Does music help you?

A jak przygotowuje się Pan do ról? Muzyka pomaga?

Tómas Lemarquis: What I like about this job is that every time it’s something exciting and something new. I didn’t spent much time in a theatre school, so I don’t want to claim I have so much technique. As an example, when I was shooting Painless, I would not talk to anybody, I’d rather eat alone, maintaining this kind of unease towards people and eventually they became a bit scared. That reflected my approach, I wanted them to feel frightened, slightly uncomfortable.

For other roles I would be talkative and open. There is no such thing for me as one, ultimate method. I believe that my approach could be defined as physical – the costume is the beginning, the shoes, how the character walks. In X-Men: Apocalypse I got the costume sent to my home – I would walk in it on my street for a week and then the character kind of came to me.

To, co kocham w aktorstwie, to fakt, iż za każdym razem doświadczam czegoś nowego. Nie spędziłem wiele czasu w szkole aktorskiej, zatem nie na miejscu byłoby twierdzenie, że jestem mistrzem techniki. Gdy pracowałem nad Painless, praktycznie z nikim nie rozmawiałem, jadałem samotnie, utrzymując ten niepokój względem innych osób, którym emanowałem. Ostatecznie niektórzy byli przerażeni, czuli się niekomfortowo, ale chciałem, żeby tak było.

Do innych ról przygotowywałem się będąc rozmownym i otwartym. Dla mnie nie istnieje jedna, unikalna metoda. Wierzę także, że moje podejście można określić jako nacechowane fizycznością – kostium i charakteryzacja są początkiem, nawet buty, sposób w jaki moja postać chodzi. Gdy kręcono X-Men: Apokalipsa, dostałem kostium do mojego domu i chodziłem w nim po ulicach przez tydzień. I wtedy rola sama się ukształtowała.

29853000614_238ddfe7c3_h-1
mat. prasowe Tofifest 2016

UMP: So you like to become the character you play.

Czyli lubi Pan stać się tym, kogo odgrywa.

Tómas Lemarquis: Yes. I know that it’s always visible that it’s not me anymore, not entirely at least. Another version of myself. Now I’m preparing for a role in Iceland and I go to gym every day. Normally I’m rather calm, but at the gym I’m on testosterone. And my mom asks me why am I so agitated, but I see it as the preparation too. I just let it happen, it’s channelling.

Tak. Czasem mam świadomość, że to nie do końca ja, przynajmniej nie do końca. Jakaś inna wersja mnie. Teraz pracuję nad nowym filmem na Islandii i chodzę na siłownię każdego dnia. Normalnie jestem spokojny, ale ćwiczenie wiąże się z testosteronem.I moja mama pyta się czemu jestem taki poruszony, ale ja to widzę jako część przygotowania. To się po prostu dzieje.

UMP: Was there ever a moment that you went too far? A character brought to place you didn’t want to see for yourself?

A był kiedyś moment, gdy zawędrował Pan z rolą zbyt daleko? Postać zawiodła w miejsca, których nie chciał Pan widzieć?

Tómas Lemarquis: No, I’ve never been psychotic or anything like that. When I go to sleep, I’m myself – always. If the character is very strong, it might stay with you longer. Then it needs to wash out. But acting allows us to discover parts of ourselves that we never knew about.

Nie, nigdy nie byłem psychotyczny. Kiedy kładę się spać, jestem sobą. Jeśli postać ma na mnie duży wpływ, może zostać ze mną na dłużej. Mówiąc kolokwialnie – musi się sama zmyć. Ale aktorstwo pozwala nam odkrywać części samych siebie, których inaczej byśmy nie poznali.

UMP: Your future plans are directed towards indie filmmaking then?

A w przyszłości planuje Pan pracę w klimacie filmów indie?

Tómas Lemarquis: Everything depends on the role. Money is not the main motor – its more the experience that nurses me creatively. I like to be excited, now I’m preping for a new role and it is like cooking – you’re not sure what it’s gonna be,

Wszystko zależy od roli. Pieniądze nie są głównym motorem do działania – to doświadczenie jest ważniejsze, ono mnie pielęgnuje artystycznie. Lubię być podekscytowany, teraz pracuję nad nowymi filmami i to trochę jak z gotowaniem – nie wiesz, jaki będzie efekt końcowy,

UMP: Adding different spices and waiting for the effect…?

Dodając różne przyprawy i czekając na to, co się stanie?

Tómas Lemarquis: Yeah! That’s fascinating. Filmmaking is amazing in general. I love watching films, I don’t have a problem with seeing myself on a screen too. I like to participate in a group, discuss, create. Afterwards, it’s like a Christmas gift, you unwrap it together and see what it looks like.

Right now, apart from the Icelandic one, I’m shooting a Romanian film, also small-budget and it’s mostly improvised,

Tak! To fascynujące. Kręcenie filmów jest generalnie świetną rozrywką. Kocham je oglądać, nie mam tez problemu ze sobą na ekranie. Lubię być członkiem jakiejś grupy, dyskutować, tworzyć. To jak z prezentem na Boże Narodzenie, który otwierasz wspólnie i oglądasz ze wszystkich stron.

Poza tym islandzkim filmem, pracuję też nad jednym w Rumunii, także o małym budżecie – tam większość scen będzie improwizowana,

UMP: Another new experience then?

Kolejne nowe doświadczenie?

Tómas Lemarquis: Exactly. I would also try myself in directing too, making a documentary where I will include these improvised parts probably. Once I worked with a Turkish director and it’s also been improvised a bit, it felt like just going with a camera and seeing what’s gonna happen. I love this job, you know, but still – you’re serving someone’s vision. When you are lucky and work with creative, open-minded directors, you get the freedom, because they are aware how much value an actor can bring.

There is one part of me that likes to be the creator. Sometimes, in my free time, I like to go back to visual arts, I’m the captain there. Different parts of me are feeded in such a way, piece for this, piece for that (laughs).

Dokładnie. Chciałbym spróbować swoich sił w reżyserii, może w dokumencie, w którym użyłbym tych improwizowanych scen. Raz pracowałem z pewnym tureckim twórcą, też improwizowaliśmy – zabraliśmy kamerę i poszliśmy kręcić, co było bardzo kreatywne. To świetna praca, ale pamiętać należy, że aktor wypełnia czyjąś wizję. Jeśli masz szczęście, trafiając na otwartego reżysera, dostajesz tę wolność, bowiem wtedy on wie ile aktor może wnieść do projektu. 

Jest też jedna część mnie, która lubi tworzyć. W wolnym czasie zdarza mi się wrócić do sztuki wizualnej, tam jestem kapitanem okrętu. Różne wersje mnie są wtedy karmione, kawałeczek dla jednej, kawałeczek dla drugiej (śmiech).

painless-2
kadr z filmu “Painless”

UMP: And to end our conversation – what pushed you towards acting?

Wieńcząc naszą rozmowę – co spowodowało, że został Pan aktorem?

Tómas Lemarquis: My father was a film buff, he had a cinema club. He would take me – on his back – to watch films, even when I just a few months. We would watch a lot of super 8 mm films, on a wall, the silent ones with Charlie Chaplin. Then Harold Lloyd was a big hero for me, he was this type of physical actor.

When I was a kid I watched a lot of touching films, hat shaped me too, like My life as a dog. On the other hand, I loved watching Bud Spencer and James Bond. I wanted to be James Bond, but now I would love to be the bad guy in it (laughs).

Mój ojciec był kinomanem, miałem klub filmowy.Na swoich plecach zabierął mnie na seanse, kiedy miałem jedynie kilka miesięcy. Oglądaliśmy mnóstwo filmów na 8 mm taśmie, na ścianie, np. niemych z udziałem Charlie Chaplina. Harold Lloyd był moim bohaterem, był właśnie takim typem fizycznego aktora.

Jako dzieciak zobaczyłem też sporo poruszających dzieł, jak np. Moje pieskie życie. Z drugiej strony uwielbiałem filmy z Budem Spencerem i sagę Jamesa Bonda. Chciałem być Agentem 007, ale dzisiaj wolałbym zagrać jakiś czarny charakter (śmiech).

UMP: Thank you so much for this conversation.

Dziękuję za tę rozmowę.

Tómas Lemarquis: Thanks, good job!

Dzięki, dobra robota!

Cannes Film Festival 2016 – boos and applauses

A quick summary of what happened at the 2015 Cannes Film Festival.

The most prestigious festival of the artistic cinema has come to an end. And here  are several most interesting films and things regarding this year’s edition.

cannes-competition-preview2

1. Xavier Dolan’s It’s Only The End Of The World won Grand Prix despite vast criticism

That seems to be the most shocking element of Cannes 2016. Although Dolan is THE enfant prodige of modern, artistic cinema and each of his visits to Cannes ended up with praises and admiration (often with awards too), his English-language debut was rather poorly received at its premiere. Called unbearably hermetic, sometimes even dull in its execution, It’s Only The End Of The World seemed to be a complete misfire. The Canadian director responded to it as his “most mature film”, but hardly ever did I find comments cherishing his latest feature. Still, the tradition of Dolan being given credit in Cannes was sustained and the 27-year old filmmaker left with one of the main prizes.

2. Woody Allen’s children abuse took over the news, but there was more of the scandal feed

Cannes was always a place, where gossips and scandals were brought to the daylight, as well as edgy reactions of the audience. This year, there was plenty of it. First of all, there was Susan Sarandon, who straightforwardly commented on Woody Allen an his children abuse gossips (dating a few years back). Allen’s Cafe Society was not well received and this bashing that came out later could possibly halt the director’s career for good. Chloe Sevigny, known for rather bold scenes in Brown Bunny and Gummo, also decided to say a few words about sexual harassment phenomenon in Hollywood by naming a few people, who allegedly forced her to perform “sexual services”. Nicolas Winding Refn came to Cannes with a polarizing film – The Neon Demon – which also divided the critics. Some say it’s disgustingly unpleasant, some call it a masterpiece – all we know is that it’s a crazy, sex-driven ride. The outcome is that I cannot wait to see it. Finally, there was Kristen Stewart and her Personal Shopper – a ghost story, which met its doom by being booed and laughed at.

France Cannes Money Monster Red departures3. Jeff Nichols’ superbly received Loving did not manage to garner a prize

It is quite a surprise that wildly praised drama about a marriage that met almost insurmountable obstacles on their way to be together, did not receive any prize. Joel Edgerton’s performance was  called astonishing, but the prize went to Shahab Hosseini, who starred in The Salesman. Still, Nichols is ahead of the festival tournee with two movies this year – apart from Loving, he also goes in with Midnight Special.

4. Sean Penn’s directorial comeback is pure garbage – according to the Cannes reactions

Sean Penn’s best times are evidently over – the man deserves standing ovations for a plethora of acting performances (The Mystic River especially), but let’s not forget about his phenomenal Into The Wild, that HE directed. Nonetheless, it was a decade ago and his directorial skills plummeted down like the economy of Greece – at least, that’s what Cannes Festival announced. His drama starring Charlize Theron and Javier Bardem – The Last Face – is allegedly a disaster in all manner possible. A soap opera about “Africa’s saviors” developing a mutually engaging relationship in the shadows of a revolution was literally smashed, burnt and destroyed – there must be a reason for only 16 points at Metascore… I will see for myself how terrible it is, because in 2014, Ryan Gosling’s Lost River was called terrible too and frankly, I quite enjoyed it (although it had its flaws).

5. There is a lot of great movies to watch that were screened this year

The dust in the air, made up of scandals, gossips and splendor, was thick this year, but let’s not forget that Cannes is still the most valuable of the international cinema festivals. Therefore, there is always a list of films that deserve a chance. This year’s winner – I, Daniel Blake – is probably not my favorite (judging by the plot obviously), but I will surely watch it. Ken Loach, the director, was already awarded with Palme d’Or in 2006 for The Wind That Shakes The Barley, so this seems to be a good recommendation. Then, there are others: American Honey, Elle, Toni Erdmann, After Love, Aquarius and The Red Turtle. This still constitutes just a small portion of what I want to see.