Uciekaj! / Get Out

Jordan Peele, renomowany komik oraz autor scenariusza stosunkowo przeciętnej komedii Keanu, postawił sobie wysoko poprzeczkę. Utrzymując swój film Uciekaj! na pograniczu psychologicznego horroru z domieszką charakterystycznego dla siebie humoru, uzyskał przepis doskonały – film, który niejednokrotnie bawi, wprawia w osłupienie, straszy, ale co najistotniejsze – nie pozwala nudzić się nawet przez chwilę.

Chris (Daniel Kaluuya) spotyka się z Rose (Allison Williams) od kilku miesięcy. Dziewczyna decyduje się zaprosić go na weekend do domu swoich rodziców. Chłopak, niepewny czy rodzina zaakceptuje jego odmienny kolor skóry, decyduje się spełnić życzenie wybranki. Jednak gdy tylko przybywa do odosobnionej rezydencji, zaczynają dziać się bardzo niespotykane rzeczy.

Pomysł na Uciekaj! pachnie od pierwszych minut filmem Król Zombie z roku 1941 – tam trójka mężczyzn trafia na bezludną wyspę, gdzie pewien ekscentryczny milioner zamienia swoich podwładnych w zombie. Reżyser żongluje wieloma tytułami, które Uciekaj! przekonwertowuje na własne potrzeby. Znajdzie się tutaj nawiązanie do Wyspy Dr. Moreau Frankenheimera, Skóry, w której żyję Almodovara, a nawet Django Quentina Tarantino. W filmie Peelego służący są, tak jak w Królu Zombie, czarnoskórzy. Zmienia się jednak perspektywa, z której oglądamy przedstawiane wydarzenia – trójkę białych mężczyzn zastępuje Afroamerykanin i jego percepcja rzeczywistości.

get-out-keith-stanfield

Mimo rozlicznych inspiracji obecnych w Uciekaj!, Peele znajduje własny sposób, by wyróżnić to małe arcydzieło – stawia wszystko na kartę rasizmu. Uprzedzenia dotyczące koloru skóry są bowiem w fabule Get Out kluczowe. To one zmuszają Chrisa, by mimo narastającego niepokoju utrzymywać uśmiech na twarzy, jednocześnie popadając w coraz większą paranoję. Protagonista desperacko próbuje zrozumieć dziwaczne zachowanie bogatej, białej rodziny oraz jej gości, czy niejednoznaczne odzywki brata-dziwaka swojej ukochanej (świetna rola Caleba Landry Jonesa). Peele znakomicie użytkuje te rasistowskie napięcia, by zbudować przedziwną, prawdziwie przerażającą atmosferę. W efekcie, choć nie ma skrzypiących drzwi, duchów, ani drastycznych scen – jest ciągły, narastający i wprost nieznośny niepokój głównego bohatera, który udziela się widowni.

Zaskakująco dobrze wypada także strona techniczna. Peele ma wiele do powiedzenia w sposobie kręcenia filmu  – już pierwsza scena pokazuje sprawność z jaką reżyser porusza się po planie, nadając odpowiedniej dynamiki otwarciu swojego spektaklu. Peele ewidentnie korzysta z horrorowych dobrodziejstw Jamesa Wana (Naznaczony, Obecność – przyp. red.) – scena w domu rodziców Rose, gdy kamera przejeżdża wewnątrz mieszkania, jest tego świetnym przykładem. W nad wyraz dziwny klimat Uciekaj! wpisuje się również ścieżka dźwiękowa, często będąca źródłem humorystycznych akcentów (jak piosenka z odtwarzacza Rose w końcówce filmu), a także świetnym budulcem wszechobecnego dyskomfortu Chrisa.

Wiele wskazuje na to, że po latach posuchy, horror jako gatunek wraca na właściwy tor. Po Coś za mną chodzi Mitchella, czy zeszłorocznej VVitch Eggersa, film Peelego daje nadzieję na przyszłość. Idąc niewydeptaną dotąd ścieżką straszaka o podłożu rasistowskim, komik zapewni sobie z pewnością uznanie fanów gatunku. I jeśli tylko wpadnie na kolejny tak oryginalny pomysł jak Uciekaj!, w ciemno wróżę mu sukces.

Ocena: 42/50

Jordan Peele, a well-known comic artist and a director of a mediocre action comedy Keanu, has set the bar pretty high. By mixing his racial-ground humor with depth of a psychological horror, he eventually came up with a perfect recipe. Get Out is genuinely scary, sometimes quite artsy and zanyish, but what really matters – it never gets boring.

Chris (Daniel Kaluuya) is dating Rose (Allison Williams) for a couple of months. Living happily, the girl decides to invite her boyfriend for a weekend to her parents’ house. Chris, rather hesitant whether his skin color will be accepted, finally agrees to go for the getaway. Once they arrive, strange things begin to happen.

get-out

Peele juggles with a wide variety of titles, which serve Get Out greatly. The very concept for Get Out is not a far kin from a 1941’s horror tale The King of Zombies by Jean Yarbrough. In this feature, three stranded men land on a desolate island, where an eccentric millionaire turns his servants into mindless zombies. Noticeably, the comic director draws other inspirations from films like The Island of Dr.Moreau (1996), The Skin I Live In (2011) and Django: Unchained (2012). But although Peele’s starting point is the same as Yarbroughs – the servants are Afroamerican – there is a difference in the protagonist, whom we follow. Instead of the three white men, there is Chris and his perception of the reality.

Therefore, even though there are numerous ideas thrown into the pot, Jordan Peele carves his own way to tell his story. What is the golden recipe? The ubiquitous racism. The skin color prejudices are the key element that fosters Chris’ progressively evolving paranoia. The protagonist desperately seeks answers for the weird behavior of the rich family and their odd guests, questions why Rose’s freaky brother (brilliantly haunting Caleb Landry Jones) starts a contention with him etc. Peel skillfully uses these racial tensions to cast upon us a lurking, gruesome atmosphere. As a result, there is no room for screeching doors, ghosts or drastic imagery – there is just constant unease that like a virus spreads onto the audience too.

MV5BMjUxMDQwNjcyNl5BMl5BanBnXkFtZTgwNzcwMzc0MTI@._V1_SY1000_CR0,0,675,1000_AL_.jpg

The technical side is surprisingly admirable as well. Peele knows his ins and outs in camerawork, which is proved even by the opening sequence. He is not afraid to once again draw inspiration from others – a very specific thoroughfare of the camera takes place in the film, which instantly brings James Wan to mind (director of Insidious and The Conjuring)., whilst the disturbing atmosphere begs for calling M. Night Shyamalan to assist.

What is more, just as disturbing as the events happen to be in Get Out, is the soundtrack. At times it evokes humor (just as the particular song played from Rose’s player), but mostly– it generates a great deal of discomfort emitted by Kaluuya’s character. It proves a point, that every classic horror – The Shinging, The Rosemary’s Child or other examples – are enriched by a fully dismaying soundtrack.

It does seem that the years of drought in the horror genre are slowly fading away. After It Follows by Mitchell or The Witch by Eggers, Peele’s feature is another step to the better future. Following an untrodden path of a scary movie with a heavy racial background, the comedian bought himself a cozy place among the most prospective directors in the genre. If he comes up with an another brilliant idea for a film, he’s got a whole-hearted fan in me.

Grade: 42/50

Advertisements

Lament / The Wailing

Hong-jin Na, reżyser Lamentu, porwał się z motyką na słońce – pragnął nakręcić krwisty horror, przerażający thriller i filozoficzno-psychologiczny dramat w jednym. Konsekwencją tego jest próba pogodzenia, która chociaż potrafi wystraszyć i uwodzić widza, ostatecznie tonie w fabularnym i metaforycznym chaosie.

W małej wiosce w Korei pojawia się tajemniczy przybysz z Japonii. Wraz z nim mieścinę nawiedzają coraz bardziej niepokojące zbrodnie i niewytłumaczalne zjawiska. Sprawę prowadzi Jong-Goo (Do Won Kwak) – tchórzliwy policjant, który nie kwapi się do zgłębienia tajemnicy. Jednak gdy życie jego rodziny będzie w niebezpieczeństwie, mężczyzna rozpoczyna prawdziwe śledztwo.

Hong-jin Na uwielbia bawić się z widzem w kotka i myszkę – w Lamencie nie ma oczywistości, zaś reżyser lubuje się w ciągłym podpuszczaniu publiczności. Granica jawy i snu szybko zostaje zamazana, demony kroczą pośród bohaterów spektaklu, zaś nam pozostaje obserwować postępująca paranoję Jonga-Goo, który przerażony miota się w ferworze niezrozumiałych zjawisk. Koreański reżyser sprawnie potrafi to wszystko ograć – wie, kiedy należy widza rozbawić naiwnością swojego protagonisty lub zabobonnymi wieśniakami, a kiedy przerazić – wnętrzem pokazywanym powolnym najazdem kamery, nastrojową muzyką lub drastycznym obrazem. Do jego dyspozycji jest też znakomity Jun Kunimura, który stoickim milczeniem wprowadza więcej grozy aniżeli większość amerykańskich horrorów.

wailing1

Lament cechuje jednak chaos. Im bardziej brniemy w pokrętną historię Jonga-Goo, tym więcej zagadek mnoży się na ekranie, a wraz z nimi fabularne dziury. Hong-jin Na usypia czujność widza wieloma doskonałymi zdjęciami (sekwencja szamańskich egzorcyzmów wgniata w fotel), potrafi go oczarować, ale im bliżej końca, tym więcej rażących niejasności zaczyna odbierać przyjemność. Koreańczyk pozostawia wiele otwartych furtek, niedopowiedzeń i symboli, lecz brakuje w tym ładu. Reżyserowi nie pomógł także tak rozległy metraż – Lament wypadłby zdecydowanie lepiej, gdyby całość zmieścić w dwóch godzinach.

Pokazywany w Cannes Lament wyłamuje się z ram klasycznego horroru, wpisując się na listę ambitnych, przepełnionych symboliką tytułów. Chociaż przygniatający jest fabularny chaos, warto poświęcić czas i dać się uwieść mrocznej wyobraźni Hong-jin Na. Gdyż może faktycznie pośród nas kroczą demony, które tylko czyhają, by zawładnąć naszym ziemskim życiem?

Ocena UMP: 33/50

The director of The Wailing, Hong-jin Na, boiled the ocean by aiming at a blend of a bloody horror, a spine-chilling thriller and a highly phylosophical drama. As a consequence, his film is a bold attempt at meeting these all genres at one point, but even though it scares and tempts the viewer, it eventually drowns in numerous plotholes and metaphorical chaos.

A mysterious stranger appears in a small village in Korea. His arrival is accompanied by a series of unusual events and blood-curdling crimes. The case is assigned to Jong-Goo (Do Won Kwak), a cowardly police officer, who doesn’t seem eager to find the solution. However, once his family’s safety is put to a test, the man begins a real, terrifying investigation.

Hong-jin Na enjoys the peculiar game of cat and mouse with his audience – The Wailing is never obvious nor direct and the director is constantly stringing the viewer along. The line separating reality and fiction gets blurred, the demons are walking among ordinary people, whilst we are left to observe the sickening paranoia of terrified Jong-Goo, who thrashes in the net of paranormal activities. The Korean director is skillful at portraying it all – he’s aware when is the right moment to exhibit his protagonist’s clumsiness or when to scare his audience. While doing so, he uses a range of tools, such as slow zooms in dark interiors, ominous music or graphic imagery on one hand and plain people and their superstitions on the other. On top of that, he’s blessed with Jun Kunimura, whose disquieting silhouette introduces more awe than a vast majority of modern American horrors.

wailing2

However, The Wailing is marked by an ubiquitous chaos. The more is revealed from this twisted tale, the more plotholes appear in line. Hon-jin Na likes to let his viewer’s guard down, bedazzle him with astonishing camerawork (the shamanistic exorcism was a delight), but with the end approaching, the glaring inconsistencies start to take over. The Korean director leaves a lot of open doors, loose ends and symbols, but it all lacks order. The running time didn’t help either – The Wailing would be much better, if squeezed to two hours.

Screened at the Cannes Film Festival, The Wailing broke out of the shackles of a schematic horror, being a much more ambitious and metaphorical film. Even though the plotholes are rather unnerving, there is a reason to give Hong-jin Na a chance. Because maybe there is a truth in that the demons are living among us, waiting for the right moment to take over our peace?

UMP Grade: 33/50

Zwierzęta nocy / Nocturnal Animals

Dzieło Toma Forda hipnotyzuje swoją bajeczną elegancją, zaś wielopłaszczyznowa fabuła angażuje widza od pierwszych minut. To kino wysublimowane, pełne prawdziwej gracji – definitywnie lektura obowiązkowa z 2016 roku.

Susan (Amy Adams) jest właścicielką galerii, zaś jej życie to wykwintne miejsca, otaczający ją awangardowi artyści, a także przystojny partner. Ta wyidealizowana rzeczywistość może runąć, gdy kobieta otrzymuje egzemplarz powieści napisanej przez swojego byłego męża, Edwarda (Jake Gyllenhaal). Opowieść wylana na papier jest dla niej przerażająca, ale także na swój sposób fascynująca.

Nie bez powodu tytuł filmu Forda brzmi Zwierzęta nocy. Jego główna bohaterka, zmagająca się z prześladującym ją nieszczęściem i wypaleniem, zostaje w ciągu dnia osadzona w sztucznym, plastikowym świecie wielbicielek jogi, wyzwolonych związków i wydumanej sztuki. I dopiero, gdy zachodzi słońce, Susan sięga po tajemniczą spowiedź swojego byłego męża – historię pełną niejednoznaczności, przemocy i bolesnego rozgrzebywania ran, które zadała Edwardowi. Ford nie chce jednak serwować gotowych odpowiedzi widzowi. Z lekkością przeskakuje z turpistycznej dla Susan teraźniejszości, do cukierkowo-gorzkiej przeszłości ich związku, by dobić widza Kubrickowskim wątkiem thrillera z powieści pisarza.

Skomplikowana fabuła jest prowadzona zdumiewająco czysto i przejrzyście – Zwierzęta nocy nie próbuje widza zasypać śmieciowymi twistami fabularnymi. Zamiast tego, Ford znakomicie operuje symbolem i domysłami, które snujemy przez cały film – ile prawdy kryje się w powieści Edwarda, a jaki jej fragment wynika ze zranionego serca? W ten dialog wpisują się ton narracji, praca kamery, a nawet muzyka – teraźniejszość Susan jest statyczna, pełna jaskrawych wnętrz i nowoczesności, przypominając niekiedy filmy Jodorowsky’ego, czy Gilliama. Gdy Ford przeskakuje do teksańskiej powieści kryminalnej Edwarda, większość scen nabiera mrocznej, dusznej atmosfery, w której czuć inspiracje Mechaniczną pomarańczą, czy też Znikającym punktem.

zwierzetanocy1

Spektakl wypada wyśmienicie także dzięki porywającym kreacjom. Amy Adams, w wielu wcieleniach Susan, jest kompleksowa i zróżnicowana – czasem wypalona, czasem pełna emocji i czarująca, a czasem majestatyczna – jest jak kameleon w sprawnym ujęciu Forda. Hipnotyzują także Michael Shannon i Aaron Taylor Johnson – pierwszy swoją minimalistyczną grą jako szeryf, drugi zaś tworząc bezpruderyjną, prostacką wersję Normana Batesa z Psychozy. Gracji i elegancji całości nadaje zaś ścieżka dźwiękowa Abla Korzeniowskiego – pełna klasycznych kompozycji smyczkowych i pianina, wspaniale podkreśla artystyczną powłokę filmu Forda.

Intencjonalnie nie wspomniałem do tej pory postaci Edwarda, odgrywanej przez Jake’a Gyllenhaala. Jego kreacja nosi brzemię poprzednich ról – przede wszystkim szczurowatego Lou z Nocnego strzelca, ale także ślady śledczego z Labiryntu. Niestety, przystojniak z czarującymi oczyma kompletnie mija się z Edwardem, którego potrzebował Ford w Zwierzętach nocy. Gyllenhaal dwoi się i troi, jednak nie potrafi się do końca wgryźć w swoją rolę, barując się z jej różnymi odcieniami i krocząc po omacku w poszukiwaniu koncepcji na tę postać. W konsekwencji staje się tłem dla tych, którzy w teorii mu akompaniują – Adams, Shannona czy Taylor-Johnsona.

Zwierzęta nocy wprawiły mnie w nieskrywany zachwyt. To film nakręcony w sposób wysublimowany, ekstrawagancki, z pięknie klasyczną muzyką i porywającymi rolami. I chociaż z bólem serca przyznaję, że Gyllenhaal nie podołał temu wyzwaniu, to film Forda pozostanie ze mną na długo – ze swoim skrywanym nihilizmem, smętnym komentarzem odnośnie płytkości naszych czasów i morzem interpretacji po otwartym zakończeniu.

Ocena UMP: 47/50

Tom Ford’s masterpiece hypnotizes with brilliant elegance, whilst the many layers of the plot never allow the viewer to be bored. It’s sublime and graceful cinema – definitely the peak of 2016 year in cinema.

Susan (Amy Adams) owns an art gallery, but her life is confined within exquisitely looking places, avant-garde artists and her handsome new partner. However, this idealized reality is in danger, when she receives a copy of his ex-husband’s newest novel. Edward’s story is frightening, but at the same time strangely fascinating for her.

There is a reason for which Ford used this particular title. The main character, struggling with constant unhappiness and feeling of burn-out, is trapped in an artificial, plastic world of yoga enthusiasts, emancipated relationships and puffy art. Only when the sun goes down, Susan reaches for her ex-husband’s confession – a story consisting of vast ambiguity, ubiquitous violence and painful rubbing of salt into the old wounds, that she inflicted on Edward. However, Ford is not interested in giving already prepared answers to his audience. He swiftly jumps from Susan’s world’s present turpism to bittersweet past with Edward to finally disturb the viewer with Kubrickian thriller plot from the novel she reads.

The all-complicated plot is coherent and clear thanks to the skillful directing – Nocturnal Animals is never trying to throw rubbish plot twists at the viewer. Instead, Ford masterfully lavishes with symbols and surmises, which pop in our heads throughout the screening – how much truth is weaved into Edward’s novel and what fraction derives from his broken heart? What’s more, the tone of narration, camerawork and even music – they all exhibit this complexity and ambiguity. Thus, the presence of Susan is statically portrayed, almost monumental, filled with vivid colors and modern interiors – it reminds of Jodorovsky’s and Gilliam’s films. However, when Ford moves to the Texan crime storyline from Edward’s book, he imbues his film with much more darkness and hectic, sultry  atmosphere, vastly inspired by A Clockwork Orange and The Vanishing Point.

nocturnal-animals-banner-poster-1473972277

The spectacle astonishes thanks to the firm acting performances too. Amy Adams, portraying the many incarnations of Susan, is complex and very colorful – sometimes burn-out, other times charming and lively or majestic – she’s a chameleon in front of Ford’s camera. What’s more, Michael Shannon and Aaron Taylor-Johnson are hypnotizing too – the first one as the sheriff in a minimalist yet powerful role, whilst the latter impersonating a boorish, Texan-local version of Norman Bates from Psycho. The screen grace is fulfilled by Abel Korzenowski and his sublime soundtrack – bursting with elegant strings and piano compositions, it emphasizes the artistic core of Nocturnal Animals.

Intentionally I have avoided the topic of Edward, played by Jake Gyllenhaal. His role is marked by Gyllenhaal’s previous works – there is a drop of the rattish Lou from The Nightcrawler and the police officer from Prisoners. Unfortunately, Jake’s charm is nothing close to what Edward should have been. No matter how much effort does Gyllenhaal put, trying to chew into his character and understand its ins and outs, he eventually becomes a background for the true shining stars – Adams, Shannon and Taylor-Johnson.

Nocturnal Animals is an astonishing piece of art. Directed with unique taste, extravagant and ornamented by Korzeniowski’s music, it truly feels soul-stirring. Even though I must admit that Jake Gyllenhaal is a miscast, Ford’s film will stay with me for a long time – its well-covered nihilism, bitter comments upon the shallow times we live in and finally – the beautifully open ending that has left me thinking.

UMP Grade: 47/50

Nie oddychaj / Don’t Breathe

Urugwajski reżyser Fede Alvarez ma zadziwiającą lekkość w żonglowaniu ogranymi motywami w sposób hipnotyzujący. Jego kameralny thriller Nie oddychaj nie tylko potrafi wystraszyć, ale w inteligentny sposób manipuluje widzem i jego współczuciem. To jeden z tych filmów, które dają znacznie więcej niż można by od nich oczekiwać.

Trójka młodocianych włamywaczy z przedmieść Detroit dopatruje się szansy na realizację marzeń o zamieszkaniu w Kalifornii – wystarczy obrabować niewidomego mężczyznę. Zadanie nie jest jednak tak proste, gdy okazuje się, że mają do czynienia z weteranem wojennym.

Thriller Alvareza tylko z pozoru obiera ścieżkę podobną do innych filmów z gatunku home invasion – czuje się tutaj inspiracje Nieznajomymi, zeszłorocznym Shut In, mocnym Funny Games, a także klasyki pokroju Wait Until Dark z niezapomnianą Audrey Hepburn. To, co jednak wyróżnia Nie oddychaj to fakt, że reżyser każe widzowi współczuć obydwu stronom – zarówno trójce włamywaczy jak i niewidomej ofierze. Rola kata jest przechodnia i to od nas zależy, czyje racje przekonają nas bardziej. Co więcej, nikt tutaj nie jest bez winy, zaś kolejne wydarzenia prowadzą do prawdziwie zaskakującego finału.

dontbreathe8

Ten przebiegły zabieg powoduje, że Nie oddychaj wciąga i nie pozwala się nudzić. Urugwajczyk umiejętnie utrzymuje widza zamkniętego w kilku pomieszczeniach, świetnie operując światłem i cieniem, a także inteligentnie korzystając z pracy kamery podpatrzonej u Jamesa Wana w Naznaczonym i Obecności. Alvarez, mając także do dyspozycji sprawnie skrojony scenariusz i dobre role Stephena Langa jako survivalowca-weterana oraz Jane Levy jako zdeterminowanej włamywaczki, zdołał wycisnąć z tej prostej historii film, który trzyma w napięciu, jest atrakcyjny wizualnie, ale co najważniejsze – nie jest przewidywalny.

Poleciłbym zatem Nie oddychaj tym, którzy co roku liczą na nadejście zaskakującego, trzymającego w napięciu dreszczowca. Gdyż film Alvareza wpisuje się w ten profil. To także dobra propozycja dla tych, którzy przepowiadali śmierć niszowych, kameralnych thrillerów – są one w lepszej formie, niż sądzimy.

Ocena UMP: 35/50

The Uruguayan director Fede Alvarez has an astonishing effortfulness in juggling with cliched motives in a hypnotizing manner. His small-scale thriller Don’t Breathe is not only capable of scaring the viewers – it also manipulates our mercy in a surprisingly intelligent way.

Three juvenile burglars from Detroit suburbs seize an opportunity to make their dreams about California come true. All they need to do is to rob a blind man in his own house. However, the task gets wickedly difficult, when it turns out that the man is a war veteran, who surely can handle danger like nobody else.

Don’t Breathe is following the same path as many other titles only on the first glance. Although it feels greatly inspired by The Strangers, last year’s Shut In, gruesome Funny Games or even classics like Wait Until Dark starring Audrey Hepburn, there is something strangely unique about this film. This difference is caused by the fact, that Alvarez allows the audience to feel sorry for both sides equally – the three burglars as well as the blind victim. There is no defined executioner – we decide whose rationality is more understandable. What’s more, none of the characters is without a trace of guilt, which all in all leads to a soul-stirring climax.

dontbreathe3

This witty move is also the reason to why Don’t Breathe doesn’t bore. The Uruguayan director confines his show and the audience too within several rooms, vastly depending on the contrast of light and shadows and brilliant camerawork that was surely inspired by James Wan’s cinematography in Insidious and The Conjuring. Being given a tight script and firm roles by Stephen Lang as the veteran survivalist and Jane Levy as the determined bruglar, the director managed to squueze out of this short story every drop of visual attractiveness, but most of all – unpredictability.

I would recommend Don’t Breathe to all of those, who seek for thrilling, cinematic experiences. There is also good news for those who still enjoy well directed, more classic approach towards thriller genre – they’re in better shape than we might suspect.

UMP Grade: 35/50