Tofifest 2016 – Prosta historia o morderstwie

Wbrew zwodniczemu tytułowi, w drugim filmie w reżyserskim dorobku Arkadiusza Jakubika, historia morderstwa nie jest wcale taka prosta. Bowiem im głębiej wchodzimy w temat zbrodni, tym większe koło zatacza krąg w nią tych, którzy swoje pięć groszy do niej dorzucili.

Jacek (Filip Pławik) kończy szkołę policyjną. Trafia do wydziału śledczego, zaś jego partnerem zostaje ojciec-alkoholik (Andrzej Chyra). Następuje jednak szybka eskalacja problemów w domu, wynikających z uzależnienia ojca. Gdy dochodzi do morderstwa starego wygi, Jacek staje się jednym z głównych podejrzanych.

Film Jakubika dzieli się na dwie, równocześnie prowadzone historie, które są rozdzielone nie tylko podstawą chronologiczną, ale przede wszystkim sposobem narracji. Czas rzeczywisty jest kręcony kamerą z ręki, dużo w nim intymności i podglądania emocji szargających Jackiem. Wyczuwalny rys kryminału zmienia się w części retrospekcji, które powoli prowadzą do wybuchowego finału – reżyser opiera bowiem siłę przekazu na kontrastujących obrazach. Z jednej strony życie Jacka kieruje się ku karierze i szczęściu z atrakcyjną dziewczyną, lecz barierą ku tej wizji jest drażniącą go drzazga, której uosobieniem jest ojciec – z jednej strony sielankowość, a z drugiej rosnący niepokój.

Jednak przede wszystkim, Jakubik szuka w Prostej historii o morderstwie odpowiedzi na pytanie dotyczące genezy przemocy. Interesuje go palące tabu w naszym społeczeństwie, swoiste przyzwolenie na jej obecność i znieczulica wobec jej egzaltacji. Prowadząc nielinearną fabułę, reżyser prezentuje argumenty z obydwu stron, na piedestale stawiając zaś jedno – czy gdyby Jacek z nią nie walczył, uniknąłby tragedii, której jesteśmy świadkami? Jakubik prowokuje widza do znalezienia własnego rozwiązania, stawia go pod ścianą i zastanawia się, czy przeciwdziałanie złu nie jest jak oliwa dolewana do ognia. Ale to widz sam ma na to pytanie odpowiedzieć.

z20852687ih-prosta-historia-o-morderstwie

Obok solidnie skrojonego scenariusza, Prosta historia o morderstwie jest ciekawym filmem od strony realizacyjnej. Świetnie wychodzą Jakubikowi utrzymane w rzęsistym deszczu, mroczne kadry małego miasteczka, w którym osadzono akcję. Znakomicie wypada także ścieżka Bartosza Chajdeckiego – znany z klasycznej interpretacji muzyki filmowej, pod batutą Jakubika udał się w rejony muzyki eksperymentalnej, opartej w dużej mierze na elektronice. Strona aktorska także wypada solidnie – Pławik sprawdza się w roli introwertycznego twardziela, zawieszonego w próżni własnej bezsilności, Chyra bawi się skrajnościami swojej postaci, zaś Kinga Preis w roli matki potrafi przekazać spojrzeniem cały szereg emocji, grając bardzo oszczędnie.

Prosta historia o morderstwie nie jest jednak wolna od wad. Mnogość postaci na ekranie bywa myląca, przez co niektóre wątki zwyczajnie umykają Jakubikowi (przede wszystkim postać Krystiana, brata Jacka), lub kolokwialnie mówiąc – są potraktowane po macoszemu. Paradoksalnie, ta prosta historia jest na tyle skomplikowanym studium psychologii przemocy, że meandrując w różnych kierunkach i różnych płaszczyznach czasowych, bywa zbyt przekombinowana.

Przyznam, że drugi film w reżyserskim dorobku Arkadiusza Jakubika, z pewnością utwierdził mnie w przekonaniu, że to artysta diabelsko zdolny. Opowiedział historię z pasją, podszywając ją prowokacją i trudnymi pytaniami socjologicznymi, jednocześnie zmuszając widza do zadawania pytań. I wedle świetnej symboliki raz kwitnącego, a raz zeschłego bluszczu – przemoc jest jak choroba. Pytanie zadane przez reżysera pozostaje zatem następujące – czy istnieje złoty środek, który kiedykolwiek ją zwalczy?

Advertisements

Arkadiusz Jakubik w rozmowie z UMP

Nowy film Arkadiusza Jakubika – Prosta historia o morderstwie – jest obecnie wyświetlany w kinach. Aktor, znany m.in. z Drogówki oraz Wołynia, a także ról teatralnych, zadebiutował za kamerą dziełem Prosta historia o miłości. O swoich zmaganiach z karierą reżyserską i o bogatej symbolice swojego nowego obrazu, Arkadiusz Jakubik opowiedział mi przy okazji pokazu podczas festiwalu Tofifest 2016 w Toruniu.

UMP: Pozwolę sobie zacząć od tematu, który zapewne krąży wokół dyskusji o Prostej historii o morderstwie, czyli czynnikach łączących Pański film z Wojtkiem Smarzowskim. Oglądając ten film odniosłem wrażenie, że niewiele takich spoiw można znaleźć – Pan rozumie obraz, sposób narracji w sposób zupełnie odmienny. Czy były zatem jakieś inspiracje czerpane z jego filmów? A może chciał się Pan odciąć od podobnych skojarzeń?

Arkadiusz Jakubik: Chciałem się zdecydowanie i całkowicie odciąć. To znaczy – znam parę filmów wspomnianego reżysera…

UMP: Nawet w niektórych się Pan pojawił (śmiech)…

Arkadiusz Jakubik: Nawet w niektórych występowałem. I stając po drugiej stronie kamery, podczas realizacji Prostej historii o morderstwie, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że próba wejścia w filmowe buty Smarzowskiego skończy się twórczym samobójstwem. Najgorsze byłoby bowiem kopiowanie, ściąganie z tego bardzo charakterystycznego, wypracowanego przez lata stylu Wojtka, jego języka narracyjnego. Tak jak obserwujemy jego kolejne obrazy, one się zmieniają, w pewien sposób ewoluują.

Na samym początku ustaliłem z moim operatorem, że dla mnie Prosta historia o morderstwie jest głównie dramatem obyczajowym. Procentowo, retrospekcje zajmują największą część metrażu. Dlatego też zależało nam na długich ujęciach, statycznych kadrach, po to, żeby takim chłodnym okiem obserwatora podpatrywać te toksyczne relacje rodzinne. A ponieważ ja bardzo lubię w kinie nielinearne, niechronologicznie opowiadane historie, stąd postanowienie, że te dwie warstwy – obyczajowa, społecznie zaangażowana oraz kryminalna, bowiem ten dramat ubrany jest w garnitur kryminału – muszą być jakoś formalnie oddzielone.

I żeby widzowi pomóc, również w sposobie pracy kamery, te dwie warstwy był naprzemiennie montowane, przenikające się nawzajem tak, by można je było odróżnić. Nie ma bowiem żadnych dat, żadnych miejsc, zatem czujność widza była dla nas kluczowa. A z mojej strony musiałem dać jak najwięcej wędek, pewnych podpowiedzi, informacji, które pomogą widzowi w znalezieniu właściwego wektora. Stąd pomysł, żeby kamera była rwana, szarpana, z ręki, nerwowa i emocjonalna, właśnie w tej części kryminalnej. Ale to oczywiście nie jest pomysł ściągnięty od Smarzowskiego.

UMP: W taki sposób kręciło już wielu przed nim.

Arkadiusz Jakubik: Wiadomo, generalnie wszystko już było. Ale tę świadomość, by akurat jego stylu nie kopiować, miałem cały czas z tyłu głowy.

z19978256q-wolyn-rez-wojciech-smarzowski

UMP: Jest zatem pewien podział, widoczny w Prostej historii o morderstwie, te dwie narracje biegnące równocześnie. Z mojego punktu widzenia, wspólnym mianownikiem dla tych dwóch warstw, była przemiana głównego bohatera. Począwszy od zarysu protagonisty jako zbawcy, który stawia sobie za cel poukładanie życia swojej rodziny, jego obraz się zmienia. Ostatecznie, czy to był Pańska idea – by w pewien sposób obalić mit takiego człowieka, który wierzy w swoją zdolność pomocy?

Arkadiusz Jakubik: To jest stary jak świat archetyp – chociażby mit tebański mówiący o tym, że istnieje fatum i przez nie synowie zamieniają się w swoich ojców. Jestem przekonany, że Jacek ma pełną świadomość zagrożenia, które niesie w swoim DNA. Przez długi czas, pisząc z Grzegorzem Stefańskim oraz Igorem Brejdygantem scenariusz do tego filmu, miałem takie kluczowe zdanie, tzw. longline. To zawsze brzmi nieco banalnie i infantylnie, ponieważ jak można w jednym zdaniu opowiedzieć, o czym jest film? Lars Von Trier kiedyś powiedział, że film jest dążeniem do rzeczywistości, o której całe życie się marzy. I jeśli nazwiemy to słowem, to pojawia się pytanie – po co robić o tym film?

UMP: Wystarczy to po prostu je wypowiedzieć?

Arkadiusz Jakubik: Tak, wystarczy to zwyczajnie wyartykułować. Ale wracając do tego longline’a, na początku brzmiał on następująco: napiętnowany przemocą domową syn zamienia się w ojca bandytę. To jedno zdanie zaczęło mnie jednak gdzieś uwierać, ponieważ nie wyobrażałem sobie historii o tak wąskiej tematyce. Zacząłem zatem wymyślać kolejne, przeciwstawne longline’y. Gdyż w chwili spojrzenia na tę historię z boku, to paradoksalnie, przyjmując pozycję adwokata diabła, ten szlachetny człowiek, o którym Pan mówi, chce uratować swoją rodzinę i przerwać ten zaklęty krąg zła, ale tak naprawdę to może on jest winien istnienia tego kręgu?

UMP: Też tak odebrałem postać Jacka.

Arkadiusz Jakubik: I może gdyby nie starał się zmieniać tego status quo, to nie doszłoby do tragedii, którą widzimy. Czy po tym wszystkim, ten ciężar, który dźwiga, pozwoli mu zbudować normalną rodzinę, normalnie żyć? Czy może ten krąg zła będzie dalej istniał i promieniował?

Ale podkreślam – film jest od tego, by widza zmusić do myślenia, zadać mu pytania, na które on sam powinien szukać odpowiedzi. Każdy widz musi sobie to przefiltrować przez własną wrażliwość i własne doświadczenia. Śmiem twierdzić, że ten problem dotyka wiele polskich rodzin. Po pierwszych pokazach Prostej historii o morderstwie, przychodziło do mnie wiele osób – i sami mówili o tym, że to znają, albo mieli to wypisane w swoich oczach. Niewiele jest takich sytuacji, gdy  ktoś ma odwagę powiedzieć „to moja historia – to moja rodzina i to ja byłem byłem jednym z elementów takiej toksycznej układanki“. Myślę, że ten film może trafić do dużej liczby osób.

arkadiusz-jakubik2

UMP: Będąc już przy wątku głównego bohatera, nie daje Pan tego poczucia katharsis z nim związanego. To ciekawe odczucie, że ten raptowny koniec, ten niedosyt ma akompaniament w postaci nieco sielankowej sceny – szczęścia, które chociaż jest widoczne, nie jest w zasięgu ręki bohaterów.

Arkadiusz Jakubik: Uściślając – mówimy o scenie z samochodzikami?

UMP: Dokładnie.

Arkadiusz Jakubik: Ta krótka scena z samochodzikami została oddzielona czernią. W przedostatniej scenie nasi bohaterowie idą przed siebie i każdy z widzów sam powinien dorobić dalszy ciąg historii – czy ułożą sobie życie czy może wręcz przeciwnie, nawzajem się zniszczą, nie radząc sobie z tym piętnem.

Te samochodziki są dla mnie bardzo metaforyczne, utrzymane w pewnym onirycznym klimacie, pokazane w zwolnionym tempie. Symbolizują wolne elektrony, odbijają się od siebie, szukają własnych ścieżek i obrazują to pytanie – co będzie dalej? Uda im się czy nie?

Widza traktuję jako inteligentnego kumpla – zapraszam go na film, który sam chciałbym zobaczyć. Stawiam na jego wrażliwość, na jego interpretację. Nie chciałem dawać gotowej odpowiedzi, gdyż takim katharsis byłaby pewnie scena, gdzie woda występuje z rzeki i zalewa całe miasteczko. Ten wątek powodzi jest prowadzony i można sobie wyobrazić, że zaraz to miasto stanie w wodzie. Pamiętam obraz z 1997 z Wrocławia i to mogłoby być takim wręcz biblijnym, antycznym katharsis. Ale to by było zbyt dosłowne.

UMP: Pragnę też zapytać o rolę muzyki. Wspominał Pan o tym podziale, który jest obecny w filmie. Przy wątku kryminalnym muzyka była pulsująca, wibrująca, dzięki niej czułem niepokój. Jak zatem wyglądała współpraca z kompozytorem?

Arkadiusz Jakubik: Bartosz Chajdecki, autor muzyki do Prostej historii o morderstwie, jest wybitnym kompozytorem. To bardzo doświadczony muzyk, ale specjalizuje się przede wszystkim w innym gatunku muzyki filmowej, wystarczy posłuchać chociażby Chce się żyć lub Bogów. Ma łatwość w pisaniu tematów lirycznych, pisanych na fortepian. Ale to, co poczytuję sobie za swój sukces, to przekonanie Bartka do tego, by się całkowicie otworzył, spróbował zbadania obszarów, których nigdy wcześniej nie eksplorował.

Kupił sobie nawet stary sprzęt, samplery, cały zestaw! Pokazywał mi zdjęcia, klawiszy, dziwnych urządzeń, których nie potrafił na początku obsługiwać (śmiech). Szukał na Youtube lekcji, które pomogłyby w zrozumieniu znaczenia tych wszystkich pokrętełek, przycisków i gałek. Bardzo go to ucieszyło, ten właśnie kierunek tematów muzycznych. To było jego główne zadanie – by te dwa światy były podświadomie zasygnalizowane widzowi również poprzez ścieżkę.

Ponadto, ja uwielbiam muzykę w kinie. Dzieła Clifta Mansella, Cliffa Martineza – ich ścieżki nie są dosłowne, idą w kontrze do obrazu, dodając tym samym pewną wartość. W Prostej historii o morderstwie miałem bardzo sprecyzowaną wizję muzyki.

30468361306_d632a0cd23_h

UMP: A czy nie obawiał się Pan, że obecna popularność Wołynia, w którym gra Pan jedną z głównych ról, nie będzie zagrożeniem dla Prostej historii o morderstwie? Że ciężko będzie udowodnić widzom, że Arkadiusz Jakubik to człowiek o innej wrażliwości, że ma swój własny język filmowy?

Arkadiusz Jakubik: Nie jestem rzemieślnikiem, który dostaje scenariusz, realizuje go, zarabia na tym i może sobie to dodać jako kolejną pozycję w reżyserskim cv. Dla mnie to musi być historia, którą muszę przepracować i przemyśleć. Nie zajmuję się liczbami, tym ile osób przyjdzie do kina – wtedy robiłbym komedie romantyczne, albo głupawe filmy z celebrytami z telewizji. To mnie kompletnie nie interesuje.

Do filmu muszę mieć emocjonalny stosunek. Poza tym wiek robi swoje – nad Prostą historią o morderstwie pracowałem 5 lat, a nad moim debiutem reżyserskim, czyli Prostą historią o miłości – 4 lata. Chciałbym mieć takich lat aktywności twórczej jeszcze dużo, ale mam na karku już 48 lat. Nie mam czasu na rzeczy błahe, szkoda mi marnować swoją energię.

Co do Wojtka – podobnie rozumiemy kino, o podobnych tematach mówimy. Prosta historia o morderstwie to film o tym kim jest człowiek, relacjach w tej najmniejszej komórce, ale także o genezie zła – dlaczego kłamiemy, żeby to zło ukryć i jakim prawem na kłamstwie budujemy fundamenty rodziny? Chociażby teodycja, gałąź teologii, próbuje wyjaśnić paradoks istnienia dobrego absolutu, Boga – jak zwał tak zwał – z współistniejącym złem na świecie. Interesują mnie takie poważne tematy i o nich chciałbym opowiadać.

UMP: A czy w takim razie coś się już klaruje na przyszłość?

Arkadiusz Jakubik: Mam i nie powiem o czym (śmiech). Reżyseria jest jak zaraza, jak wirus  – bynajmniej nie chodzi o to, że można poszpanować, że aktor został reżyserem. Tu chodzi o możliwość kreowania świata, od momentu przelania słów na papier w scenariuszu, powolne nasycanie tego świata emocjami, relacjami, bohaterami, a potem jego konstrukcja na planie filmowym – niebywałe uczucie. A jednak aktorstwo funkcjonuje na zupełnie innej płaszczyźnie, to inna planeta. Aktorstwo to emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Tam jest mało miejsca na kreację – aktor jest trybikiem w wielkiej filmowej machinie. I cenię sobie to, że mogę pomiędzy tymi planetami podróżować – nie chcę żadnej z nich opuszczać. Tylko żeby polecieć na planetę reżyserii potrzeba wielu lat.

Jestem ponadto zabobonny i bywało tak, że za dużo mówiłem na prawo i lewo, że coś dojdzie do skutku. Jak są umowy podpisane,

UMP: Jak bolesna rzeczywistość wkracza…

Arkadiusz Jakubik: Wtedy możemy działać. Już mam kilka pomysłów, ale nigdy nie wiadomo, z którego powstanie dobry scenariusz. Napisanie dobrego scenariusza jest początkiem i końcem filmowej rozmowy. Ja zawsze będę pisał scenariusze z kimś, żeby zestawiać swoje opinie, pokłócić się, poawanturować. To są dwa, trzy lata pracy. Jak się ponoć mówi w Stanach: „Z dobrego scenariusza może powstać dobry film, ze złego nigdy.”

UMP: Bardzo dziękuję za tę rozmowę. To był zaszczyt Pana poznać.

Arkadiusz Jakubik: Również mi miło Pani Kajetanie.

jakubik-1

Tómas Lemarquis chats with Unusual Motion Pictures

Tómas Lemarquis is an actor, who starred in films such as Nói albinói, X-Men: Apocalypse and Painless. I had a unique opportunity at Tofifest 2016 in Toruń to chat with him about his career, ask what does he think of Hollywood and what being half-Icelandic and half-French means to him.

Tómas Lemarquis jest aktorem, który zagrał m.in. w Nói albinói, X-Men: Apokalipsa oraz Painless. Miałem wyjątkową okazję podczas Tofifest 2016 w Toruniu, by usiąść z aktorem i podyskutować o Hollywood, o jego karierze i o tym jak to jest być pół-Islandczykiem, pół-Francuzem.

UMP: You are an actor with a huge diversity of films in your resume. Taking a look at your career shows that from Nói albinói – an Icelandic revelation from 2003, you switched to bigger productions and this year we could see you in X-Men: Apocalypse. Yet, you visited Toruń with Stefan Zweig: Farewell to Europe – another small-budget film. Which type is more appealing to you – big box-office hits or the indie ones?

Jest Pan aktorem z bardzo zróżnicowanymi rolami w swoim portfolio. Spoglądając na Pańską karierę mamy filmy takie jak Nói albinói – islandzką rewelację z 2003 roku, ale chwilę później widzimy rolę X-Men: Apokalipsa. Toruń odwiedził Pan jednak z kolejnym indie dziełem – Stefan Zweig: Pożegnanie z Europą. Które środowisko pracy jest zatem Panu bliższe?

Tómas Lemarquis: I would say both, for various reasons. The experience that I derive from them is different, like different parts of my creative, artist self is nourished. On a small set, you experience something very intimate, stong between few people, whilst when there is big money involved, there are bigger possibilities too,

Powiedziałbym, że obydwa, z różnych powodów. To dwa odmienne doświadczenia, w których oddzielne części mojej kreatywnej osobowości są docenione. Na małym planie zdjęciowym, czuję pewną intymność, silną więź między kilkorgiem ludzi, podczas gdy duże pieniądze oznaczają większe możliwości produkcyjne,

UMP: And you have greenscreen.

I obecność green screen’u.

Tómas Lemarquis: Yeah (laughs). So, it’s just another kind of experience. When I started acting I thought to myself that I wouldn’t want to go to Hollywood, I will only do arthouse cinema. But today it’s no longer “the bad Hollywood” attitude for me. You can find an interesting script everywhere and arthouse cinema can be sh** too. Hollywood can offer a great story, just like indie movies. Maybe the difference is that in Hollywood, you’re not looking for intimate things, it’s more like an opera – big sets and a big show. That’s also nice.

I also like to change the worlds I work in, the environments and places. I studied fine arts and I it taught me something – sometimes, to better feel the role, for example I like to eat from the ground, like poor people do, but I also like to spend a night at an expensive hotel. It’s all intriguing, all interesting and all teaches a lesson.

Well, that would be one answer (laughs).

Tak, to też (śmiech). Zatem to po prostu inne doświadczenie. Kiedy zaczynałem pracę jako aktor mówiłem sobie, że nigdy nie będę w Hollywood, że zwiążę się tylko z kinem artystycznym. Ale dzisiaj już nie mam tego podejścia, że Hollywood jest złe. Dobrą historię można znaleźć wszędzie, a przecież artystyczne kino też potrafi być kiczowate. I Hollywood potrafi zaoferować świetny scenariusz. Różnicą może być to, że w Hollywood nie szuka się filmowej intymności, ponieważ tam film jest jak opera – wielkie plany i wielkie show. Ale to także ma swój urok.

Lubię także zmieniać światy, w których się obracam, środowiska i miejsca. Studiowałem sztukę piękną i to mnie czegoś nauczyło – żeby lepiej poczuć pewne role, lubię poczuć jak to jest np. jeść z ziemi, albo spędzić noc w luksusowym hotelu. To intrygujące, na swój sposób pociągające, ale przede wszystkim – uczące.

To by było moja odpowiedź (śmiech).

noi_albinoi
Kadr z “Noi Albinoi”

UMP: You somehow predicted a bit my next question. What influences your choices in terms of movies you choose? You had a plethora of different roles – from frightening, menacing characters like in Painless, small roles like Ich Bombe, where you play an extreme freak and then very complex, intimate as in Nói albinói.

Nawiązał Pan do mojego kolejnego pytania. Co wpływa na dobór ról? Rozpiętość podjętych przez Pana filmów, jest jak wspomniałem, imponująca – od przerażających, mrocznych postaci jak w Painless, poprzez odjechaną rolę w Ich Bombe, a skończywszy na intymnej, złożonej roli w Nói albinói.

Tómas Lemarquis: Sometimes we say that films choose us and not the other way round. It’s a luxury problem when you can choose from a plethora of offers. Sometimes I was just happy that I had some work. Still, I don’t say yes to everything – it’s not a big secret that everything starts with a good script. It needs to be something to which both I can bring something to the table, but also I can take from it. I need to feel excitement. It’s bad for your self-belief too, if you participate in a project you don’t feel. You lower your value to yourself.

Czasem mówi się, że to film Cię wybiera, a nie na odwrót. To problem swoistego bogactwa, gdy można wybierać z takiej mnogości ról. Bywało tak, że cieszyłem się, że otrzymałem jakąkolwiek rolę. Ale nie zgadzam się na każdy projekt – to żaden sekret, że wszystko zależy od scenariusza. To musi być coś, do czego zarówno mogę coś wnieść jako artysta, ale także mogę coś wynieść dla siebie. Muszę czuć ekscytację. To także złe dla poczucia własnej wartości, gdy bierzesz udział w czymś, w co nie wierzysz.

UMP: Would you agree that your origin had some influence on your acting shape too? Like the Icelandic background,

A zgodzi się Pan z tym, że pochodzenie miało wpływ na kształt Pańskiej aktorskiej osobowości? Chociażby islandzkie korzenie,

Tómas Lemarquis: And French partially.

I częściowo francuskie.

UMP: Yes, that too of course. Combining these two worlds of cinema – Iceland and France – you derived some parts of your character from this “collision”?

Tak, one również. Zestawiając te dwa kompletnie światy filmu, czuje Pan, że wyciągnął z każdego po trochu coś dla siebie?

Tómas Lemarquis: I can’t escape where I come from – we are what we are. Our origin moulds us, so for sure – I do have a lot of these cultures inside of me. However, for the last ten years I have lived in Berlin, I have spent some time in U.S., so I’m not so connected to one place. I like to travel a lot. Yet, something that shapes me to a huge extent is nature – thus Icelandic weather. It’s a very strong factor,

Nie można uciec od tego skąd się pochodzi – jesteśmy przez to zdefiniowani. Pochodzenie nas buduje, zatem oczywiście – mam w sobie spory pierwiastek tych dwóch kultur. Jednakże przez ostatnie 10 lat mieszkałem w Berlinie, spędziłem trochę czasu w Stanach Zjednoczonych, więc nie przywiązuję się do jednego miejsca. Lubię podróżować. To, co bardzo mnie kształtuje, to natura – np. islandzka aura. To ważny czynnik,

UMP: Like in the Icelandic cinema, like in Nói albinói?

Jak w islandzkim kinie, jak w Nói albinói?

Tómas Lemarquis: Yes, exactly. Weather is like a character in there and I hold it in me too, it’s something that I bring to the sets I visit. In Iceland the light diminishes and sometimes I feel like I need to recharge my batteries, to be the best version of myself.

Dokładnie. Natura, otoczenie są jak postać i to także jest obecne we mnie, to coś, co wnoszę na plan. Gdy światło zanika na Islandii, czasem czuję, że muszę ponownie naładować baterie, wrócić do najlepszej wersji siebie.

UMP: What about your preparation for various roles? Does music help you?

A jak przygotowuje się Pan do ról? Muzyka pomaga?

Tómas Lemarquis: What I like about this job is that every time it’s something exciting and something new. I didn’t spent much time in a theatre school, so I don’t want to claim I have so much technique. As an example, when I was shooting Painless, I would not talk to anybody, I’d rather eat alone, maintaining this kind of unease towards people and eventually they became a bit scared. That reflected my approach, I wanted them to feel frightened, slightly uncomfortable.

For other roles I would be talkative and open. There is no such thing for me as one, ultimate method. I believe that my approach could be defined as physical – the costume is the beginning, the shoes, how the character walks. In X-Men: Apocalypse I got the costume sent to my home – I would walk in it on my street for a week and then the character kind of came to me.

To, co kocham w aktorstwie, to fakt, iż za każdym razem doświadczam czegoś nowego. Nie spędziłem wiele czasu w szkole aktorskiej, zatem nie na miejscu byłoby twierdzenie, że jestem mistrzem techniki. Gdy pracowałem nad Painless, praktycznie z nikim nie rozmawiałem, jadałem samotnie, utrzymując ten niepokój względem innych osób, którym emanowałem. Ostatecznie niektórzy byli przerażeni, czuli się niekomfortowo, ale chciałem, żeby tak było.

Do innych ról przygotowywałem się będąc rozmownym i otwartym. Dla mnie nie istnieje jedna, unikalna metoda. Wierzę także, że moje podejście można określić jako nacechowane fizycznością – kostium i charakteryzacja są początkiem, nawet buty, sposób w jaki moja postać chodzi. Gdy kręcono X-Men: Apokalipsa, dostałem kostium do mojego domu i chodziłem w nim po ulicach przez tydzień. I wtedy rola sama się ukształtowała.

29853000614_238ddfe7c3_h-1
mat. prasowe Tofifest 2016

UMP: So you like to become the character you play.

Czyli lubi Pan stać się tym, kogo odgrywa.

Tómas Lemarquis: Yes. I know that it’s always visible that it’s not me anymore, not entirely at least. Another version of myself. Now I’m preparing for a role in Iceland and I go to gym every day. Normally I’m rather calm, but at the gym I’m on testosterone. And my mom asks me why am I so agitated, but I see it as the preparation too. I just let it happen, it’s channelling.

Tak. Czasem mam świadomość, że to nie do końca ja, przynajmniej nie do końca. Jakaś inna wersja mnie. Teraz pracuję nad nowym filmem na Islandii i chodzę na siłownię każdego dnia. Normalnie jestem spokojny, ale ćwiczenie wiąże się z testosteronem.I moja mama pyta się czemu jestem taki poruszony, ale ja to widzę jako część przygotowania. To się po prostu dzieje.

UMP: Was there ever a moment that you went too far? A character brought to place you didn’t want to see for yourself?

A był kiedyś moment, gdy zawędrował Pan z rolą zbyt daleko? Postać zawiodła w miejsca, których nie chciał Pan widzieć?

Tómas Lemarquis: No, I’ve never been psychotic or anything like that. When I go to sleep, I’m myself – always. If the character is very strong, it might stay with you longer. Then it needs to wash out. But acting allows us to discover parts of ourselves that we never knew about.

Nie, nigdy nie byłem psychotyczny. Kiedy kładę się spać, jestem sobą. Jeśli postać ma na mnie duży wpływ, może zostać ze mną na dłużej. Mówiąc kolokwialnie – musi się sama zmyć. Ale aktorstwo pozwala nam odkrywać części samych siebie, których inaczej byśmy nie poznali.

UMP: Your future plans are directed towards indie filmmaking then?

A w przyszłości planuje Pan pracę w klimacie filmów indie?

Tómas Lemarquis: Everything depends on the role. Money is not the main motor – its more the experience that nurses me creatively. I like to be excited, now I’m preping for a new role and it is like cooking – you’re not sure what it’s gonna be,

Wszystko zależy od roli. Pieniądze nie są głównym motorem do działania – to doświadczenie jest ważniejsze, ono mnie pielęgnuje artystycznie. Lubię być podekscytowany, teraz pracuję nad nowymi filmami i to trochę jak z gotowaniem – nie wiesz, jaki będzie efekt końcowy,

UMP: Adding different spices and waiting for the effect…?

Dodając różne przyprawy i czekając na to, co się stanie?

Tómas Lemarquis: Yeah! That’s fascinating. Filmmaking is amazing in general. I love watching films, I don’t have a problem with seeing myself on a screen too. I like to participate in a group, discuss, create. Afterwards, it’s like a Christmas gift, you unwrap it together and see what it looks like.

Right now, apart from the Icelandic one, I’m shooting a Romanian film, also small-budget and it’s mostly improvised,

Tak! To fascynujące. Kręcenie filmów jest generalnie świetną rozrywką. Kocham je oglądać, nie mam tez problemu ze sobą na ekranie. Lubię być członkiem jakiejś grupy, dyskutować, tworzyć. To jak z prezentem na Boże Narodzenie, który otwierasz wspólnie i oglądasz ze wszystkich stron.

Poza tym islandzkim filmem, pracuję też nad jednym w Rumunii, także o małym budżecie – tam większość scen będzie improwizowana,

UMP: Another new experience then?

Kolejne nowe doświadczenie?

Tómas Lemarquis: Exactly. I would also try myself in directing too, making a documentary where I will include these improvised parts probably. Once I worked with a Turkish director and it’s also been improvised a bit, it felt like just going with a camera and seeing what’s gonna happen. I love this job, you know, but still – you’re serving someone’s vision. When you are lucky and work with creative, open-minded directors, you get the freedom, because they are aware how much value an actor can bring.

There is one part of me that likes to be the creator. Sometimes, in my free time, I like to go back to visual arts, I’m the captain there. Different parts of me are feeded in such a way, piece for this, piece for that (laughs).

Dokładnie. Chciałbym spróbować swoich sił w reżyserii, może w dokumencie, w którym użyłbym tych improwizowanych scen. Raz pracowałem z pewnym tureckim twórcą, też improwizowaliśmy – zabraliśmy kamerę i poszliśmy kręcić, co było bardzo kreatywne. To świetna praca, ale pamiętać należy, że aktor wypełnia czyjąś wizję. Jeśli masz szczęście, trafiając na otwartego reżysera, dostajesz tę wolność, bowiem wtedy on wie ile aktor może wnieść do projektu. 

Jest też jedna część mnie, która lubi tworzyć. W wolnym czasie zdarza mi się wrócić do sztuki wizualnej, tam jestem kapitanem okrętu. Różne wersje mnie są wtedy karmione, kawałeczek dla jednej, kawałeczek dla drugiej (śmiech).

painless-2
kadr z filmu “Painless”

UMP: And to end our conversation – what pushed you towards acting?

Wieńcząc naszą rozmowę – co spowodowało, że został Pan aktorem?

Tómas Lemarquis: My father was a film buff, he had a cinema club. He would take me – on his back – to watch films, even when I just a few months. We would watch a lot of super 8 mm films, on a wall, the silent ones with Charlie Chaplin. Then Harold Lloyd was a big hero for me, he was this type of physical actor.

When I was a kid I watched a lot of touching films, hat shaped me too, like My life as a dog. On the other hand, I loved watching Bud Spencer and James Bond. I wanted to be James Bond, but now I would love to be the bad guy in it (laughs).

Mój ojciec był kinomanem, miałem klub filmowy.Na swoich plecach zabierął mnie na seanse, kiedy miałem jedynie kilka miesięcy. Oglądaliśmy mnóstwo filmów na 8 mm taśmie, na ścianie, np. niemych z udziałem Charlie Chaplina. Harold Lloyd był moim bohaterem, był właśnie takim typem fizycznego aktora.

Jako dzieciak zobaczyłem też sporo poruszających dzieł, jak np. Moje pieskie życie. Z drugiej strony uwielbiałem filmy z Budem Spencerem i sagę Jamesa Bonda. Chciałem być Agentem 007, ale dzisiaj wolałbym zagrać jakiś czarny charakter (śmiech).

UMP: Thank you so much for this conversation.

Dziękuję za tę rozmowę.

Tómas Lemarquis: Thanks, good job!

Dzięki, dobra robota!

Tofifest 2016 -relacja z festiwalu

Polska z roku na rok staje się coraz ciekawszym miejscem dla wielbicieli kina. Obok wydarzeń na skalę europejską – jak np. MFF Nowe Horyzonty – w rozkładówce znaleźć można wiele bardziej kameralnych, niszowych festiwali. W tym roku, dzięki wspaniałemu zbiegowi okoliczności, udało mi się zagrzać miejsce w Toruniu. I oto słów kilka na temat toruńskiego TOFIFEST 2016.

Piątkowy Toruń powitał mnie smętną aurą, ale nie zniechęciło mnie to do działania. Z miejsca wpadłem w wir festiwalowej atmosfery – miałem okazję poznać jednego z jurorów konkursu On Air – Tómasa Lemarquisa. Udało nam się porozmawiać m.in. o tym, czy większą przyjemność sprawia mu granie w hollywoodzkich blockbusterach (pojawił się chociażby w X-Men: Apocalypse) czy małych, niszowych produkcjach, a także o jego francusko-islandzkim pochodzeniu (pełen wywiad ukaże się już niedługo!). Ostatecznie, Tómas stwierdził, że udało nam się konstruktywnie wymienić poglądy, a klepiąc mnie po ramieniu, rzucił „good job”, gdy opuszczał pofestiwalowy klub.

29853000614_238ddfe7c3_h.jpg
To musiał być ważny fragment mojego pytania zadanego Tomasowi Lerarquisowi, czyż nie?

Po pierwszych wzlotach przyszedł na opadnięcie skrzydeł – seans Alojzego. Nie był to film „pierwszego wyboru” z mojej strony, ale będąc na festiwalu filmowym, nie omieszkałem zagnieździć się w kinie i dać szansę szwajcarskiej produkcji. Niestety, nie było to dzieło, które zaspokoiło mój apetyt, pozostawiając mnie z uczuciem pełnego kłamstwa zadanemu widzowi, by ten poczuł się tak, jakby obejrzał wymagające, ambitne kino. A tak niestety nie było.

Znacznie lepiej wypadł za to seans nowego filmu Arkadiusza Jakubika, którego także miałem okazję poznać tet a tet. Jego Prosta historia o morderstwie jest daleko usytuowana względem mrocznych filmów Wojciecha Smarzowskiego, z którym wspomniany aktor jest bardzo związany. Jakubik odnalazł własny sposób narracji, uciekając w stronę filmu śmiało brnącego w socjologię, mechanikę zbrodni, rzucając domieszkę thrillera i kryminału. W efekcie, chociaż pojawiły się pewne niedociągnięcia, Prosta historia o morderstwie jest jednym z ciekawszych filmów z palety tegorocznych propozycji z rodzimego podwórka.

30418384291_68101db204_h
Andrzej Seweryn – klasa sama w sobie.

Była także chwila na błysk reflektorów, gdy galę wręczenia nagród zdominowały trzy tytuły – w konkursie polskim zwyciężyła Ostatnia rodzina Matuszyńskiego (ku mojej wielkiej radości), zaś za całokształt twórczości statuetkę otrzymał Andrzej Seweryn. Drugim wielkim wygranym był debiut reżyserski Francuza Morgana Simona, którego Taste of Ink otrzymał kilka wyróżnień i nagród. Do grona gwiazd należy zaliczyć również film pt. Toni Erdmann, który także do domu powrócił z toruńskim uznaniem.

Zwieńczeniem festiwalu był koncert poświęcony pamięci Davida Bowie. Pośród repertuaru TOFIFEST 2016 znalazły się wspomnienia zmarłego muzyka, m.in. film Labirynt, zaś muzyczne doznania miały być zwieńczeniem tej części line-upu. Kawałki takie jak Man Who Sold The World, Space Oddity i Let’s Dance wykonali m.in. Monika Brodka, Tymon Tymański oraz Natalia Przybysz. Chociaż czar i charyzma Bowie’go są praktycznie nie do uchwycenia, polscy muzycy zdołali oddać ducha jego twórczości.

29899274114_1ad00b5ba8_h
Jestem fanem ruchów Moniki Brodki

Będąc po raz pierwszy na TOFIFEST 2016, muszę przyznać, że festiwal ma swoją osobliwą atmosferę. Repertuar był zróżnicowany, a przede wszystkim spójnie ukierunkowany w obrębie poszczególnych sekcji i konkursów. W konkursie On Air pojawiły się np. w większości propozycje, w których głównymi bohaterkami były kobiety i to one stanowiły oś historii. Wspaniałe jest także to, że miasto tym wydarzeniem żyje. Wsiadając do taksówki z miejsca pada pytanie o to, czy przyjechałem na TOFIFEST, zaś na ulicy ludzie uśmiechają się na widok torby z logo festiwalu. Z chęcią zatem powrócę do Torunia za rok – mając jedynie nadzieję, że pogoda rozpieści mnie nieco bardziej niż podczas tegorocznej edycji TOFIFEST.