Tómas Lemarquis chats with Unusual Motion Pictures

Tómas Lemarquis is an actor, who starred in films such as Nói albinói, X-Men: Apocalypse and Painless. I had a unique opportunity at Tofifest 2016 in Toruń to chat with him about his career, ask what does he think of Hollywood and what being half-Icelandic and half-French means to him.

Tómas Lemarquis jest aktorem, który zagrał m.in. w Nói albinói, X-Men: Apokalipsa oraz Painless. Miałem wyjątkową okazję podczas Tofifest 2016 w Toruniu, by usiąść z aktorem i podyskutować o Hollywood, o jego karierze i o tym jak to jest być pół-Islandczykiem, pół-Francuzem.

UMP: You are an actor with a huge diversity of films in your resume. Taking a look at your career shows that from Nói albinói – an Icelandic revelation from 2003, you switched to bigger productions and this year we could see you in X-Men: Apocalypse. Yet, you visited Toruń with Stefan Zweig: Farewell to Europe – another small-budget film. Which type is more appealing to you – big box-office hits or the indie ones?

Jest Pan aktorem z bardzo zróżnicowanymi rolami w swoim portfolio. Spoglądając na Pańską karierę mamy filmy takie jak Nói albinói – islandzką rewelację z 2003 roku, ale chwilę później widzimy rolę X-Men: Apokalipsa. Toruń odwiedził Pan jednak z kolejnym indie dziełem – Stefan Zweig: Pożegnanie z Europą. Które środowisko pracy jest zatem Panu bliższe?

Tómas Lemarquis: I would say both, for various reasons. The experience that I derive from them is different, like different parts of my creative, artist self is nourished. On a small set, you experience something very intimate, stong between few people, whilst when there is big money involved, there are bigger possibilities too,

Powiedziałbym, że obydwa, z różnych powodów. To dwa odmienne doświadczenia, w których oddzielne części mojej kreatywnej osobowości są docenione. Na małym planie zdjęciowym, czuję pewną intymność, silną więź między kilkorgiem ludzi, podczas gdy duże pieniądze oznaczają większe możliwości produkcyjne,

UMP: And you have greenscreen.

I obecność green screen’u.

Tómas Lemarquis: Yeah (laughs). So, it’s just another kind of experience. When I started acting I thought to myself that I wouldn’t want to go to Hollywood, I will only do arthouse cinema. But today it’s no longer “the bad Hollywood” attitude for me. You can find an interesting script everywhere and arthouse cinema can be sh** too. Hollywood can offer a great story, just like indie movies. Maybe the difference is that in Hollywood, you’re not looking for intimate things, it’s more like an opera – big sets and a big show. That’s also nice.

I also like to change the worlds I work in, the environments and places. I studied fine arts and I it taught me something – sometimes, to better feel the role, for example I like to eat from the ground, like poor people do, but I also like to spend a night at an expensive hotel. It’s all intriguing, all interesting and all teaches a lesson.

Well, that would be one answer (laughs).

Tak, to też (śmiech). Zatem to po prostu inne doświadczenie. Kiedy zaczynałem pracę jako aktor mówiłem sobie, że nigdy nie będę w Hollywood, że zwiążę się tylko z kinem artystycznym. Ale dzisiaj już nie mam tego podejścia, że Hollywood jest złe. Dobrą historię można znaleźć wszędzie, a przecież artystyczne kino też potrafi być kiczowate. I Hollywood potrafi zaoferować świetny scenariusz. Różnicą może być to, że w Hollywood nie szuka się filmowej intymności, ponieważ tam film jest jak opera – wielkie plany i wielkie show. Ale to także ma swój urok.

Lubię także zmieniać światy, w których się obracam, środowiska i miejsca. Studiowałem sztukę piękną i to mnie czegoś nauczyło – żeby lepiej poczuć pewne role, lubię poczuć jak to jest np. jeść z ziemi, albo spędzić noc w luksusowym hotelu. To intrygujące, na swój sposób pociągające, ale przede wszystkim – uczące.

To by było moja odpowiedź (śmiech).

noi_albinoi
Kadr z “Noi Albinoi”

UMP: You somehow predicted a bit my next question. What influences your choices in terms of movies you choose? You had a plethora of different roles – from frightening, menacing characters like in Painless, small roles like Ich Bombe, where you play an extreme freak and then very complex, intimate as in Nói albinói.

Nawiązał Pan do mojego kolejnego pytania. Co wpływa na dobór ról? Rozpiętość podjętych przez Pana filmów, jest jak wspomniałem, imponująca – od przerażających, mrocznych postaci jak w Painless, poprzez odjechaną rolę w Ich Bombe, a skończywszy na intymnej, złożonej roli w Nói albinói.

Tómas Lemarquis: Sometimes we say that films choose us and not the other way round. It’s a luxury problem when you can choose from a plethora of offers. Sometimes I was just happy that I had some work. Still, I don’t say yes to everything – it’s not a big secret that everything starts with a good script. It needs to be something to which both I can bring something to the table, but also I can take from it. I need to feel excitement. It’s bad for your self-belief too, if you participate in a project you don’t feel. You lower your value to yourself.

Czasem mówi się, że to film Cię wybiera, a nie na odwrót. To problem swoistego bogactwa, gdy można wybierać z takiej mnogości ról. Bywało tak, że cieszyłem się, że otrzymałem jakąkolwiek rolę. Ale nie zgadzam się na każdy projekt – to żaden sekret, że wszystko zależy od scenariusza. To musi być coś, do czego zarówno mogę coś wnieść jako artysta, ale także mogę coś wynieść dla siebie. Muszę czuć ekscytację. To także złe dla poczucia własnej wartości, gdy bierzesz udział w czymś, w co nie wierzysz.

UMP: Would you agree that your origin had some influence on your acting shape too? Like the Icelandic background,

A zgodzi się Pan z tym, że pochodzenie miało wpływ na kształt Pańskiej aktorskiej osobowości? Chociażby islandzkie korzenie,

Tómas Lemarquis: And French partially.

I częściowo francuskie.

UMP: Yes, that too of course. Combining these two worlds of cinema – Iceland and France – you derived some parts of your character from this “collision”?

Tak, one również. Zestawiając te dwa kompletnie światy filmu, czuje Pan, że wyciągnął z każdego po trochu coś dla siebie?

Tómas Lemarquis: I can’t escape where I come from – we are what we are. Our origin moulds us, so for sure – I do have a lot of these cultures inside of me. However, for the last ten years I have lived in Berlin, I have spent some time in U.S., so I’m not so connected to one place. I like to travel a lot. Yet, something that shapes me to a huge extent is nature – thus Icelandic weather. It’s a very strong factor,

Nie można uciec od tego skąd się pochodzi – jesteśmy przez to zdefiniowani. Pochodzenie nas buduje, zatem oczywiście – mam w sobie spory pierwiastek tych dwóch kultur. Jednakże przez ostatnie 10 lat mieszkałem w Berlinie, spędziłem trochę czasu w Stanach Zjednoczonych, więc nie przywiązuję się do jednego miejsca. Lubię podróżować. To, co bardzo mnie kształtuje, to natura – np. islandzka aura. To ważny czynnik,

UMP: Like in the Icelandic cinema, like in Nói albinói?

Jak w islandzkim kinie, jak w Nói albinói?

Tómas Lemarquis: Yes, exactly. Weather is like a character in there and I hold it in me too, it’s something that I bring to the sets I visit. In Iceland the light diminishes and sometimes I feel like I need to recharge my batteries, to be the best version of myself.

Dokładnie. Natura, otoczenie są jak postać i to także jest obecne we mnie, to coś, co wnoszę na plan. Gdy światło zanika na Islandii, czasem czuję, że muszę ponownie naładować baterie, wrócić do najlepszej wersji siebie.

UMP: What about your preparation for various roles? Does music help you?

A jak przygotowuje się Pan do ról? Muzyka pomaga?

Tómas Lemarquis: What I like about this job is that every time it’s something exciting and something new. I didn’t spent much time in a theatre school, so I don’t want to claim I have so much technique. As an example, when I was shooting Painless, I would not talk to anybody, I’d rather eat alone, maintaining this kind of unease towards people and eventually they became a bit scared. That reflected my approach, I wanted them to feel frightened, slightly uncomfortable.

For other roles I would be talkative and open. There is no such thing for me as one, ultimate method. I believe that my approach could be defined as physical – the costume is the beginning, the shoes, how the character walks. In X-Men: Apocalypse I got the costume sent to my home – I would walk in it on my street for a week and then the character kind of came to me.

To, co kocham w aktorstwie, to fakt, iż za każdym razem doświadczam czegoś nowego. Nie spędziłem wiele czasu w szkole aktorskiej, zatem nie na miejscu byłoby twierdzenie, że jestem mistrzem techniki. Gdy pracowałem nad Painless, praktycznie z nikim nie rozmawiałem, jadałem samotnie, utrzymując ten niepokój względem innych osób, którym emanowałem. Ostatecznie niektórzy byli przerażeni, czuli się niekomfortowo, ale chciałem, żeby tak było.

Do innych ról przygotowywałem się będąc rozmownym i otwartym. Dla mnie nie istnieje jedna, unikalna metoda. Wierzę także, że moje podejście można określić jako nacechowane fizycznością – kostium i charakteryzacja są początkiem, nawet buty, sposób w jaki moja postać chodzi. Gdy kręcono X-Men: Apokalipsa, dostałem kostium do mojego domu i chodziłem w nim po ulicach przez tydzień. I wtedy rola sama się ukształtowała.

29853000614_238ddfe7c3_h-1
mat. prasowe Tofifest 2016

UMP: So you like to become the character you play.

Czyli lubi Pan stać się tym, kogo odgrywa.

Tómas Lemarquis: Yes. I know that it’s always visible that it’s not me anymore, not entirely at least. Another version of myself. Now I’m preparing for a role in Iceland and I go to gym every day. Normally I’m rather calm, but at the gym I’m on testosterone. And my mom asks me why am I so agitated, but I see it as the preparation too. I just let it happen, it’s channelling.

Tak. Czasem mam świadomość, że to nie do końca ja, przynajmniej nie do końca. Jakaś inna wersja mnie. Teraz pracuję nad nowym filmem na Islandii i chodzę na siłownię każdego dnia. Normalnie jestem spokojny, ale ćwiczenie wiąże się z testosteronem.I moja mama pyta się czemu jestem taki poruszony, ale ja to widzę jako część przygotowania. To się po prostu dzieje.

UMP: Was there ever a moment that you went too far? A character brought to place you didn’t want to see for yourself?

A był kiedyś moment, gdy zawędrował Pan z rolą zbyt daleko? Postać zawiodła w miejsca, których nie chciał Pan widzieć?

Tómas Lemarquis: No, I’ve never been psychotic or anything like that. When I go to sleep, I’m myself – always. If the character is very strong, it might stay with you longer. Then it needs to wash out. But acting allows us to discover parts of ourselves that we never knew about.

Nie, nigdy nie byłem psychotyczny. Kiedy kładę się spać, jestem sobą. Jeśli postać ma na mnie duży wpływ, może zostać ze mną na dłużej. Mówiąc kolokwialnie – musi się sama zmyć. Ale aktorstwo pozwala nam odkrywać części samych siebie, których inaczej byśmy nie poznali.

UMP: Your future plans are directed towards indie filmmaking then?

A w przyszłości planuje Pan pracę w klimacie filmów indie?

Tómas Lemarquis: Everything depends on the role. Money is not the main motor – its more the experience that nurses me creatively. I like to be excited, now I’m preping for a new role and it is like cooking – you’re not sure what it’s gonna be,

Wszystko zależy od roli. Pieniądze nie są głównym motorem do działania – to doświadczenie jest ważniejsze, ono mnie pielęgnuje artystycznie. Lubię być podekscytowany, teraz pracuję nad nowymi filmami i to trochę jak z gotowaniem – nie wiesz, jaki będzie efekt końcowy,

UMP: Adding different spices and waiting for the effect…?

Dodając różne przyprawy i czekając na to, co się stanie?

Tómas Lemarquis: Yeah! That’s fascinating. Filmmaking is amazing in general. I love watching films, I don’t have a problem with seeing myself on a screen too. I like to participate in a group, discuss, create. Afterwards, it’s like a Christmas gift, you unwrap it together and see what it looks like.

Right now, apart from the Icelandic one, I’m shooting a Romanian film, also small-budget and it’s mostly improvised,

Tak! To fascynujące. Kręcenie filmów jest generalnie świetną rozrywką. Kocham je oglądać, nie mam tez problemu ze sobą na ekranie. Lubię być członkiem jakiejś grupy, dyskutować, tworzyć. To jak z prezentem na Boże Narodzenie, który otwierasz wspólnie i oglądasz ze wszystkich stron.

Poza tym islandzkim filmem, pracuję też nad jednym w Rumunii, także o małym budżecie – tam większość scen będzie improwizowana,

UMP: Another new experience then?

Kolejne nowe doświadczenie?

Tómas Lemarquis: Exactly. I would also try myself in directing too, making a documentary where I will include these improvised parts probably. Once I worked with a Turkish director and it’s also been improvised a bit, it felt like just going with a camera and seeing what’s gonna happen. I love this job, you know, but still – you’re serving someone’s vision. When you are lucky and work with creative, open-minded directors, you get the freedom, because they are aware how much value an actor can bring.

There is one part of me that likes to be the creator. Sometimes, in my free time, I like to go back to visual arts, I’m the captain there. Different parts of me are feeded in such a way, piece for this, piece for that (laughs).

Dokładnie. Chciałbym spróbować swoich sił w reżyserii, może w dokumencie, w którym użyłbym tych improwizowanych scen. Raz pracowałem z pewnym tureckim twórcą, też improwizowaliśmy – zabraliśmy kamerę i poszliśmy kręcić, co było bardzo kreatywne. To świetna praca, ale pamiętać należy, że aktor wypełnia czyjąś wizję. Jeśli masz szczęście, trafiając na otwartego reżysera, dostajesz tę wolność, bowiem wtedy on wie ile aktor może wnieść do projektu. 

Jest też jedna część mnie, która lubi tworzyć. W wolnym czasie zdarza mi się wrócić do sztuki wizualnej, tam jestem kapitanem okrętu. Różne wersje mnie są wtedy karmione, kawałeczek dla jednej, kawałeczek dla drugiej (śmiech).

painless-2
kadr z filmu “Painless”

UMP: And to end our conversation – what pushed you towards acting?

Wieńcząc naszą rozmowę – co spowodowało, że został Pan aktorem?

Tómas Lemarquis: My father was a film buff, he had a cinema club. He would take me – on his back – to watch films, even when I just a few months. We would watch a lot of super 8 mm films, on a wall, the silent ones with Charlie Chaplin. Then Harold Lloyd was a big hero for me, he was this type of physical actor.

When I was a kid I watched a lot of touching films, hat shaped me too, like My life as a dog. On the other hand, I loved watching Bud Spencer and James Bond. I wanted to be James Bond, but now I would love to be the bad guy in it (laughs).

Mój ojciec był kinomanem, miałem klub filmowy.Na swoich plecach zabierął mnie na seanse, kiedy miałem jedynie kilka miesięcy. Oglądaliśmy mnóstwo filmów na 8 mm taśmie, na ścianie, np. niemych z udziałem Charlie Chaplina. Harold Lloyd był moim bohaterem, był właśnie takim typem fizycznego aktora.

Jako dzieciak zobaczyłem też sporo poruszających dzieł, jak np. Moje pieskie życie. Z drugiej strony uwielbiałem filmy z Budem Spencerem i sagę Jamesa Bonda. Chciałem być Agentem 007, ale dzisiaj wolałbym zagrać jakiś czarny charakter (śmiech).

UMP: Thank you so much for this conversation.

Dziękuję za tę rozmowę.

Tómas Lemarquis: Thanks, good job!

Dzięki, dobra robota!

WFF 2016 – Laurent Teyssier, autor filmu “Toril”, w rozmowie z UMP

Niedzielnego popołudnia, na początku festiwalu, sala kinowa w Multikinie co prawda nie wypełniła się po brzegi, ale to w żaden sposób mnie nie zniechęciło. O Torilu słyszałem jedynie pozytywne opinie i wiedziałem, że zobaczę dobry film. Laurent Teyssier za swój debiut otrzymał prestiżową nagrodę Warszawskiego Festiwalu Filmowego w sekcji 1-2. Tuż po seansie wyczułem, że to człowiek, z którym chciałbym zamienić chociaż kilka słów. Dowiedzieć się czegoś na temat tej osobliwej historii, artystów, którzy zainspirowali Teyssiera. I poniżej możecie przeczytać efekt naszej krótkiej dyskusji w kuluarach festiwalu.

A Sunday afternoon, the beginning of the festival – the theatre in Multikino was not filled with people, but I wasn’t disaffected – I’ve heard only admiring opinions regarding this film and I knew what to expect. Laurent Teyssier debuted with Toril in Warsaw – he received a prestigious prize in the 1-2 section. Right after the screening I felt the need to ask the director some questions, get to know the inspirations behind Toril. Below, you can read our short conversation between the screenings.

Unusual Motion Pictures: Pozwolę sobie zacząć od wyrażenia mojego podziwu dla Pańskiego debiutu reżyserskiego. Czułem ten mrok, wszechobecny w tym filmie i skoro już przy tym temacie jestem, pozwolę zapytać – jacy reżyserzy lub filmy wpłynęły na taki właśnie klimat filmu?

Let me begin with expressing my admiration for your directorial debut. I liked the stifling darkness conveyed in it, so here comes my first question – what directors or movies influenced you?

Laurent Teyssier: Na pewno trylogia Nicolasa Windinga Refna pt. Pusher. Także pierwsze filmy autorstwa Jamesa Greya oraz Jeffa Nicholsa, ale była jedna szczególna inspiracja – stary, czarno-biały film z Paulem Newmanem, zatytułowany Hud, Syn farmera. Grał tam młodego kowboja, syna rolnika w Texasie – to znakomity film. Ponadto, podobało mi się Królestwo zwierząt

Well, Nicolas Winding Refn’s Pusher trilogy for example. Also the first features by James Gray and Jeff Nichols, but there was one particular inspiration – an old film starring Paul Newman, called Hud. He was a young cowboy, a son of a farmer in Texas – it’ a really good flick. Then probably Animal Kingdom…

UMP: Autorstwa Davida Michoda?

By David Michod?

LT: Tak, dokładnie. Inspirację czerpałem również z twórczości Stanleya Kubricka, Milosa Formana i wielu innych, klasycznych reżyserów. Ale podczas kręcenia Torila starałem się unikać oglądania czegokolwiek, nie chciałem, żeby one wpływały na moją pracę.

Yes, this film. And also a lot of inspiration from Stanley Kubrick, Milos Forman, more classic directors. However, when I worked on Toril, I tried not to watch any movies, to avoid being influenced by them.

UMP: Rozumiem.

Okay.

LT: I ja widzę siebie jako reżysera, który przykuwa ogromną wagę do detali, wizualny kształt produkcji. To z uwagi na to, że chociaż uwielbiam filmy będące „pożywieniem dla myśli”, liczy się dla mnie także sposób nakręcenia. Lubię, kiedy reżyser bawi się ze mną jako widzem, chociażby poprzez pracę kamery.

And I think I am one of the directors, who pays a lot of attention to details, the shape of the film, the visual aspect of it. Because I love watching films that apart from being mind-feeding, they also are a treat for my eyes, like the director wants to play with me with the camera work too.

toril1

UMP: Zauważyłem to w Torilu. Użycie slow motion, estetyka obrazu – wszystko było spójne i pociągające. A czy może Pan przybliżyć symbolikę byka z początku filmu?

I could notice that in Toril. The slow motion, the general aesthetics of it – everything was coherent and appealling. What about the symbolism of the bull in the film? 

LT: Słowo „toril” oznacza klatkę, w której byki są trzymane na krótko przed wejściem na arenę.

Toril means the box, where the bulls are kept just before they enter the arena – it’s the name of this place.

UMP: Czyli tytuł filmu ma sugerować, że główny bohater przygotowuje się do walki?

So, the title suggests that the main character is preparing for the fight?

LT: Tak, że jest zamknięty. Protagonista – Phillippe – jest właśnie w środku takiego pudła, jak byk przed walką. Ale w przypadku głównego bohatera – on desperacko szuka drogi ucieczki z sytuacji, w której się znalazł.

Yes, he’s locked. The main character – Phillippe – is inside this “box”, just like the bull that waits for the show, and he’s desperately fighting for an escape.

UMP: A jak przebiegał casting? To był trudny proces, zabrał dużo czasu?

What about the casting? Was it a difficult process, time-consuming?

LT: Film był opóźniony w produkcji, potem na szczęście wróciliśmy na właściwe tory. Ale konsekwencją było to, że poza aktorem grającym rolę ojca Phillippe’a, cała obsada została zmieniona – w stosunku do tej, z którą zaczynałem. Stało się tak z wielu powodów i musieliśmy jakoś stawić czoła takim wyzwaniom. Mimo to, mieliśmy szczęście, że Vincent Rottiers poczuł ten scenariusz – to bardzo znany aktor we Francji i wiedziałem, że udźwignie ciężar filmu. To było bardzo ważne, może nawet kluczowe.

The movie was delayed, and then luckily came back on the tracks. As a consequence, except for the actor playing the role of the father, the whole cast has changed – in reference to the moment, when we started shooting. It happened for multiple reasons, but that’s we dealt with. However, Vincent Rottiers is a very famous actor in France. I was lucky that he loved the script, but also that he was able to carry the weight of the movie. We knew that this was an important, actually the key element for us.

14716199_10154281971633600_5953881631443768972_n

UMP: Toril to bardzo solidny debiut. W takim razie co z Pańskimi planami na przyszłość? Chciałby Pan zostać w klimacie Torila, pokazując np. to, że Prowansja to nie tylko pocztówki, ale także druga, mroczniejsza odsłona? Innymi słowy – pokazać więcej historii osadzonych w tym regionie?

Toril is a very solid debut. What about your future projects? Would you like to stay in this atmosphere of showing that, for example, Provence is not a postcard-like place solely, but it also has the other side to it? You want to stay in your origin country and stories settled there?

LT: Nie wiem jeszcze dokładnie, ale dla mnie lokacja jest najważniejsza. Jest taka ogromna ilość fantastycznych miejsc na świecie, które inspirują do nakręcenia filmu! Jedyne, czego potrzeba, to ciekawa historia, która może być opowiedziana przy użyciu takich miejsc. Zatem nie – nie ograniczam się do Francji.

I don’t know yet, but for me the key is the location. There’s such a variety of places in the world that inspire me to make a movie! All it takes is to find the right story, that could be told in one of these locations. So I’m not limited to France.

UMP: Mam nadzieję, że w takim razie to zaowocuje kolejnymi filmami. Dziękuję za rozmowę.

Hope it will work out. Thank you for the interview.

LT: Również dziękuję.

Thank you very much.

Kliknij tutaj, żeby przeczytać recenzję Torila z Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

 

 

 

“Uwielbiam ten szalony kraj” – UMP w rozmowie z Árnim Ásgeirssonem

Islandzki reżyser, autor “Wiru”, poświęcił chwilę czasu i odpowiedział na kilka pytań – troche o Polsce, trochę o pracy nad swoim filmem, a trochę o tym, że natura potrafi dać w kość filmowcom.

UT-plakaty-PL-informacyjne-A4-Warszawa

UMP: Jesteśmy tuż po zajęciach masterclass, podczas których wyjaśniłeś znaczenie „prób” z aktorami przed rozpoczęciem zdjęć. Potrafisz sobie wyobrazić pracę nad projektem bez takiego przygotowania?

Árni Ásgeirsson: Nakręcenie filmu zajmuje lata. Najpierw zaczynasz od scenariusza, którego napisanie trwa od roku do dwóch lat. Na początku go rozpracowujesz i nad nim myślisz, a następne dwanaście miesięcy to już stricte pisanie. Biorąc to pod uwagę, produkcja całego filmu trwa od pięciu do siedmiu lat, to taki standardowy przedział dla filmowców, który czasem się nawet wydłuża. Kiedy na horyzoncie widnieje już etap produkcji, zaczynasz przygotowania – znajdowanie lokacji, sporządzanie krótkich list i notatek z operatorem, a także cała niekończąca się reszta rzeczy, które musisz wziąć pod uwagę. Wreszcie, gdy udaje Ci się pokazać film w kinie, widzowie patrzą przede wszystkim na bohaterów i relacje, które ich łączą – to kwintesencja kina.

UMP: Tak, to przecież istota filmu.

Árni Ásgeirsson: Dokładnie, więc jeśli produkcja trwa od pięciu do siedmiu lat, to nie znaleźć dwóch tygodni by usiąść z aktorami I spowodować, że ich postacie nabiorą odpowiednich barw – dla mnie to abstrakcja.

UMP: Mimo wszystko, to się jednak zdarza. Niejednokrotnie zdarzało się, że aktorzy narzekali po premierze filmu, że nie czuli się dobrze przygotowani do roli. Czasem to kiepska wymówka, ale chyba to po części wina braku takiego czasu poświęconego na pracę nad rolą z reżyserem.

Árni Ásgeirsson: To wielka strata. Kiedy wkładasz całe swoje serce, swoją duszę w jakiś projekt i nie znajdujesz czasu, by odpowiednio się przygotować jako reżyser i dać taką szansę swoim aktorom. Tak jak mówię, to przykre. Z mojego doświadczenia wiem, że spotkanie się wcześniej daje w efekcie najlepsze role – wiarygodne, dopracowane i bardzo konkretne. Wtedy wszyscy jesteśmy w tym samym punkcie, wiemy czym kierują się poszczególne postaci, co je łączy, jakiego tonu szukamy w każdej scenie. Ponadto, takie podejście zaoszczędza też czas, biorąc pod uwagę koszty dni zdjęciowych. Wtedy mamy więcej czasu, by dopieścić każdą scenę, bo pierwszych dwóch godzin nie marnujesz na tłumaczenie podstawowych założeń. Możesz wtedy popracować nad ujęciami, mieć więcej podejść do każdej sceny, popracować nad drobnymi niuansami w każdej z postaci. W rezultacie otrzymujemy wtedy najbardziej wiarygodne postaci, a to znowu gwarantuje emocje wywołane u widza.

fot. Danuta Matloch
fot. Danuta Matloch

UMP: Miałem okazję podyskutować już z kilkoma Islandczykami o Waszym przemyśle filmowym i często słyszałem, że to jednak trudny orzech do zgryzienia- nakręcenie filmu. To przecież stosunkowo młody i niewielki rynek. Jakie były zatem Twoje doświadczenia, kiedy kręciłeś Wir, pokazywany też podczas Ultima Thule? Napotkałeś podobne problemy?

Árni Ásgeirsson: To prawda, że islandzkie kino jest młode, ale mimo wszystko, jest wystarczająco dojrzałe. Mamy wielu odpowiednio wykwalifikowanych ludzi na każdym stanowisku, by kręcić filmy, które przypominają w swojej formie film (śmiech). Mam na myśli produkcje z innych krajów. Naszym największym problemem, który pojawia się w każdym innych przemyśle filmowym na świecie, są scenariusze i ciekawe historie do opowiedzenia. Na szczęście jesteśmy w tym coraz lepsi, a nasz fundusz filmowy wspiera inicjatywy dla scenarzystów. Wkładamy dużo wysiłku, by nad tym pracować.

Chociaż największą bolączką są scenariusze, ja miałem ogromne szczęście w kwestii mojej obsady i producentów – dzięki temu nie miałem przykrych problemów. Jedynym wyjątkiem były warunki, w których pracowaliśmy, ponieważ kręciliśmy na otwartym morzu – walka z żywiołem, z falami. Część ekipy miała chorobę morską, więc nie byli w stanie pracować. Byli po prostu przewieszeni przez burtę.

UMP: To musiało stanowić barierę…

Árni Ásgeirsson: Tak… To był swego rodzaju eksperyment dla mnie, ten film. Nie miał „klasycznego” początku, bo wszystko rozpoczęło się od sztuki w teatrze. Miałem znajomych, którzy założyli grupę niezależnych artystów i wystawiali bardzo skromną sztukę zatytułowaną Brim, czyli Wir. Akcja dzieje się w jednym pomieszczeniu, na łodzi, a historia opowiada o losach tych ludzi, którzy się na niej znajdują. To była naprawdę offowa produkcja bez budżetu, więc idąc na nią nie miałem żadnych oczekiwań – myślałem, że moi znajomi opracowali jakąś „odjechaną” sztukę.

Ale kiedy byłem już po zobaczeniu Wiru, zafascynowała mnie w pełni, więc postanowiłem się spotkać z tymi ludźmi. Powiedziałem im, że postaci były świetne, historia, umiejscowienie akcji ze względu na swoją specyfikę. Pordzewiała łódź, kiepska pogoda, morze, walka z żywiołem. Ponadto, Islandia bardzo opiera się na tej relacji z morzem. Były podjęte próby flirtowania z tym tematem, ale nie powstał film nakręcony na morzu, na łódce. Zatem zaczęliśmy się widywać, ja poprosiłem mojego przyjaciela Otto Borga, który jest scenarzystą, by pomógł mi „przerobić” sztukę na film. I chciałem pracować z tymi samymi aktorami.

UMP: Nie zmienia się zwycięskiej strategii?

Árni Ásgeirsson: To oni wpadli na pomysł, a wspólnymi siłami przemieniliśmy sztukę teatralną w film. Było naprawdę sporo zmian w macierzystym materiale, więc wersja finalna na ekranie to bardziej historia inspirowana sztuką aniżeli adaptacją. Po wielu sesjach z aktorami, brainstormach, spotykaliśmy się jeszcze raz i jeszcze raz i to trwało cały rok. Ale co ciekawe, gdy spotkałem aktorów na planie, oni praktycznie żyli z tymi postaciami od dawna.

UMP: Można powiedzieć, że znali je od podszewki.

Árni Ásgeirsson: Tak, to ta sama obsada, a sztuka stała się naprawdę popularna. To było ciekawe, wzbogacające doświadczenie. Podsumowując, największym problemem były nudności na planie (śmiech).

UMP: (śmiech) I pogoda jak rozumiem.

Árni Ásgeirsson: Tak, to też.

ingvar-og-gisli

UMP: Podczas  zajęć masterclass wspomniałeś kilka tytułów, które przypadły Ci do gustu. Pracowaliśmy na fragmencie Drogi do szczęścia z 2008 roku, ale czy w takim razie mógłbyś przybliżyć filmy i autorów, którzy są dla Ciebie inspiracją?

Árni Ásgeirsson: Dorastałem w czasach kaset VHS…

UMP: Oh, sławetne czasy kaset VHS.

Árni Ásgeirsson: Dokładnie, sławetne czasy kaset VHS. Na rogu, obok mojego domu, znajdowała się wypożyczalnia kaset VHS. Jej właściciel był prawdziwym kinomaniakiem. Jego miejsce było zdecydowanie najlepsze w Reyjkjaviku, miała tam całą historie kina. A ja tez kochałem kino, po prostu uwielbiałem oglądać filmy. Kiedy miałem siedemnaście, albo osiemnaście lat, zapoznałem się z europejskim kinem – Goddard, Truffaut, Tarkowski, Kieślowski, który był wtedy bardzo popularny. Zatem krok po kroku wciągał mnie ten filmowy „vibe” wschodniej Europy. Było w nim coś dziwnego, ale to coś mnie pociągało.

UMP: Następstwem tej fascynacji była decyzja o podjęciu studiów w Łodzi?

Árni Ásgeirsson: Tak, dlatego wyjechałem do Polski na studia. Byłem zaintrygowany niektórymi polskimi filmami, ale też twórczością rosyjską, czeską. Lubiłem wczesne dzieła Milosa Formana. Było coś w tym wschodnim podejściu, co mnie porwało. Nie rozumiałem tego do końca, może to po prostu ta atmosfera, która mnie wciągnęła.

Potem zacząłem szukać szkoły filmowej, a to było wkrótce po tym, jak upadł mur berliński – wtedy nagle otworzyła się połowa kontynentu i świata. To było fascynujące dla mnie, zbadać tę część świata. Nigdy nie ciągnęło mnie na filmówkę w Anglii, Skandynawii czy Ameryce. To także był efekt chęci spróbowania czegoś nowego, np. nowej kultury. Chciałem zrozumieć jak Ci mistrzowie kręcili swoje dzieła.

Zatem, inspirowałem sie właśnie tymi ludźmi – Forman, Kieślowski, Polański, Wajda, Tarkowski, ale także inni mistrzowie – Scorsese, Fellini, Goddard, Bertolucci, Coppola. Ta lista jest naprawdę długa.

db3f95c7-c080-41f3-a187-f66a76b00621-large

UMP: Mogę to sobie wyobrazić! A wracając jeszcze do tematu Ultima Thule, co przyciągnęło Twoja uwagę w tym projekcie? Oczywiście, z pewnością aspekt promowania kultury i filmu, ale może w Twoim przypadku, był w tym jakiś sentymentalizm?

Árni Ásgeirsson: Korzystam z każdej okazji, by odwiedzić Polskę. Naprawdę uwielbiam to miejsce.

UMP: Miło to słyszeć. Widziałem ostatnimi czasy sporo islandzkich filmów, rozmawiałem też z artystami stamtąd i pewna rzecz wpadła mi do głowy. Wspomniałeś tę atmosferę kina wschodniej Europy, zatem czujesz może to, że Polacy też coraz bardziej interesują się kulturą islandzką? Z uwagi na to, że wielu imigrantów na Islandii to Polacy, może jest jakaś wyjątkowa więź między naszymi krajami?

Árni Ásgeirsson: Myślę, że tak. Jeśli spojrzysz na stereotypowego mieszkańca Skandynawii, oni są introwertykami, ludźmi zamkniętymi I wycofanymi. To widać w ich kinematografii, z tą skandywnawską depresją, która jest wszechobecna. Ale Islandczycy żyją na wyspie, oddaleni od świata, przez co jesteśmy trochę bardziej szaleni, zdezorganizowani, spontaniczni i sarkastyczni wobec samych siebie. I myślę, że Polska jest w wielu aspektach do nas podobna. Jest trochę chaotyczna, trochę szalona…

UMP: I uwielbiamy tu narzekać…

Árni Ásgeirsson: I uwielbiacie czarny humor. W tej sytuacji, Polacy i Islandczycy dogadują się naprawdę dobrze, a takich wspólnych cech jest więcej niż nam się może wydawać.

UMP: Kończąc nasza rozmowę – pracujesz na jakimś nowym projektem?

Árni Ásgeirsson: Tak, tym razem to będzie animacja dla dzieci. Dopiero zaczynamy, więc trzeba na to poczekać jakieś dwa lata. Pracuje tez przy reklamach, również w Polsce. Mam szczęście, że wracam tutaj kilka razy do roku, pracuję i spędzam czas ze znajomymi. Po prostu korzystam z obecności w tym szalonym kraju.

“I love visiting this crazy country” – UMP Interview with Árni Ásgeirsson

Apparently, Arni Asgeirsson is in love with the Polish atmosphere – check out the interview about working on his films, how he prepares for the set and what does he thinks about the Ultima Thule project.

UT-plakaty-PL-informacyjne-A4-Warszawa

UMP: We have just had the masterclass and you explained the value of the trial days before shooting. You emphasized how important it is to you, so can you imagine working without this preparation?

Árni Ásgeirsson: It takes years to make a film. First of all, you start with a script that takes around two years. One year is just figuring it out and then actually making it takes another. So, five to seven years is some sort of standard for the execution of a film, sometimes it’s even longer. Once you have the production stage ahead of you, you start preparation – find the locations, do shortlists with your cinematographers and all the endless things that need to be taken into consideration. Then you show the film in the cinema and what the audience is really looking at are the people and interactions between them, because that’s what cinema is all about.

UMP: Yeah, that is the story’s essence.

Árni Ásgeirsson: Yeah, so while it takes five to seven years, not to find two weeks in that period of time to sit down with the actors and figure it out how to give life to these characters – it’s just abstract to me.

UMP: Nevertheless, it happens anyway. There were many cases where the actors complained after the film’s premiere that they didn’t really felt prepared. Sometimes it’s an excuse, but it may also be the case of the lack of this time to work out the characters.

Árni Ásgeirsson: It’s a shame, you know. You put all your heart into it, your soul into the project and you don’t find time to properly prepare yourself as a director and the actors. As I said, it’s shame – from my experience, because it always brings out the best performances – believable, credible and concrete performances. We are all on the same page then, we know what the characters are all about, their relationships, what tone we are looking for in each given scene. The second argument is that it simply saves a huge amount of time, especially knowing how expensive shooting is. You have more time to nourish each scene, because you don’t have to spend the first two hours on how would you like the scenes to look like. You can make more shots, make more takes and go into details with the actors, you just talk about the tiny nuances. That brings out the most credible performances and in the end, it’s going to evoke the emotions in the audience.

fot. Danuta Matloch
fot. Danuta Matloch

UMP: I spoke with some Icelanders who work in the film industry and what I heard mostly is the fact that it is quite difficult to actually direct a movie there. It’s a relatively young and small market. So, what were your experiences when directing Undercurrent, the film shown during Ultima Thule? Did you encounter any similar problems?

Árni Ásgeirsson: Well, it’s true that the industry is young, but still it’s old enough. We already have enough qualified people in every position to be able to make a film that looks like a film (laughs). Made anywhere else, you know. Of course, our main problem – and it’s a problem of every country that makes movies – is the script, the good stories to be portrayed. But hopefully we are getting better with that and the film fund back there is developing the screenwriters’ base. We are putting more and more efforts and time into script making really.

The main headache is script, but  I was lucky to have a great cast and great producers, so I didn’t experience any difficulties like that. The only exception would be the fact that we were shooting on the sea, so we struggled with the elements –  bad weather, waves. People got seasick and the crew or the actors, they were puking over the ship.

UMP: This had to be a problem…

Árni Ásgeirsson: Yep. Yet, it was an experiment for me, this film. It didn’t have a “classic” beginning, it all started when I went to a theatre. There was a group of friends of mine, an independent artists’ group and they were putting a very small theatre play called Brim, or Undercurrent in English.  It all takes place in one room, on a boat and it is obviously about the people on that boat. It was really an off production, with no money, so I went to the theatre and I didn’t know what was I going to see – my friends were just doing a crazy little play, I thought. Afterwards, I was very fascinated by it, so I met with them and I told them that I loved the characters and the story, but also the setting of it, because it was so visual. The rusty boat, the bad weather, the sea, all these elements. And also Iceland really relies on this connection with the sea. It’s been done, this flirting with such topic, but there was never really made a film on a boat. We started meeting up, I asked a friend of mine – Otto Borg – who is a screenwriter, to help me to write this theatre play into a film. And I wanted to work with the same actors too.

UMP: You didn’t want to change the winning strategy?

Árni Ásgeirsson: They came up with the idea, so we all wanted to turn it into a film. We changed the play a lot, so the final feature is more inspired by the previous version than actually an adaptation. So, through a series of session we’ve met with the actors, brainstormed, met again and went back and forth over the year. What’s interesting, when I met the actors on the set, they were already living with these characters for a few years, you know.

UMP: We can say that they had the right vibe for these characters.

Árni Ásgeirsson: Yeah, it’s the same cast and the play became quite popular. That was interesting, I consider it a very nice experiment. So, all in all, the biggest problem we had, was this puking (laughs).

UMP: (laughs) And the weather I guess.

Árni Ásgeirsson: Yeah, that too.

ingvar-og-gisli

UMP: So, you also mentioned some of the films that you liked, during our previous meeting during the masterclass. We worked on the Revolutionary Road in that workshop, but if you could name films or artists you were looking up to or influenced you?

Árni Ásgeirsson: When I was a kid, those were the times of the VHS.

UMP: Oh, the glorious days of VHS.

Árni Ásgeirsson: Yeah, glorious days of VHS. Around the corner, where I lived, there was this really nice VHS rental and its owner was a real film buff. He was by far the best one in Reyjkjavik, he had all of the films’ history in there. And me – I was just a film buff too, I just liked watching movies. When I turned seventeen or eighteen, I was introduced to the European cinema – Goddard and Truffaut, then Tarkovsky, Kieslowski, who was really popular back then. So, slowly, I got really drawn in by this Eastern European style of  filmmaking. There was something very weird about it, that I certainly liked.

UMP: So, the aftermath of this fascination was studying here, in Łódź?

Árni Ásgeirsson: Yes, that’s why I went to Poland, I was really intrigued by some of the Polish films I have seen, some Russian and Czech too. I liked the early Milos Forman works for example. There was something about that Eastern vibe that got me. I didn’t really understand what it was, but just the atmosphere in these films got me really soaked into them.

Then I started looking for a film school and it was not too long after the wall has fallen, when suddenly half of the continent opened up and the world too. For me, it was very exciting, to check out this part of the world. I was never really interested in going to a film school in England or Scandinavia, America. It was also about trying something new  for myself – a new culture for example. And basically to understand how these masters got into filmmaking simply.

So, I was very inspired by these guys – Forman, Kieslowski, Polanski, Wajda, Tarkovsky, but of course, also the other masters like Scorsese, Fellini, Goddard, Bertolucci, Coppola. The list is very, very long.

db3f95c7-c080-41f3-a187-f66a76b00621-large

UMP: I can imagine! Regarding the Ultima Thule project, what attracted you to the project? Obviously, it’s the promotional aspect of the Icelandic culture and film, but maybe in your case, there was a sentimental reason attached too?

Árni Ásgeirsson: I use every opportunity to come back to Poland, because I really love this place.

UMP: That’s great to hear. I have seen a lot a of Icelandic films recently, spoke to some artists from there and I was just wondering about one thing. You mentioned being drawn by this Eastern vibe, so do you feel that Polish people are getting interested in the Icelandic culture too? Since many immigrants in Iceland are Polish, maybe there is a special bond that you see too between Poland and Iceland?

Árni Ásgeirsson: Actually, I do. I think, if you take Scandinavia stereotype for example, they are quite introvert people and little bit closed off, you know. It obviously reflexes in the films they make too. This pure Scandinavian depression written all over it. But the Icelanders, since we are on an island, in a middle of nowhere, we are a bit crazier, a bit more disorganized, more spontaneous and more sarcastic about ourselves. And I think Poland, in many ways, is quite similar to us.  It’s a little bit chaotic, a little bit crazy…

UMP: And we just love to complain

Árni Ásgeirsson: And you love the dark humor too. In that sense, Poles and Icelanders get along quite well, we have more things in common than we could think of at first sight.

UMP: To end our conversation – are you currently working a project?

Árni Ásgeirsson: Yes, this time it is an animation, for kids. We are just starting, so it’s gonna be out in two years. And then, I work also on commercials, direct also here in Poland. I’m lucky to come back here several times a year, work a little bit and spend time with my friends. And just enjoy this crazy country.