KCFF 2017 – Dzień drugi / Day Two

thestairs_01

The Stairs – z dziennika narkomana

Film Hugh Gibsona przedstawia historie kilku narkomanów z ośrodka Toronto Regent Park – trudy przez które przechodzą, jak są odbierani przez społeczeństwo oraz w jaki sposób rząd kanadyjski pozostaje bezradny wobec problemu zażywania narkotyków.

Te schody były moim domem przez kilka lat” – tak rozpoczyna jedną ze swoich wypowiedzi bohater dokumentu, Marty. Dla Gibsona to zdanie definiuje analizę postaci dokumentu, pokazuje, że są dalecy od ideału i otwarcie o tym mówią przed kamerą, wspinając się po stopniach, by odbić się od dołu. To ludzie zniszczeni przez narkotyki, którzy sami wybrali tę autodestrukcyjną ścieżkę. Jednak cierpliwie wysłuchując ich historii, znacznie ciężej pozostać wobec nich całkowicie krytycznym. Gibson zgrabnie operuje wypowiedziami swoich bohaterów, nadając im wielu barw, patrząc z różnych perspektyw. W efekcie, żaden z nich nie jest odrażającym ćpunem – to ludzie skrzywdzeni. Skrzywdzeni przez samych siebie, ale również przez otoczenie. Jedni otwarcie przyznają, że ciężko im się odciąć od nałogu, inni tęsknią za rodziną, lub wspominają traumatyczne wspomnienia, gdy za kolejną kreskę byli w stanie zrobić wszystko.

Mimo to, The Stairs nie pozostawia niesmaku. Pomimo kilku kontrowersyjnych scen – np. gdy widzimy bohaterów zażywających narkotyki przed kamerą – Gibson buduje obraz boleśnie prawdziwy, wobec którego ciężko pozostać obojętnym. Gdyż czasem wystarczy kamera zawieszona na wzroku Marty’ego lub Roxanne, by zrozumieć, co te oczy widziały. Czy była to jednak tylko ich decyzją, że ujrzeli i zrobili to wszystko, czy może zostali do tego poniekąd popchnięci?

Ocena: 35/50

The Stairs – Drug addict’s diary

Hugh Gibson’s film reveals stories of several drug addicts from Toronto Regent Park. In fornt of the camera, they talk about their struggles, how the society perceives them and how the Canadian government remains helpless in dealing with the mass problem of drug abuse.

“These stairs were my home for a few years” – says Marty, one of the main characters of the documentary. Hugh Gibson uses this sentence to embody the struggle his characters go through, how far from being ideal they are. They are destroyed by drugs, choosing this auto-destructive path on their own. Nonetheless, as we listen to them carefully, less criticism is heating inside and more compassion appears. Gibson skillfully uses the stories and memories, giving them breadth and colors, allowing the viewers to look at these people from various perspectives. In the end, none of them is a repelling junkie – they are hurt. Hurt by themselves, but also by the surroundings. Some reveal they still do drugs, some miss family or reminisce traumas from the past that were worth a gram.

Despite that, The Stairs does not leave a bad taste. Even though we are confronted with several graphic scenes – like drug usage in front of the camera – Gibson paints a moving picture, which hardly leaves anybody neutral. Sometimes all it takes is to look into Marty’s or Roxanne’s eyes to understand the atrocities they have seen. But is it only their fault, that they’ve witnessed all that?

Grade: 35/50

maliglutitsearchers_04

Searchers (Maliglutit) – walka o przetrwanie

W filmie Zachariasa Kunuka i Natara Ungalaaqa, sławetny film z Johnem Wayne’m z 1956 zostaje przekalibrowany na dokumentalizowany pościg pośród lodowych pustyń. Bohaterem Searchers jest Inuk, którego rodzice zostają zamordowani, zaś żona i córka uprowadzone przez czwórkę mężczyzn.

Searchers rozwija się w sposób ślamazarny, ale w tej usypiającej manierze kryje się niezwykła magia. Bezkresne równiny, wiejący zewsząd wiatr, przerywany jedynie lakonicznymi wypowiedziami bohaterów i tradycyjnymi śpiewami Inukow, czarują od pierwszych minut. Świat w obiektywie Kunuka oraz Ungalaaqa wisi w innej czasprzestrzeni, jakby oderwany od rzeczywistości, jaką znamy. Reżyserzy przyglądają się życiu na chłodnych równinach, ale początkowy dokumentalizm zostaje z czasem zastąpiony coraz większa dynamiką obrazu. I gdy główny bohater wyrusza wraz z synem w pościg za porywaczami, Searchers zmienia tor, stając się thrillerem z krwi i kości.

Realizm oraz surowość to ogromne zalety Searchers. Sceny kręcone z zaprzęgu psów, długie ujęcia na twarze bohaterów, czy sceny przedstawiające specyfikę życia na lodowym pustkowiu tworzą obraz intrygujący i wciągający. W tej konwencji nawet prostota fabuły nie obniża walorów filmu. Wiemy, że istotą Searchers nie jest wnikanie w psychologię bohaterów – to świat walki o przeżycie i ona wychodzi na pierwszy plan.

Searchers jest doskonałym przykładem na to, że kino drogi nie musi ograniczać się do route 66. Utrzymując nieznośne napięcie znane z klasyków jak Znikający punkt, bawiąc się konwencją w sposób podobny do Davida Michoda w The Rover, Searchers przenosi w inny świat. To zdecydowanie jeden z najlepszych seansów, które miałem okazję doświadczyć podczas festiwalu.

Ocena: 39/50

Searchers (Maliglutit) – Survival tale

Zacharias Kunuk and Natar Ungalaaq take under scrutiny a remarkable western with John Wayne from 1956 and bring it to the icy flatlands of northern Canada. The protagonist of Searchers is an Inuk, whose parents are brutally murdered, whilst wife and daughter kidnapped. The man follows the trail of the kidnappers and races with the time to find his family.

Searchers starts off rather pokily, but this sleepy atmosphere has its unprecedented magic. The boundless plains and howling wind, mixed only with laconic sentences of the characters and traditional singing of the Inuks, creates a fairy-tale vision. From the first minutes, the world seen by Kunuk and Ungalaaq hangs in some other dimension. Although the directors spent lots of time observing the crude life in the unpleasant north, the real deal begins once camera jumps on the dog sled. Hence, when the main characters, joined by his son, throw himself on the pursuit after the kidnappers, Searchers wakes up and begins a full-bodied thriller.

Rawness and realism are very important in Searchers. Scenes shot on the dog sled, long frames of the ice-covered faces or sequences presenting the ordinary life on the desolate ice dessert create an intriguing picture. Using this concept, the laughably basic plot is not a distraction. Searchers is not supposed to paint a deep psychological canvas of its characters – its supposed to be as one-zero as the world it shows.

Searchers is a fabulous example of how the “cinema of the road” is not limited to the route 66. As the film sustains the pulsating tension juast like The Vanishing Point and playing with a conventional western like David Michod in The Rover, Seachers truly discovers a new space for itself. It was undoubtedly one of the best screenings I attended to during the festival.

Grade: 39/50

avalanchephoto

Operation Avalanche – a jeśli to jedno wielkie kłamstwo?

Lądowanie na księżycu po dziś dzień pozostaje tematem niezliczonych teorii spiskowych, zaś najsłynniejszą z nich przedstawia Operation Avalanche Matta Johnsona. Dwóch agentów CIA podejmuje się misji nakręcenia filmu, który odzwierciedlałby to epokowe wydarzenie. Szybko jednak orientują się, że to zadanie sprowadza na ich barki znacznie większy ciężar i niebezpieczeństwo, niż mogli podejrzewać.

Z trudem przyrównać Operation Avalanche do jakiegokolwiek innego filmu. Matt Johnson lawiruje między prawdą a fikcją ze zwinnością lisa, żonglując archiwalnymi materiałami dotyczącymi Apollo 13, na przemian z własnymi fragmentami kręconymi z ręki. Nadaje to jego filmowi fenomenalnego tempa, którego reżyser nie traci do napisów końcowych. Poczynania filmującej ekipy ogląda się z wypiekami na twarzy – dwójka agentów CIA wpakowuje się w coraz większy bałagan, lądując w ogniu zimnej wojny, wciąż wierząc jednak, że ich misja ma nadrzędny cel i szansę na powodzenie. Dzięki zaskakującej fabule, Johnson potrafi tą szalona koncepcją szczerze rozbawić (głównie dzięki postaci, którą odgrywa), zszokować, a także przerazić. Perłą zaś jest ścieżka dźwiękowa – nieco wyblakłe kolory filmowej taśmy zestawione z kawałkami Creedence Clearwater Revival nadają Operation Avalanche prawdziwego ducha lat 60.

Film Johnsona, pośród gagów, szalonych pościgów i absurdów, jest także również doskonałym spojrzeniem na ówczesną amerykańska kulturę – łakomą na nacjonalistyczną pożywkę. Johnson bezpardonowo przedstawia cały proces wielkiego kłamstwa jakim nakarmiono ludzkość, zachowując przy tym cały czas odpowiedni dystans do tej teorii. I niezależnie od tego, czy reżyser wierzy w tę bajkę – dostarcza widzom świetnej, inteligentnej rozrywki.

Ocena: 43/50

Operation Avalanche – What if this is all a lie?

The landing on the moon still remains grounds to numerous conspiracy theories and Operation Avalanche takes on the most famous of them. Two CIA agents decide to direct a film that would forge the actual milestone for the humanity. They quickly realize that this mission brings only trouble and risk higher than expected.

It is difficult to find an equivalent for Operation Avalanche in any other piece of cinematography. Matt Johnson swiftly moves between fiction and facts, juggling with archive materials from Apollo 13 mission and his own film bits. It imbues Operation Avalanche with phenomenal pace, which the director does not lose on the way till the end credits roll in. As they drown in the mess they are thrown into, the CIA agents never lose the enthusiasm, believing their mission can still be successful. And thanks to an unpredictable plot, Johnson manages to entertain in many ways – Operation Avalanche is artlessly funny, sometimes shocking and even frightening. On top of that comes the soundtrack, where Creedence Clearwater Revival songs matched with vintage documentary style carries the spirit of the 60s.

Johnson’s film, in between the gags, crazy pursuits and absurd, is also a deep look into the American culture during the Cold War, craving for the nationalistic fodder.  Johnson takes his time to paint the broad picture of the creation of this great lie that was consumed by the humanity, however still being cautious about it. Because no matter whether he believes in this crazy story, one is certain – Operation Avalanche is hell of a fun.

Grade: 43/50

 

 

 

 

 

#IAmSoCanadian – Life is AWESOME!

Postawiłem sobie pytanie – po czym można poznać prawdziwego Polaka. Po tym, że pije czystą wódkę i zagryza ogórkami lub – co gorsza – śledziami, czego nie pojmuje żaden obcokrajowiec? Po najbardziej rozpoznawalnym przekleństwie na świecie? Po trudnej historii, którą zawsze lubimy wplatać do dyskusji? Czy może dumie, którą także pokazujemy na każdym kroku?

Analizując ten temat, doszedłem jednak do innego wniosku. Polaka poznaje się po malkontenctwie. Wyobraźmy sobie standardowego mieszkańca Warszawy. Nawet w słoneczny dzień, gdy nie przypalił niczego na śniadanie, a tramwajarz lub autobusiarz zaczekał na przystanku, jedna mała rzecz wyprowadzi go całkowicie z równowagi. Może będzie to sms od dziewczyny, może komentarz pod zdjęciem na Facebooku, a może kolejne ogłoszenie szanownej władzy. I pod koniec tego samego słonecznego dnia, cisnąć mu się będzie tylko jedno słowo na usta.

I wyobraźmy sobie teraz ten sam dzień w wykonaniu Kanadyjczyka. On przypali swój bekon na śniadanie, ale skwituje to stwierdzeniem – “hey, it’s still decent“. Gdy spóźni się na autobus, sprawdzi, że kolejny przyjedzie w ciągu kilku minut – “Awesome!“. I tak dalej, i tak dalej. I pod koniec tego samego dnia, nasz Kanadyjczyk nie będzie czuł potrzeby zwyzywania całego świata. Bo i po co, skoro “it was a cool day, eh?“.

Ta drastyczna różnica ma oczywiście swoje komiczne konsekwencje w codziennych dyskusjach. Opowiadając jakąkolwiek historię Kanadyjczykom, ich reakcja zawsze była podobna – “Awesome, amazing, decent, neat“. To tylko kilka słów z wachlarza zastrzyków pozytywów, którymi mnie uraczyli. Nieistotne dla nich jest to, że w moim odczuciu, opowiadane przeze mnie doświadczenia były… zwyczajne? W porywach określiłbym je anglojęzycznym OK. Z pewnością nie były to jednak najlepsze momenty mojego życia, których niezapomnę. O jakich chwilach mówię? Oto przykładowa konwersacja:

  • Pojechałem na zakupy do Food Basics, bo był wtorek, czyli przecena -10%...

  • Awesome!

  • Potem przeszedłem się na basen i zrobiłem jakieś 40 długości, ale nadal nie jestem w tej formie, która miałem kiedyś…

  • So cool!

  • I wieczorem obejrzałem odcinek Family Guy.

  • Amazing, I love this show!

https://www.youtube.com/watch?v=47kRWycp-w8

To właśnie cecha kanadyjskich rozmówców. Wszystko jest “awesome”. Ponadto, to ludzie ostrożni w dyskusji, kryjący swoje prawdziwe poglądy za kotarą tego słowa-klucza. I nie tylko Polacy tak na to patrzą. Połowa Europejczyków, którzy dzielą ze mną ten czas w Kingston, odnosi podobne wrażenie – jak wszystko może być tak doskonałe? Gdzie jest miejsce na chociaż odrobinę narzekania, czy komentarza, że coś poszło nie tak? Albo zwykłego, sceptycznego podejścia do życia?

Ten hiperoptymizm jest zatem męczący. Ale mimo to, na swój sposób go uwielbiam, bowiem jest zaraźliwy. Nawet, gdy mój komputer uznał, że kończy ze mną współpracę i wylądował w naprawie, nie czułem tego samego zdenerwowania, które odczułbym w Warszawie. I nawet, gdy przypaliłem swój bekon na śniadanie, sam do siebie powiedziałem – spoko, mogło być gorzej.

A co zapewnia mi największe nerwy na mojej wymianie? Wieści z mojej ojczyzny.

Kanada jest zatem zaraźliwa. Tej chorobie hiperoptymizmu nie można dać się całkowicie owładnąć. Nic przecież nie robi Polakowi tak dobrze, jak porządna dawka irytacji i malkontenctwa. Bowiem, gdy wyżyjemy się na rządzących, naszym szefie czy byłym partnerze, świat znowu nabiera kolorowych barw. I może prawda jest też taka, że mamy więcej powodów ku temu, by narzekać, niż chodzące tęczowe jednorożce, czyli Kanadyjczycy? Sami jednak na to zapracowali…

Jednakże nieważny jest powód – dajmy się nieco zainspirować tej kanadyjskiej przypadłości uwielbiania wszystkiego. Bo życie potrafi być czasem awesome – nie zawsze, ale czasem.

canada_flag_real_leaf_and_stones_hd_wallpaper-vvallpaper-net

#IAmSoCanadian – Kanadyjski Nowy Jork, czyli weekend w Toronto

Samo Kingston oferuje niewiele rozrywek, zatem podróż do Toronto była kwestią czasu. Jedno z najbogatszych miast świata, organizator sławetnego TIFF, centrum biznesowe kraju. Ja jednak widzę w Toronto coś innego, czym z chęcią się podzielę.

Do Toronto wyruszyłem w doborowym towarzystwie trójki Francuzów oraz Wietnamki. Ci, którzy mnie znają, nie będą zaskoczeni faktem, że – rzecz jasna – zaspałem i opóźniłem nasz wyjazd z Kingston. Moi współpasażerowie nie mieli mi tego za złe. Wyszli chyba z założenia, że Polacy tak już mają. Otrzymałem poza tym swoją karę w postaci solidnej dawki mrozu, którą przyjąłem o poranku. Matka natura pamięta bowiem o wszystkich i każdemu potrafi solidnie… dogodzić.

Szusowanie kanadyjskimi trasami z perspektywy pasażera było stosunkowo nużące. Kanada zza okna nie powala swoimi widokami, szczególnie w południowej części Ontario. To nie pocztówkowe widoki. Czas mijał jednak szybko, bowiem moje kochane croissanty zapewniły mi rozrywkę. Istnieje jeszcze nierozpowszechniona w świecie nauki zasada “dwóch Francuzów”. Bowiem wystarczy taka ich liczba, by stężenie francuskiego pierwiastka w towarzystwie było wiodące na tle innych narodowości. Słuchaliśmy zatem Celine Dion i Garou, gdzieniegdzie przewinęła się Taylor Swift, a nawet kapeńka wiksy dla dobrego samopoczucia. Jednak nawet w objęciach Morfeusza miałem przed oczami śpiewającą trójkę.

Wreszcie dotarliśmy do Toronto, które przywitało nas stosunkowo zwykłą pogodą, drapaczami chmur i autostradą biegnącą pośród betonowego lasu. Wrażenie robiło to przedziwne – człowiek wydaje się wtedy niezwykle mały, nieistotny. W mgnieniu oka znaleźliśmy się w Chinatown, w którym czekało na nas zakwaterowanie. I nietrudno sobie wyobrazić, że najtańszy dostępny lokal AirBnB w Toronto wyglądał… zjawiskowo. System dzwonienia przez domofon, wyczekiwania w ciasnym korytarzu i Pani, która za przyjechanie zbyt wcześnie oczekiwała zapłaty w wysokości 10 dolarów. Trzeba być obrotnym w dzisiejszych czasach, ale żeby zdzierać kasę z biednych studentów? Po chwili przekonywujących negocjacji (w końcu mamy nawet taki przedmiot na naszej cudownej uczelni Smith Business School), wprowadziliśmy się do łaźni z centralnym ogrzewaniem. Uwierzcie, że temperatura była iście piekielna.

P.S. kliknijcie, żeby zobaczyć zdjęcie w jakimś ludzkim rozmiarze!

Przechadzając się ulicami Toronto rzuca się w oczy jego architektoniczny chaos. Obok wysokich, piętrzących się nieskończenie budynków stoją bliźniaki przypominające londyńskie Kensington, a pokonując jedną ulicę dalej można uchwycić podmiejską architekturę z ogródkiem. Toronto oddaje tym samym ducha Kanady – kraju multikulturowego, otwartego na wszystko, co przyniosą nowo przyjezdni. Czasem poczujemy się tu jak w Berlinie, mając oddech i przestrzeń, czasem jak w stolicy Wielkiej Brytanii, aż wreszcie trafimy do Chinatown, gdzie każdy jeden kąt to mała Azja. Trudno jednak wgryźć się w ten wizualny rozgardiasz. Jest w nim coś zbyt dziwnego, zbyt pomieszanego i nieklarownego. Są ludzie, którzy w stolicy Ontario czują się wolni i nieskrępowani – ja czułem się nieco zdezorientowany.

Potrzebowałem zatem chwili by poczuć ten specyficzny klimat. Pierwszym miejscem, które mnie uwiodło była dzielnica hipsterów – Kensington Market. Różnorakie sklepy, klimatyczne kawiarnie ze znakomitymi smakami całego świata i undergroundowe puby zakopane w zakamarkach domowych piwnic – to zdecydowanie miejsce, w którym można się zakochać. Moją szczególną uwagę przykuła tam kawiarnia Moonbean – miejsce obowiązkowe dla każdego odwiedzającego Toronto!

Gdy już wygramolimy się z siedliska ludzi w rurkach, brodach i czapkach, warto wstąpić do Art Gallery of Ontario. Zbiór dzieł sztuki jest ogromny, zaś nawet laik znajdzie coś ciekawego. Od Petera Breughela, przez kilka portretów Rembrandta i dzieła średniowiecznego malarstwa religijnego, a skończywszy na kolekcji modeli statków – rozpiętość ekspozycji robi wrażenie. W galerii spędziliśmy zatem sporo czasu, a dzięki wspięciu się na jej najwyższe piętro, mogliśmy zobaczyć także panoramę miasta. I znów moim oczom ukazał się horyzont, w którego wgryzały się wysokie budynki ze szklanymi szybami i neonami.

Pogoda nie pozwoliła nam niestety skorzystać z głównej atrakcji miasta – CN Tower – zaś budżet – z Ripley’s Aquarium of Canada. Żałowaliśmy nieco, ale coś trzeba było zostawić na kolejną wizytę, czyż nie? Nie marnowaliśmy jednak naszego czasu i ruszyliśmy do tzw. Distillery District. Miejsce przypominające nieco łódzką Manufakturę, ma swój osobliwy, czarujący klimat – głównie dzięki niskiej zabudowie, budynkom przypominającym fabryczne klimaty serialu Peaky Blinders i szeregowi knajp i kawiarenek. To właśnie tam znajduje się także rzeźba przedstawiająca jednego z pająków – symbol wiążący wszystkie większe miasta w Kanadzie. Największy znajduje się w Ottawie, zaś kolejnego można znaleźć m.in. w Montrealu. Taki fun fact.

Słówko jeszcze wypada powiedzieć o życiu nocnym. Toronto jest napakowane mnogością pubów i klubów, z których, za namową mojej kuzynki, odwiedziliśmy m.in. Locals Only. Stamtąd pamiętać będę z pewnością toaletę ze ścianami wyklejonymi okładkami Playboya. Kolega zrobił zdjęcie, ale nie chciał się podzielić – ja zaś zwyczajnie o tym nie pomyślałem. Ale uwierzcie na słowo, że toaleta wyglądała jak samochód Danny’ego Glovera w pewnym thrillerze, gdzie grał seryjnego zabójcę.

Ontario – stan, w którym znajduje się Toronto – to nie jest jednak miejsce dla wielbicieli nocnych eskapad i długiego clubbingu. Życie imprezowe trwa w tym mieście do godziny drugiej i ani minuty dłużej. Jest to zatem pewna przeszkoda, szczególnie dla biednych Europejczyków, dla których dwunasta to zazwyczaj początek dobrej imprezy. Cóż, nie tym razem zadufany Stary Kontynencie – This is Canada. Take it or leave it.

Pobyt w Toronto zakończyłem herbatką-detoksem i najdroższym tostem z serem w swoim życiu. Gdybym miał w kilku słowach podsumować swoje wrażenia z biznesowego centrum Kanady, zapewne miałbym problem by przytaknąć entuzjastom tegoż miejsca. To miasto z niejasnym charakterem – czasem skrajnie hipsterskie, czasem aspirujące do bycia bratem sąsiada ze Stanów. Ten eklektyczny charakter ma jednak swój urok i wiem, że tu kiedyś wrócę. Chociażby po to, by doświadczyć jego dumy i chluby – Toronto International Film Festival.

Piszcie komentarze, gdyż z chęcią je poczytam – tylko wyglądam na takie zapracowanego…

#IAmSoCanadian – Słowo wstępu

Większość osób podejmuje decyzje pokroju kilkumiesięcznej wymiany po wnikliwej analizie. Ja, dla odmiany, podejmuje takie decyzje na ostatnią chwilę, bez sprawdzenia czegokolwiek – i kluczem jest tu słowo “czegokolwiek”. Zatem już na początku pozwolę sobie darować monolog dotyczący powodów, dla których wybrałem właśnie Kanadę. Wybrałem, bo jakoś tak wyszło. Ale nie mam prawa żałować tej decyzji nawet w najmniejszym promilu.

Słowem wstępu, lot do Kanady – hołdując zasadzie podróżowania na Janusza – nie jest jest typem podróży, na którym chce się wybitnie oszczędzać. ALe ja postanowiłem jednak iść pod wiatr i… przyoszczędzić. Ponad 24 godziny spędzone na lotniskach i w samolocie nie brzmi zachęcająco. Przesiadka w Amsterdamie od godziny 22:00 do 11:00 nad ranem brzmi jeszcze gorzej. Te kilkanaście godzin spędzone na Shiphol zawsze będzie kojarzyć mi się z kilkoma myszami, które wędrowały radośnie po Starbucksie. Brak miejsc do spania, niebotyczne ceny – lot do Kanady po taniości to gehenna. Wylądowanie w Toronto było tylko pozorną ulgą – zanim dotarłem do swojej finalnej destynacji, czułem, że moje siły witalne mnie opuszczają. Kanada przywitała mnie lekkim chłodem, który pożegnał mnie również w Polsce. Jakoś to wszystko przetrzymałem, ale straty w ludziach były ogromne – jet lag przykuł do łóżka na dwa dni.

Ale po tym depresyjnym wstępie, czas na pozytywy. Nie chcę już w pierwszym tekście zdradzić Wam wszystkich ciekawostek. Ale żeby przybliżyć nieco kanadyjskie realia, rozpocznę od klasycznego elementu nowoczesnej kultury. – memów. Bowiem wszystko, co możecie zobaczyć w memach o Kanadyjczykach, to szczera prawda. Służę przykładami:

enhanced-7582-1447088062-2

1. Hokej jest święty.

Jeśli jest cokolwiek, co może wkurzyć stonowanego Kanadyjczyka, to jest to przegrana jego drużyny w hokeja. Nic innego. To ich duma narodowa. W hokeja gra się na zamarzniętym jeziorze, w parku, przed ratuszem i gdzie tylko znajdzie się miejsce. Pierwszego dnia studenckiej wymiany nie zabrano nas na imprezę, lecz zaproponowano mecz hokeja lokalnej drużyny – Kingston Frontenacs.

Z perspektywy Europejczyka, można odnieść wrażenie, że sama gra jest tylko którymś z elementów składowych całego show. Po stadionie biega szalony człowiek z mikrofonem, na telebimie zawieszonym nad lodowiskiem co chwila migają reklamy, ludzie wygrywają pieniądze w dziwnych konkursach, a na ekranie pojawiają się nawet tańczące dzieci – bo czemu nie?

Szczęśliwie, Frontenacs wygrali swój mecz. Zatem swój pierwszy mecz hokeja uznaję za realizację oczekiwań w 10o%. Zobaczyłem kilka dobrych akcji, kilka goli, ale przede wszystkim – porządną bójkę. Chleba i igrzysk!

2. Słowo klucz – “Sorry”pmffxqp

Cóż, beka beką, ale Kanadyjczycy to wyjątkowi ludzie. Wchodzę do Starbucksa, chcę zakupić kawę, ale niestety moja karta nie działa jak powinna. Gotówki nie posiadam, bo i po co, XXI wiek przecież, czyli wszystko jest w Internetach. Ekspedientka spogląda na mnie, uśmiecha się, stwierdza “We’re sorry” i wręcza kawę za darmo. A potem życzy jeszcze Szczęśliwego Nowego Roku.

Innego razu wsiadłem do autobusu, jak zwykle nie wiedząc dokąd mam jechać, gdzie wysiąść i co zrobić ze swoim życiem. Ważne, że w słuchawkach leciała dobra muzyka. Zapytałem zatem kierowcy, czy może mi wytłumaczyć, gdzie jest pub, którego szukam. Jedno spojrzenie na tył autobusu – nie ma sprawy, podrzucę Cię.

Takie rzeczy tylko w Kanadzie.

To w tym kraju jest jednak piękne. Ci ludzie nie wychodzą z założenia, że każda jedna osoba napotkana na ulicy może naruszyć ich strefę komfortu (tak przecież lubimy to określać). Każdy wie, że Kanada nie jest znana z plaż, nie ma wielu imponujących miejsc jak większość krajów w Europie. Mają hokeja, syrop klonowy i premiera, który jest uosobieniem liberalizmu. Ale gdy każdy chce Ci pomóc i wziąć na siebie winę za to, że zwyczajnie nie ogarniasz – chcesz tu wrócić.

3. Zero stopni? Czas na szorty.canadians-be-like-5-degree-fahrenheit-no-problem_o_2975455

Pamiętam, że widziałem raz człowieka w szortach w Łodzi, który w minusowej temperaturze radośnie spacerował po ulicy Piotrkowskiej. Dla Kanadyjczyków to nic niezwykłego. Nawet, gdy temperatura sięga kilku stopni poniżej zera, Ci szaleni ludzie nie potrzebują zimowych kurtek, czapek i całego tego rynsztunku. Chciałoby się rzec, że to potomkowie Wikingów, ale powód jest chyba inny – pogoda w tym kraju lubi wystawiać ludzkość na próbę.

To jednak nie sam mróz jest najcięższy do zniesienia. Kingston jest położone nad samym jeziorem Ontario, przez co zabójczy jest przede wszystkim wiatr. Wiatr, który wpada nawet do wnętrza szczelnie zapiętej kurtki, szasta chłodem po nogach i odmraża palce u dłoni.

To jednak da się przeżyć. Dlaczego? Ponieważ w Kanadzie zawsze świeci słońce. I niniejszy tekst zakończę zdjęciem zrobionym pewnego pięknego poranka, kiedy zmotywowałem się do pójścia na spacer nad jezioro. Chyba było warto.

16121391_1400267480005219_1931459455_o

A w kolejnym wpisie słów kilka o tym, jak będzie wyglądało moje filmowe środowisko w Kingston, o festiwalach filmowych, które planuję odwiedzić oraz o tym, dlaczego wymiana w Kanadzie w niczym nie przypomina Erasmusa w Europie.

Czekam na Wasze komentarze. Piszcie, jeśli macie jakieś pytania, szczególnie dotyczące Kanady – postaram się na nie odpowiedzieć 🙂