#IAmSoCanadian – Kanadyjski Nowy Jork, czyli weekend w Toronto

Samo Kingston oferuje niewiele rozrywek, zatem podróż do Toronto była kwestią czasu. Jedno z najbogatszych miast świata, organizator sławetnego TIFF, centrum biznesowe kraju. Ja jednak widzę w Toronto coś innego, czym z chęcią się podzielę.

Do Toronto wyruszyłem w doborowym towarzystwie trójki Francuzów oraz Wietnamki. Ci, którzy mnie znają, nie będą zaskoczeni faktem, że – rzecz jasna – zaspałem i opóźniłem nasz wyjazd z Kingston. Moi współpasażerowie nie mieli mi tego za złe. Wyszli chyba z założenia, że Polacy tak już mają. Otrzymałem poza tym swoją karę w postaci solidnej dawki mrozu, którą przyjąłem o poranku. Matka natura pamięta bowiem o wszystkich i każdemu potrafi solidnie… dogodzić.

Szusowanie kanadyjskimi trasami z perspektywy pasażera było stosunkowo nużące. Kanada zza okna nie powala swoimi widokami, szczególnie w południowej części Ontario. To nie pocztówkowe widoki. Czas mijał jednak szybko, bowiem moje kochane croissanty zapewniły mi rozrywkę. Istnieje jeszcze nierozpowszechniona w świecie nauki zasada “dwóch Francuzów”. Bowiem wystarczy taka ich liczba, by stężenie francuskiego pierwiastka w towarzystwie było wiodące na tle innych narodowości. Słuchaliśmy zatem Celine Dion i Garou, gdzieniegdzie przewinęła się Taylor Swift, a nawet kapeńka wiksy dla dobrego samopoczucia. Jednak nawet w objęciach Morfeusza miałem przed oczami śpiewającą trójkę.

Wreszcie dotarliśmy do Toronto, które przywitało nas stosunkowo zwykłą pogodą, drapaczami chmur i autostradą biegnącą pośród betonowego lasu. Wrażenie robiło to przedziwne – człowiek wydaje się wtedy niezwykle mały, nieistotny. W mgnieniu oka znaleźliśmy się w Chinatown, w którym czekało na nas zakwaterowanie. I nietrudno sobie wyobrazić, że najtańszy dostępny lokal AirBnB w Toronto wyglądał… zjawiskowo. System dzwonienia przez domofon, wyczekiwania w ciasnym korytarzu i Pani, która za przyjechanie zbyt wcześnie oczekiwała zapłaty w wysokości 10 dolarów. Trzeba być obrotnym w dzisiejszych czasach, ale żeby zdzierać kasę z biednych studentów? Po chwili przekonywujących negocjacji (w końcu mamy nawet taki przedmiot na naszej cudownej uczelni Smith Business School), wprowadziliśmy się do łaźni z centralnym ogrzewaniem. Uwierzcie, że temperatura była iście piekielna.

P.S. kliknijcie, żeby zobaczyć zdjęcie w jakimś ludzkim rozmiarze!

Przechadzając się ulicami Toronto rzuca się w oczy jego architektoniczny chaos. Obok wysokich, piętrzących się nieskończenie budynków stoją bliźniaki przypominające londyńskie Kensington, a pokonując jedną ulicę dalej można uchwycić podmiejską architekturę z ogródkiem. Toronto oddaje tym samym ducha Kanady – kraju multikulturowego, otwartego na wszystko, co przyniosą nowo przyjezdni. Czasem poczujemy się tu jak w Berlinie, mając oddech i przestrzeń, czasem jak w stolicy Wielkiej Brytanii, aż wreszcie trafimy do Chinatown, gdzie każdy jeden kąt to mała Azja. Trudno jednak wgryźć się w ten wizualny rozgardiasz. Jest w nim coś zbyt dziwnego, zbyt pomieszanego i nieklarownego. Są ludzie, którzy w stolicy Ontario czują się wolni i nieskrępowani – ja czułem się nieco zdezorientowany.

Potrzebowałem zatem chwili by poczuć ten specyficzny klimat. Pierwszym miejscem, które mnie uwiodło była dzielnica hipsterów – Kensington Market. Różnorakie sklepy, klimatyczne kawiarnie ze znakomitymi smakami całego świata i undergroundowe puby zakopane w zakamarkach domowych piwnic – to zdecydowanie miejsce, w którym można się zakochać. Moją szczególną uwagę przykuła tam kawiarnia Moonbean – miejsce obowiązkowe dla każdego odwiedzającego Toronto!

Gdy już wygramolimy się z siedliska ludzi w rurkach, brodach i czapkach, warto wstąpić do Art Gallery of Ontario. Zbiór dzieł sztuki jest ogromny, zaś nawet laik znajdzie coś ciekawego. Od Petera Breughela, przez kilka portretów Rembrandta i dzieła średniowiecznego malarstwa religijnego, a skończywszy na kolekcji modeli statków – rozpiętość ekspozycji robi wrażenie. W galerii spędziliśmy zatem sporo czasu, a dzięki wspięciu się na jej najwyższe piętro, mogliśmy zobaczyć także panoramę miasta. I znów moim oczom ukazał się horyzont, w którego wgryzały się wysokie budynki ze szklanymi szybami i neonami.

Pogoda nie pozwoliła nam niestety skorzystać z głównej atrakcji miasta – CN Tower – zaś budżet – z Ripley’s Aquarium of Canada. Żałowaliśmy nieco, ale coś trzeba było zostawić na kolejną wizytę, czyż nie? Nie marnowaliśmy jednak naszego czasu i ruszyliśmy do tzw. Distillery District. Miejsce przypominające nieco łódzką Manufakturę, ma swój osobliwy, czarujący klimat – głównie dzięki niskiej zabudowie, budynkom przypominającym fabryczne klimaty serialu Peaky Blinders i szeregowi knajp i kawiarenek. To właśnie tam znajduje się także rzeźba przedstawiająca jednego z pająków – symbol wiążący wszystkie większe miasta w Kanadzie. Największy znajduje się w Ottawie, zaś kolejnego można znaleźć m.in. w Montrealu. Taki fun fact.

Słówko jeszcze wypada powiedzieć o życiu nocnym. Toronto jest napakowane mnogością pubów i klubów, z których, za namową mojej kuzynki, odwiedziliśmy m.in. Locals Only. Stamtąd pamiętać będę z pewnością toaletę ze ścianami wyklejonymi okładkami Playboya. Kolega zrobił zdjęcie, ale nie chciał się podzielić – ja zaś zwyczajnie o tym nie pomyślałem. Ale uwierzcie na słowo, że toaleta wyglądała jak samochód Danny’ego Glovera w pewnym thrillerze, gdzie grał seryjnego zabójcę.

Ontario – stan, w którym znajduje się Toronto – to nie jest jednak miejsce dla wielbicieli nocnych eskapad i długiego clubbingu. Życie imprezowe trwa w tym mieście do godziny drugiej i ani minuty dłużej. Jest to zatem pewna przeszkoda, szczególnie dla biednych Europejczyków, dla których dwunasta to zazwyczaj początek dobrej imprezy. Cóż, nie tym razem zadufany Stary Kontynencie – This is Canada. Take it or leave it.

Pobyt w Toronto zakończyłem herbatką-detoksem i najdroższym tostem z serem w swoim życiu. Gdybym miał w kilku słowach podsumować swoje wrażenia z biznesowego centrum Kanady, zapewne miałbym problem by przytaknąć entuzjastom tegoż miejsca. To miasto z niejasnym charakterem – czasem skrajnie hipsterskie, czasem aspirujące do bycia bratem sąsiada ze Stanów. Ten eklektyczny charakter ma jednak swój urok i wiem, że tu kiedyś wrócę. Chociażby po to, by doświadczyć jego dumy i chluby – Toronto International Film Festival.

Piszcie komentarze, gdyż z chęcią je poczytam – tylko wyglądam na takie zapracowanego…

Advertisements

La La Land

Metoda Damiena Chazelle’a, by wkupić się w łaski publiczności, jest zaskakująco prosta – należy zaserwować im takie stężenie słodyczy, którego nie sposób będzie nie spałaszować. La La Land działa bowiem jak przesłodzona kawa, podana z gałką lodów, najlepiej z syropem owocowym i z bitą śmietaną na szczycie – czasem może zemdlić, ale czy da się jej odmówić?

Dwoje młodych marzycieli trafia do kuźni talentów w Hollywood – aspirująca aktorka Mia (Emma Stone) oraz wielbiciel jazzu Sebastian (Ryan Gosling). Ona desperacko szuka sposobu na dostanie angażu, on marzy o swoim klubie kultywującym muzyczne tradycje. Gdy ich drogi łączą się za sprawą strzały amora, oboje zostaną poddani próbie – czy uczucie zwycięży w nierównej walce z karierą?

Musical to gatunek-dinozaur w świecie filmów – niby kiedyś miał swoje znamienite miejsce, ale dziś został zdegradowany do roli wyjątkowo niszowej. Damien Chazelle pretenduje jednak do miana reżysera, który może zapewnić swoisty renesans musicalowi. Przede wszystkim, ma on wprost genialny słuch i umiejętność ilustrowania muzycznych wariacji w formie obrazu, co udowodnił także w Whiplash. La La Land jest przez to ucztą zarówno dla oka jak i ucha. Kamera frywolnie lawiruje w rytm lekkiego, dynamicznego tempa, bawiąc się klimatem od Chicago i Moulin Rouge, przez Deszczową Piosenkę, a skończywszy nawet na Bollywoodzie.To kino pysznie uwodzicielskie, niby klasyczne, ale szalone.

Co więcej, kompozycje Justina Hurwitza, nawet te najbardziej naiwne i przesiąknięte nostalgicznym Hollywoodem lat 50. i 60., wypadają wybornie w obiektywie Chazelle’a. Nieważne, czy obserwujemy Ryana Goslinga i Emmę Stone tańczących na niebie, czy grupę muzyków w jazzowym pubie – Chazelle czaruje i hipnotyzuje tak, że aż chce się w tym świecie zostać na dłużej.

LLL d 35_5707.NEF

Zachwyt nad La La Land jest jednak tylko częściowy, bowiem ogromnym mankamentem filmu są – niestety – jego główni bohaterowie. Emma Stone, kreowana na olśniewającą wschodzącą gwiazdeczkę gwarnego Hollywoodu wypada blado – nawet, jeśli jej rola miała być w zamierzeniu wysoce przerysowana. Daleko jej bowiem do niewymuszonego seksapilu Marilyn Monroe czy Audrey Hepburn. Nie ma w sobie również tyle charyzmy, by przyszpilić widza do ekranu. Równie przeciętnie wypada u jej boku Ryan Gosling, grający tego samego wrażliwego cwaniaczka, którego widzieliśmy już chociażby w Blue Valentine. Modnie ubrany, z wlepionym zawadiackim uśmiechem, Gosling dwoi się i troi na ekranie – jego wysiłki mają jednak efekt podobny co jego damskiej połówki. Głównym bohaterem La La Land pozostają zatem zdolności i finezja Damiena Chazelle’a siedzącego na stołku reżysera.

Bez cienia wątpliwości, są w La La Land sceny, które przejdą do historii kina. Duet tańczący na tle nieboskłonu, czy też znakomita sekwencja wieńcząca film to sceny, które nie tylko chwytają widza za serce, ale delikatnie “łaskoczą” wszystkie skryte uczucia i potrzeby widza. Śmiało mogę powiedzieć, iż La La Land stopi lód w każdym sercu i zastąpi zastrzyk insuliny. Wierzę bowiem, że każdemu z nas nie zaszkodzi odrobina słodyczy w życiu.

Ocena UMP: 39/50

February / Blackcoat’s Daughter

Po wielu latach fascynacji krwistymi, pełnymi odrażających obrazów, twórcy horrorów zorientowali się, że publiczność łaknąca takich filmów zaczyna się wykruszać. Następuje zatem zwrot ku tradycji – straszenie tym, co niedosłowne, niezrozumiałe i nierealne. I chociaż Oz Perkins barował się z tajemniczą atmosferą w February od pierwszych scen, ostatecznie jego film to nużący, nieco chaotyczny bełkot.

Kat (Kiernan Shipka) i Rose (Lucy Boynton) zostają na kilka dni w swojej szkole podczas przerwy zimowej. Kat przeczuwa tragedię związaną ze swoimi rodzicami, a wkrótce zaczyna się zmieniać pod wpływem mrocznej siły, która ją opętała. Tymczasem Joan (Emma Roberts) napotyka na dwie osoby, które pomagają jej dotrzeć do miasteczka, w którym mieści się wspomniana szkoła.

Ewidentnie, ideą przyświecającą Perkinsowi w February było powtórzenie sukcesów takich filmów jak Sinister czy Babadook. Bazując na idei wspomnianych tytułów, a także azjatyckich rozlicznych horrorów, atmosfera ma widza obłapić i przerazić, bez potrzeby fruwających kończyn. Reżyser nie tylko postawił wszystko na tę jedną kartę, ale poszedł o krok dalej. Zbudował scenariusz swojego filmu dwupłaszczyznowo, przeplatając historie oddzielone różnicą 9 lat. Ten zabieg jest interesujący, jednak szybko staje się problemem dla filmowca. Brakuje jaśniejszego sygnalizowania widzowi powiązań między wątkami Joan i Kat, przez co February wygląda jak dwie rozwleczone i niedbale pocięte nowele.

6a0168ea36d6b2970c01bb087a8c1a970d

Tak jak wspomniałem, Perkins stroi od drastycznych scen i chwała mu za to – bez wątpienia mroczna atmosfera i postawienie na solidną rolę Kiernan Shipki były właściwym punktem wyjściowym. Ale nawet ucharakteryzowana na pół-żywą, opętaną przez siły nieczyste aktorka, nie ma w sobie takich pokładów charyzmy, by udźwignąć cały film. Pracując na kiepskim scenariuszu, pełnym zbędnych dialogów i niejasnych scen, stanowi ona wyróżniający się element na tle zbieraniny nieforemnych puzzli. Nawet, gdy Perkins próbuje przełamać konwenanse – np. w oszczędnej scenie egzorcyzmu – wychodzi mu to bez charakteru i finezji, jakby robione na przysłowiowe „pół gwizdka”.

February jest doskonałym przykładem filmu, który w oczach wielu krytyków zebrał niezrozumiale wysokie oceny (Metacritic i 81/100), podczas gdy bezlitosna ocena publiczności uwydatniła jego prawdziwe oblicze (5,2 na Filmwebie). Perkins, chociaż bez wątpienia ma potencjał, by rozwinąć skrzydła, nie pokazał nic spektakularnego w swoim filmie. I pośród zalewu filmów o opętaniach i duchach, February dołącza do grona dzieł, które wraz z nadejściem napisów końcowych wylecą Wam z głowy.

Ocena UMP: 17/50

After years of the reign of bloody, vividly drastic horrors, the filmmakers noticed that the demand for such deviations is diminishing step-by-step – thus the recent comeback to traditional ways of scaring – the indirect, the puzzling and the unreal are the key to evoke fear. Oz Perkins, the director of February, struggled with creating such a disturbing atmosphere throughout the film, but the outcome is just a lacklustre pulp.

Kat (Kiernan Shipka) and Rose (Lucy Boynton) stay for the winter vacation in their boarding school. When Kat suspects that a tragedy will eventually happen that casts a shadow on her parents, she also becomes vulnerable to a dark, mystic force that possessed her. Meanwhile, Joan (Emma Roberts) meets a couple, who help her reach the city, where the boarding school is located.

It seems that Perkins strived to copy in February the successes of previously acclaimed horrors like Sinister or The Babadook. It’s the atmopshere that should embrace and scare the viewer, just as it happened in the aforementioned titles or a bunch of Asian horrors. The director of Ferbruary went one step further by building the creepiness with a use of two intersecting time platforms of plotlines. No matter how ambitious it is, it quickly generates a number of problems for Perkins. These two storylines feel as if two separate stories artificially glued together, whilst the viewer cannot chew into neither of them.

february_-_h_2015-e1442497831891

As I mentioned, Perkins keeps off the graphic imagery, which somehow pays off. The disturbing atmosphere and solid acting by Kiernan Shipka is undoubtedly the right kick-off. However, the half-alive, possessed by evil spirits character is not enough to keep the momentum going. She works with a chaotic script, filled with hilariously nonsense dialogues and opaque scenes, and eventually becomes a colorful piece sticking out of the ubiquitous mediocrity. Even when Oz Perkins aims at freeing himself from the schematic lines – like it happens in the exorcism scene – he lacks finesse and own taste.

February is a perfect example of a film that is obscurely high-rated by the critics (Metacritic and the shocking 81/100), whilst the ruthless audiences voiced their rather unpleasant opinion (5,3 on imdb.com). No matter what talent does Oz Perkins possess, he undoubtedly has hid it deep inside, when shooting February. In the avalanche of exorcism-and-possession-themed horrors, his slow-burn creation is the basic league’s representative – not too painful yet not to be remembered.

UMP Grade: 17/50

UMP Recommends – 99 Homes

“America doesn’t bail out the losers. America was built by bailing out the winners, by rigging a nation of the winners for the winners by the winners” – 99 Homes is a crushing indie drama.

Ramin Bahrani’s 99 Homes reminds us about the brutal laws of nature – the predator will always strike once the prey becomes vulnerable. Superbly acted by Michael Shannon and Andrew Garfield, ornamented with intimately vibrant soundtrack by Antony Partos and sustained within frames of an emotionally engaging storyline, 99 Homes is one of the best indie dramas of the last decade.

99-homes-poster

Dennis Nash (Andrew Garfield) struggles to make ends meet – the bad omen arrives at his doorstep once a bank’s emissary Rick Carver (Michael Shannon) knocks on his door with an eviction from the court. Soon Nash, who’s looking for any job to provide for his family and buy out his family house, becomes Carver’s right hand, signing for a deal with the devil.

Financial crisis that hit U.S. was obviously the outcome of a progressively growing bubble, with American society reaching out to the luxury, that normally seemed out of the orbit for vast majorities. Yet, the protagonist of the film – Nash played by Andrew Garfield – is not the greedy individual, preying on the bank’s heavenly offers. Therefore, the starting point for Bahrani is a bit different than we could expect – Nash, pushed to the wall and thrown into the dangerous currents of financial markets, follows Carver, piece by piece selling his soul to the devil – the very same one that kicked him out of his own home and life. Bahrani is not looking for simple answers – he gives Carver his time to explain himself, to draw straight lines between his money-making scheme and how America allegedly forced him to throw people out of their homes. The dispute is open to the director and praise him for that – both of his main characters have their rights and commit their wrongs and it is up to us, which side shall we choose.

99-homes

Bahrani’s 99 Homes is a sweet treat in terms of acting. Michael Shannon delivers a truly jaw-dropping performance, sinking his teeth deep in his character. Carver is a complex sketch, menacing and convincing, firmly making steps in the world of people losing their homes and lives – he is a predator among the weak. Garfield’s performance gives field to Shannon, but still remains credible and enjoyable. Nash is a man torn apart, waging a war against his own morality, but doing so in so-called good faith. 99 Homes also lets the young actor dig out from the grave that he meticulously prepped for himself by Amazing Spiderman franchise. Nevertheless, it’s Shannon, who quickly gains a towering position in the indie cinema, thus leads the film and carries its weight.

The gentle, pulsating, guitar-based score by Antony Partos fills in the gaps and truly matches the tone of Bahrani’s film too. It remains in the background, but subtly plays its own chords in drawing the film’s reality. On top of that comes the neatly cogitated plotline, relying on Nash’s transformation, where at some point, he blindly follows the premise of quickly-earned money displayed by Carver. What’s also important, the language of Bahrani’s drama avoids over-structured slang, which also helps to engage in the story (as opposed to some other financial dramas). All in all, 99 Homes is a very structured experience, where the entire orchestra knows the cinematic drill.

99homeslead-xlarge

Somewhere in the middle of the screening, Michael Shannon spine-chillingly delivers the film-defining line: “America doesn’t bail out the losers. America was built by bailing out the winners, by rigging a nation of the winners for the winners by the winners“. And this is the saddest message conveyed by 99 Homes, at the same time being the most crushing element of the film’s content – America is fish tank, where only those like Carver will survive – the sharks. Or those, who are ready to sell their souls to survive.

UMP Grade: 42/50

(Cinematography: 8, Plot: 8.5, Acting: 9, Soundtrack: 8.5, Quaintness: 8)