Uciekaj! / Get Out

Jordan Peele, renomowany komik oraz autor scenariusza stosunkowo przeciętnej komedii Keanu, postawił sobie wysoko poprzeczkę. Utrzymując swój film Uciekaj! na pograniczu psychologicznego horroru z domieszką charakterystycznego dla siebie humoru, uzyskał przepis doskonały – film, który niejednokrotnie bawi, wprawia w osłupienie, straszy, ale co najistotniejsze – nie pozwala nudzić się nawet przez chwilę.

Chris (Daniel Kaluuya) spotyka się z Rose (Allison Williams) od kilku miesięcy. Dziewczyna decyduje się zaprosić go na weekend do domu swoich rodziców. Chłopak, niepewny czy rodzina zaakceptuje jego odmienny kolor skóry, decyduje się spełnić życzenie wybranki. Jednak gdy tylko przybywa do odosobnionej rezydencji, zaczynają dziać się bardzo niespotykane rzeczy.

Pomysł na Uciekaj! pachnie od pierwszych minut filmem Król Zombie z roku 1941 – tam trójka mężczyzn trafia na bezludną wyspę, gdzie pewien ekscentryczny milioner zamienia swoich podwładnych w zombie. Reżyser żongluje wieloma tytułami, które Uciekaj! przekonwertowuje na własne potrzeby. Znajdzie się tutaj nawiązanie do Wyspy Dr. Moreau Frankenheimera, Skóry, w której żyję Almodovara, a nawet Django Quentina Tarantino. W filmie Peelego służący są, tak jak w Królu Zombie, czarnoskórzy. Zmienia się jednak perspektywa, z której oglądamy przedstawiane wydarzenia – trójkę białych mężczyzn zastępuje Afroamerykanin i jego percepcja rzeczywistości.

get-out-keith-stanfield

Mimo rozlicznych inspiracji obecnych w Uciekaj!, Peele znajduje własny sposób, by wyróżnić to małe arcydzieło – stawia wszystko na kartę rasizmu. Uprzedzenia dotyczące koloru skóry są bowiem w fabule Get Out kluczowe. To one zmuszają Chrisa, by mimo narastającego niepokoju utrzymywać uśmiech na twarzy, jednocześnie popadając w coraz większą paranoję. Protagonista desperacko próbuje zrozumieć dziwaczne zachowanie bogatej, białej rodziny oraz jej gości, czy niejednoznaczne odzywki brata-dziwaka swojej ukochanej (świetna rola Caleba Landry Jonesa). Peele znakomicie użytkuje te rasistowskie napięcia, by zbudować przedziwną, prawdziwie przerażającą atmosferę. W efekcie, choć nie ma skrzypiących drzwi, duchów, ani drastycznych scen – jest ciągły, narastający i wprost nieznośny niepokój głównego bohatera, który udziela się widowni.

Zaskakująco dobrze wypada także strona techniczna. Peele ma wiele do powiedzenia w sposobie kręcenia filmu  – już pierwsza scena pokazuje sprawność z jaką reżyser porusza się po planie, nadając odpowiedniej dynamiki otwarciu swojego spektaklu. Peele ewidentnie korzysta z horrorowych dobrodziejstw Jamesa Wana (Naznaczony, Obecność – przyp. red.) – scena w domu rodziców Rose, gdy kamera przejeżdża wewnątrz mieszkania, jest tego świetnym przykładem. W nad wyraz dziwny klimat Uciekaj! wpisuje się również ścieżka dźwiękowa, często będąca źródłem humorystycznych akcentów (jak piosenka z odtwarzacza Rose w końcówce filmu), a także świetnym budulcem wszechobecnego dyskomfortu Chrisa.

Wiele wskazuje na to, że po latach posuchy, horror jako gatunek wraca na właściwy tor. Po Coś za mną chodzi Mitchella, czy zeszłorocznej VVitch Eggersa, film Peelego daje nadzieję na przyszłość. Idąc niewydeptaną dotąd ścieżką straszaka o podłożu rasistowskim, komik zapewni sobie z pewnością uznanie fanów gatunku. I jeśli tylko wpadnie na kolejny tak oryginalny pomysł jak Uciekaj!, w ciemno wróżę mu sukces.

Ocena: 42/50

Jordan Peele, a well-known comic artist and a director of a mediocre action comedy Keanu, has set the bar pretty high. By mixing his racial-ground humor with depth of a psychological horror, he eventually came up with a perfect recipe. Get Out is genuinely scary, sometimes quite artsy and zanyish, but what really matters – it never gets boring.

Chris (Daniel Kaluuya) is dating Rose (Allison Williams) for a couple of months. Living happily, the girl decides to invite her boyfriend for a weekend to her parents’ house. Chris, rather hesitant whether his skin color will be accepted, finally agrees to go for the getaway. Once they arrive, strange things begin to happen.

get-out

Peele juggles with a wide variety of titles, which serve Get Out greatly. The very concept for Get Out is not a far kin from a 1941’s horror tale The King of Zombies by Jean Yarbrough. In this feature, three stranded men land on a desolate island, where an eccentric millionaire turns his servants into mindless zombies. Noticeably, the comic director draws other inspirations from films like The Island of Dr.Moreau (1996), The Skin I Live In (2011) and Django: Unchained (2012). But although Peele’s starting point is the same as Yarbroughs – the servants are Afroamerican – there is a difference in the protagonist, whom we follow. Instead of the three white men, there is Chris and his perception of the reality.

Therefore, even though there are numerous ideas thrown into the pot, Jordan Peele carves his own way to tell his story. What is the golden recipe? The ubiquitous racism. The skin color prejudices are the key element that fosters Chris’ progressively evolving paranoia. The protagonist desperately seeks answers for the weird behavior of the rich family and their odd guests, questions why Rose’s freaky brother (brilliantly haunting Caleb Landry Jones) starts a contention with him etc. Peel skillfully uses these racial tensions to cast upon us a lurking, gruesome atmosphere. As a result, there is no room for screeching doors, ghosts or drastic imagery – there is just constant unease that like a virus spreads onto the audience too.

MV5BMjUxMDQwNjcyNl5BMl5BanBnXkFtZTgwNzcwMzc0MTI@._V1_SY1000_CR0,0,675,1000_AL_.jpg

The technical side is surprisingly admirable as well. Peele knows his ins and outs in camerawork, which is proved even by the opening sequence. He is not afraid to once again draw inspiration from others – a very specific thoroughfare of the camera takes place in the film, which instantly brings James Wan to mind (director of Insidious and The Conjuring)., whilst the disturbing atmosphere begs for calling M. Night Shyamalan to assist.

What is more, just as disturbing as the events happen to be in Get Out, is the soundtrack. At times it evokes humor (just as the particular song played from Rose’s player), but mostly– it generates a great deal of discomfort emitted by Kaluuya’s character. It proves a point, that every classic horror – The Shinging, The Rosemary’s Child or other examples – are enriched by a fully dismaying soundtrack.

It does seem that the years of drought in the horror genre are slowly fading away. After It Follows by Mitchell or The Witch by Eggers, Peele’s feature is another step to the better future. Following an untrodden path of a scary movie with a heavy racial background, the comedian bought himself a cozy place among the most prospective directors in the genre. If he comes up with an another brilliant idea for a film, he’s got a whole-hearted fan in me.

Grade: 42/50

Advertisements

Moonlight

Dramat Barry’ego Jenkinsa jest “małym-wielkim” arcydziełem nowoczesnego kina. To porywający spektakl, w którym oniryczna szata wykonania styka się z brutalną rzeczywistością opowiadanej historii. Dodając zjawiskowe role Trevante Rhodesa oraz Naomie Harris, otrzymujemy jeden z najciekawszych obrazów ostatnich lat.

Głównym bohaterem Moonlight jest Chiron, wraz z którym dorastamy poprzez trzy okresy z jego życia. Pierwsza część to czas, gdy jest małolatem odstającym od reszty swoich kumpli z podwórka. Jego mentorem staje się wtedy gangster Juan (Mahershala Ali). W rozdziale drugim Chiron to nastolatek gnębiony przez innych i zmagający się z uzależnieniem matki (Naomie Harris). Zwieńczeniem tej historii jest zaś część trzecia, gdy widzimy Chirona jako dorosłego mężczyznę o pseudonimie Black (Trevante Rhodes).

Osadzenie introwertycznego homoseksualisty w skrajnie nieprzychylnym mu środowisku jest intrygującą koncepcją. Jenkins ma jednak znacznie więcej do powiedzenia niż powierzchowna kontrowersja. Wnikliwie analizuje sposób, w jaki to hermetyczne środowisko kształtuje Chirona. Zauważa jak chłopak rozpaczliwie szuka swojej ścieżki, dając się inspirować chociażby Juanem, który zastępuje mu ojca. Podkreśla tym samym zagubienie swojego protagonisty, ukazując jednocześnie, jak złożonym problemem jest brak tolerancji w społeczeństwie. Rozkładając zaś tę historię w czasie, Jenkins spogląda na nią z różnych stron, prezentując pełen rys niezrozumianej ofiary okrutnego społeczeństwa.

maxresdefault-1-2

Gdyby reżyser wyłożył nam jednak gotowe odpowiedzi na stół, Moonlight pozostawiałby ogromny niedosyt. Jenkins jest daleki od ustanawiania ekstremów, czy też osądzania swojego bohatera. Interesuje go bardziej to, czy charakterystyczne środowisko, w którym królują narkotyki, pogoń za materializmem i szeroko zakrojona nienawiść, jest w stanie zaakceptować odmienność Chirona. Barry Jenkins stawia nam zatem kolejne pytanie – czy istnieje przestrzeń, w której Chiron jest zwyczajnie szczęśliwy?

Abstrahując od znakomicie przedstawionej tematyki, Moonlight potrafi wspiąć się na prawdziwe wyżyny kinematografii w aspektach technicznych. Niektóre sekwencje są wprost piorunujące – jak chociażby scena w morzu z rozdziału pierwszego, lub szkolna bijatyka z drugiego. Jenkins ma wyborne wyczucie kamery, potrafi wytonować obraz, zawiesić go na twarzy bohatera, by wychwycić każdy najmniejszy gest, ukryte spojrzenie i ból tkwiący w jego oczach. Z drugiej strony umie też nadać mu dynamiki, obracając chociażby kamerę dookoła postaci. Zdarzają mu się też momenty słabsze, nieco niepotrzebne zwolnienia i chwile, gdy jego arcydzieło wymyka się nieco spod kontroli. Chociaż wybijają one z rytmu, nie powodują, ze Moonlight traci swój urok – wtedy to po prostu solidny dramat bez nutki geniuszu.

screen-shot-2016-10-27-at-5-26-11-pm

W ten pełen gracji, intymności obraz, wtapia się wreszcie wyśmienita ścieżka Nicholasa Britella – zróżnicowana, klasyczna i delikatna, a zarazem grubo podszyta emocjonalnym rozdarciem Chirona. Na samym końcu należy zaś podkreślić aktorstwo. Błyskiem geniuszu był casting trzech aktorów grających postać Chirona. Każdy z nich ma ten sam elektryzujący wzrok, pełen sprzeczności charakter. Przypomina to nieco ideę Boyhood Richarda Linklatera, różnicą jest jednak siła z jaką przemiana protagonisty nas uderza, bowiem psychologiczna sylwetka Chirona jest iście fascynująca.

Moonlight to opowiedziana z rozwagą, wciągająca i poruszająca historia. Jej celem nie jest rozliczenie z rasizmu, podziałów i braku akceptacji – one zawsze będą tkwić w ludziach. Jednak zgodnie z ostatnią sceną filmu, wszędzie możemy dojrzeć światło. Wystarczy tylko wiedzieć, gdzie spojrzeć.

Ocena UMP: 47/50

Barry Jenkins has directed a minute masterpiece of the modern cinema. It’s an emotionally engaging spectacle, in which the oneiric visuals meet with vividly brutal reality portrayed by the story itself. Additionally, Trevante Rhodes’ and Naomie Harris’ roles are spectacular, which aggregates to one of the most stunning films of the last years.

The main character in Moonlight is Chiron, whom we observe in a life-long journey, divided into three chapters. The first one presents him in chis childhood – he struggles to cope with the lack of a father and hence looks up to a drug dealer named Juan (Mahershala Ali). In the second chapter, Chiron is a teenager bullied by his peers and living under the same roof with a drug-addicted mother (Naomie Harris). The last part of Moonlight shows us the moment when Chiron is an adult man, known as Black (Trevante Rhodes).

moonlight

An introvert homosexual in an extremely unfavorable environment is an intriguing concept, yet Barry Jenkins is not limited solely to this controversial idea. He thoroughly analyzes the way in which this hostile society forges Chiron’s personality. He exhibits how desperately the boy seeks his own path, but at the same time strives for someone to look up to – hence the role of Juan, who becomes his mentor and a substitute for father. Hence, Jenkins elaborates on how we lack empathy, how do we lack tolerance. And by taking his time to present Chiron’s story in various time frames, he proves his point very convincingly – we are ruthless.

However, if Jenkins would have limited himself solely to exhibiting the spoiled society, without digging deeper into the psychology of his protagonist, Moonlight would be somehow disappointing. However, he is far from being one-sided and critical. The true interest of the director lies in whether the hermetic environment of drugs, materialism and hatred, is capable of embracing the distinctness of Chiron. Therefore, Barry Jenkins asks his audience – is there any space in this world, where Chiron is just happy?

Setting aside the depth and broadness of the story, Moonlight is a sweet audiovisual treat. Some of the sequences are jaw-dropping, like the swimming lesson in the sea or school scrimmage. Jenkins feels the camera, he knows when to gently tone down the tension, freeze the image on his characters’ faces to catch the smallest gesture and pain hiding behind the glowing eyes. At the same time, he is aware that the narration needs the right pace – some scenes are dynamic, just like the opening one where the camera rolls around the two gangsters in the hood. However, there are also weaker parts, where Jenkins loses his tempo. Nonetheless, these are the only moments when Moonlight is not this minute masterpiece, but just a good movie.

moonlight

Finally, this graceful, intimate picture has its final ornament – the soundtrack by Nicholas Britell. It’s diverse, classy and delicate and heavily weaved with Chiron’s emotional tear. Also, it would not work so good if not the acting. All of the three actors playing the protagonist are brilliant – they all carry the same burden, visible in his sad eyes. It reminisces the idea from Boyhood by Richard Linklater, but the power that Moonlight possesses is far more supreme, due to the impressively painted silhouette of Chiron.

Moonlight is a story told in a convincing and moving manner. It is not supposed to be a remedy for racism or lack of acceptance – this is so deeply rooted in our nature that it cannot be erased. However, as the final scene of the film proves, light could be seen everywhere. All it takes is to know where to look.

UMP Grade: 47/50

Paterson

W swoim nowym filmie, Jim Jarmusch pokazuje widzom jak odnaleźć piękno w najbardziej prozaicznych miejscach. Ubierając prostą historię o wrażliwym kierowcy autobusu w poetycką opowieść, reżyser udowadnia, że to upragnione szczęście dla każdego z nas jest na wyciągnięcie ręki.

Film skupia się na jednym tygodniu z życia Patersona (Adam Driver) – kierowcy autobusu mieszkającego w miejscowości Paterson. Mężczyzna żyje szczęśliwie ze swoją ekscentryczną dziewczyną Laurą (Golshifteh Farahani) i jej buldogiem Marvinem. W chwilach między pracą i pielęgnowaniem domowego ogniska, oddaje się zaś skrywanej pasji – pisze wiersze.

Tytułowy bohater to archetyp człowieka z minionej epoki – trzyma się z dala od współczesnego blichtru i Instagramowego ekshibicjonizmu. Zamiast tego prowadzi swoje minimalistyczne, poukładane życie na przedmieściach sennego miasteczka. By osiągnąć odpowiedni kontrast, Jarmusch na każdym kroku konfrontuje Patersona z jego przeciwieństwami. Są nimi ludzie, którzy posłusznie płyną z falą materialistycznej współczesności, będąc ofiarami generacji „urodzonych zwycięzców”. Nie trzeba nawet daleko szukać – chociażby urodziwa ukochana Patersona wpasowuje się w ten profil rozchwianego człowieka nowoczesności. Jednego dnia marzy o własnej cukierni, a drugiego o karierze gwiazdy muzyki country. Wszystko podszyte jest słomianym zapałem i chwilowymi fascynacjami, napędzanymi filozofią carpe diem.

paterson-5-620x412

Jarmusch udowadnia jednak, że szczęście można odnaleźć wszędzie, niekoniecznie bujając w obłokach i marząc o wielkiej karierze. Paterson czerpie je z przysłuchiwania się dyskusjom pasażerów o ich nieudanych podrywach i włoskich rewolucjonistach, czy też uroczego szaleństwa swojej ukochanej. Do osiągnięcia samorealizacji nie potrzebuje zatem iPhone’a, ani też publikowania swojej twórczości, do czego namawia go ów wybranka. Przelewając bowiem swoje myśli na papier w formie poezji, zaspokaja w pełni swoje potrzeby – sam dla siebie i własnego zadowolenia, w czym nie ma krztyny niezdrowego egocentryzmu. Tym samym reżyser potwierdza swoją tezę, że szczęście zależy od punktu widzenia. Wtedy nawet kierowca autobusu linii 23 w amerykańskiej mieścinie może być uosobieniem marzeń każdego z nas.

O sile filmu stanowi także jego hipnotyzujący czar. Jarmusch przyodziewa tydzień z życia kierowcy autobusu w lekką, humorystyczną i niezobowiązującą narrację. W tym melancholijnie przyziemnym klimacie wybornie wypada Adam Driver. Jest powściągliwy, zdziwaczały i flegmatyczny, ale równocześnie przekonywujący i ujmujący, zaś w duecie ze znakomitą Golshifteh Farahani jego postać nabiera dodatkowych barw. Także sposób pracy kamery i delikatnie przygrywająca ścieżka dźwiękowa wpisują się w ten pełen gracji całokształt. Paterson potrafi szczerze rozbawić, zmusić do refleksji, a nawet wzruszyć – wszystko w sposób niewymuszony i szczery.

Gdybym mógł, osobiście podziękowałbym Jimowi Jarmuschowi za Patersona. W tegorocznej powodzi egzaltowanych dramatów, rozczarowujących blockbusterów i jednowymiarowych „arcydzieł”, jego skromny komediodramat uderza w samo serce. Paterson to recepta na odnalezienie szczęścia w prozie życia codziennego. I zapewniam Was, że po seansie zapragniecie mieć pudełeczko zapałek Ohio Blue Tip w swoim domu, upiec babeczki i pójść na czarno-biały klasyk z duetem Abbott & Costello – ja zapragnąłem.

Ocena UMP: 46/50

In his new film, straight from Cannes Film Festival, Jim Jarmusch advises the audience on how to find happiness in the prose of everyday life. He turns a simple story about a sensitive bus driver into a poetic tale, but most importantly – he proves that this happiness is right under the nose for all of us. 

Paterson (Adam Driver) lives in a small town called Paterson in New Jersey and works as a bus driver. He lives with his girlfriend Laura (Golshifteh Farahani) and her bulldog Marvin. However, each free second is spent on his passion – writing poems. The film focuses on only one week, where day by day, Paterson confronts the daily duties with his personal art.

Paterson is an archetype of a man from a bygone age – he stays away from the modern glitz and Instagram exhibitionism, focusing on his minimalist life in a small town. To exhibit it, Jarmusch purposefully confronts Paterson with an array of  people, who blindly follow the wave of materialistic ideology, being victims of the generation of “born winners”. Even Paterson’s beloved girlfriend joins this sorrowfull trend – one day she dreams about her own confectionary, and the next one about a guitar and a career of a country singer. These dreams are a flash in the pan, a weird kind of carpe diem, fueled by a beauty of a moment.

adam-driver-paterson-movie-image

However, Jarmusch’s film is far from decadence, nihilism or any other sort of tiresome pessimism. Instead, Paterson is squeezed in this abuzz world to prove a certain point – that we all can be just happy. Without the ubiqitous commotion, without an iPhone or pursuing a career filled with fame, we can be happy. The glowing example of Paterson is brought to back this unpopular statement. The protagonist enjoys his mundanity, just as he listens to the passengers on the bus, talking about unsuccesfull hook-ups or Italian revolutionists. He also makes peace with the kind-of-cute high jinks of his girlfriend. Hence, his poetry is not a manner of blowing off steam – it’s a kind of natural consequence of his sensitivity, inspired by his love and without any trace of an unhealthy egocentrism.

What’s more, the source of Paterson‘s power is its unusual charm. Jarmusch skillfully imbues Paterson’s story with a humoristic, buoyant narrative. This happens for a plethora of reasons. One is undoubtedly Adam Driver’s solid performance. He is a bit inhibited, a bit strange and phlegmatic, but in all that – convincing and truly winsome, especially when joined by equally hypnotizing Golshifteh Farahani. What’s more, the gentle soundtrack by Carter Logan and the camerawork by Frederick Elmes are also gracefully weaved into the so-called big picture. As a result, Paterson is humoristic, sometimes meditative, soul-stirring and on top of that moving, without a shade of uncertainty or false between the lines.

If I could, I would love to personally thank Jim Jarmusch for directing Paterson. Among the gushy dramas, disappointing blockbusters and one-dimensional films this year, his small feature “hits right in the feels”. Paterson is like a recipe for finding happiness in the routine. I assure you that after the screening, you will crave muffins, a black-and-white movie starring Abbott & Costello, but most of all – a box of Ohio Blue Tip Matches.

UMP Grade: 46/50

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie /Rogue One: A Star Wars Story

Gareth Edwards dokonał rzeczy niezwykłej. Oddzielił bowiem grubą kreską swojego Łotra 1. Gwiezdne wojny – historie od reszty sagi, pochylając się nad cichymi bohaterami sił rebeliantów. Chociaż jego dzieło jest najmniej „star warsowe” ze wszystkich, ogląda się je z zapartym tchem. To takie Gwiezdne wojny, na które czekałem.

Fabularnie, Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie umiejscowiony jest tuż przed Nową nadzieją. Poznajemy zatem Jyn Erso (Felicity Jones), córkę Galena (Mad Mikkelsen), którego przedstawiciel Imperium – Orson Krennic (Ben Mendelsohn) – werbuje do konstrukcji Gwiazdy Śmierci. Siły rebeliantów planują schwytać Galena, bowiem tylko on zna tajniki śmiercionośnej konstrukcji – misja ta zostaje powierzona kapitanowi Cassianowi Andorowi (Diego Luna). Cassian obiecuje Jyn odnalezienie jej ojca, a ze wsparciem kilku innych śmiałków, wspólnie wyruszają na misję przechwycenia planów konstrukcyjnych.

Już rozpoczynające sceny wskazują na to, że Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie to film o własnym charakterze, innym niż dotychczasowe części sagi. Nie słyszymy sławetnego motywu muzycznego  Johna Williamsa, zaś na ekranie nie pojawiają się żółte litery zanikające w otchłani galaktyki. Można mieć wątpliwości – czy aby na pewno oglądamy Gwiezdne Wojny?

gallery-1460037786-rogue-one-star-wars-villain-is-this-darth-vader

Odpowiedź brzmi – tak. Co więcej, w tym szaleństwie jest jednak metoda. Gareth Edwards, reżyser znany głównie z remake’u Godzilli, nie jest zainteresowany kalką poprzednich części na wzór Przebudzenia mocy. W jego filmie, międzygalaktyczny konflikt rebeliantów z siłami imperialnymi przyjmuje charakter wojny partyzanckiej. Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie jest oczywiście naznaczony manichejskim zetknięciem ciemności i światła, ale widzimy to z wyjątkowej perspektywy cichych herosów. Reżyser od początku chce widza uświadomić, że jego bohaterowie to trybiki w wielkiej machinie, romantycznie poświęcający wszystko w imię walki o wyzwolenie z imperialistycznej opresji. Udowadnia jednak, że warto oddać im hołd.

Zapewne nie każdy odnajdzie się w tej nowej konwencji. Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie to nieomalże kino wojenne, analizujące dewastacyjny wpływ działalności Imperium i pokazujące ogrom zniszczeń, które ten konflikt niesie. Jest dalekie od komiksowości i bajkowości Gwiezdnych Wojen, przypominając nieco to, co Christopher Nolan uczynił z postacią Batmana w swojej trylogii. Odzwierciedlenie tego zabiegu znajduje się chociażby w scenach batalistycznych, które swoim rozmachem przypominają inwazję na Normandię z Szeregowca Ryana, czy też zdobycie wzgórza w Cienkiej czerwonej linii Terrence’a Malicka. Edwards ubiera je w szaty fenomenalnych efektów specjalnych i doskonałego kadrowania, które wrzuca widza w oko cyklonu. Dzięki temu można odnieść wrażenie, że stoimy ramię w ramię z bohaterami na polu bitewnym.

Edwards osiąga sukces nie tylko dzięki odejściu od dotychczasowo wytyczonej ścieżki i wizualnej ekstazie. Lwią część odgrywają solidna obsada oraz znakomita historia. Przede wszystkim, to wzajemna chemia Jones w roli Jyn Erso i Luny jako charyzmatycznego Cassiana dźwiga dynamikę scenariusza. Obok nich świetnie wypadają postaci drugoplanowe – ironizujący K-2SO (Alan Tudyk), nawiązujący do tradycji Jedi Chirrut (Donnie Yen), czy też przygnieciony wagą misji pilot Bodhi (Riz Ahmed). Dzięki wiarygodnemu aktorstwu całej obsady, trudy rebelianckiej brygady ogląda się z wypiekami na twarzy.

rogue-one-a-star-wars-story-wallpaper-4

Nieco gorzej prezentuje się druga strona konfliktu. Ben Mendelsohn w roli Orsona Krennica nie dostaje dość ekranowej uwagi, by zapaść w pamięć. Pozostaje on w cieniu tych, których publiczność zna doskonale – Lorda Vadera oraz generała Tarkina w pełnym CGI. Prawdziwym mankamentem filmu Edwardsa jest jedynie muzyka autorstwa Michaela Giacchino. Kompozytor nie ma polotu Johna Williamsa, zaś jego romansowanie z klasycznymi motywami Gwiezdnych Wojen wypada nad wyraz sztucznie.

Po cichu przyznam, że z większym zainteresowaniem będę wypatrywał kolejnych spin-offów, niż części głównej sagi. Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie udowodnił bowiem, że w uniwersum Lucasa jest wiele świetnych historii do pokazania. I jeśli Disney będzie eksploatować tę żyłę złota w sposób taki jaki w przypadku filmu Edwardsa – jestem całkowicie na tak.

Ocena UMP: 42/50