Reminiscing the Forgotten – The Island of Dr. Moreau (1996)

One of the most hated films of all time, but is there really a plethora of reasons to hate it? I did some digging into the topic and well… see for yourself!

Advertisements

It was a dark night, parents were already asleep and I was still craving to watch something before taking a nap. I was a kid, but I remember the film from this particular evening – The Island of Dr. Moreau. Gave me creeps all over my spine and it took me some time to sit to it again – more than 10 years actually. Even though the film is widely regarded to as one of the worst films ever directed, I shall become its ardent defendant. And if you belong to the vast majority of people criticizing Frankenheimer’s flick, you better prepare yourself properly before reading this text.

islandmoreau2

The Island of Dr. Moreau is based on a book from 1896, written by H.G. Wells. This English, multi-talented artist, was a very fruitful writer too – he is the author of The War of the Worlds and The Invisible Man. Bearing this in mind, one may get the picture of the source material that the filmmakers were dealing with here – this ain’t no Shakespeare, but still a man with overwhelming imagination, whose ideas could be hard to show on a screen. The Island of Dr. Moreau from 1996, directed by John Frankenheimer, was the third time the book was approached and transformed into a film script. The story was quite simple –  Edward (David Thewlis), a lone survivor from a wretched ship, is rescued by a former scientist Montgomery (Val Kilmer) and moved to a tropical island. It’s inhabited by Dr. Moreau (Marlon Brando) and his horrid creations, genetic variations made from human and animal DNA.

The film had its definitive downs even before it landed on the big screens. The first director on board, Richard Stanley, abandoned the crew due to “lack of proper cooperation” and this was the first huge problem. John Frankenheimer took over the production, but later on – he did regret this decision. The cast he worked with may be described as the two most ridiculous cockalorums he could get – Marlon Brando, playing the role of Dr. Moreau, was widely known for his bossy behavior on set, whilst Val Kilmer was simply a simpleton, also quite known in Hollywood for rudeness. So, as one can imagine, Brando was indeed truly irritating, but Kilmer was the real nail to the coffin – allegedly, Frankenheimer said after shooting the last scene with the latter “Cut! Now get that bastard off my set”. Paints the picture, huh?

islandmoreau

The critics bashed the film, the audiences also didn’t like the over-the-top acting by Brando, calling him cheesy, whilst the entire plot to be lacking the proper approach to the book. So, why on Earth, would anyone try to defend this film? First of all, let’s be honest – Brando’s acting was always like that. Whether it was The Godfather, Apocalypse Now or Ultimo Tango a Parigi, he was always on the edge of kitsch. Nevertheless, we loved him for this mannerism and there was no exception to this way of acting in The Island of Dr. Moreau. Kilmer, no matter how difficult he was to work with, he surely knew the drill too and the only pitiful actor on the set was actually David Thewlis. Who, reportedly, felt so miserable he wanted to abandon the project several times and never watched the final cut.

The crew was completely torn apart and the set seemed to be hell to work there. Yet, the film was still kept consistent in terms of its nightmarish graphics and the terrible atmosphere could actually leverage it a bit. Many critics pointed out the terrible make-up and CGI too. It does ring a bell, because nowadays, everyone complain about the usage of CGI (guess why Mad Max: Fury Road was given so much credit…). Therefore, I’d rather applause to Frankenheimer for, at least, trying to make use of CGI, when it was still crawling and not going early-Planet-of-Apes-like entirely, with the utterly ludicrous make-up. And to be fair – The Island of Dr. Moreau is nowhere near any good in terms of the special effects , but just imagine the possibilities back in those days…

islandmoreaubrando

Finally, the script. At this point, Itotally agree that there is a great deal of corner-cutting. Many lines, especially those delivered by Thewlis, sound artificial and unconvincing. Yet, Frankenheimer’s film, using the direful scenery and Dr. Moreau’s eerie creations, works as a nasty, oldie-horror, finding a way out from the dull writing. Some of the scenes, like the birth in the laboratory or first encounter with Lomai, are quite memorable. Humans playing the game of God are destined to become the preys of their own creations, even though we treat ourselves as the kings of the Earth. The Island of Dr. Moreau, although taking the road of a horror film, delivers this message. And considering this, Frankenheimer ddin’t fail so miserably as we comfortably assume today.

One may say that there are film’s that – no matter what happens – they will be hated. Sometimes the expectations are too high, sometimes it’s bad luck, the star-studded cast or the huge budget. Or sometimes, it’s Brando and Kilmer on one set. And obviously, I’m not trying to convince anyone to immediately love The Island of Dr. Moreau. Maybe it’s the childhood memories, maybe it’s the respect for my favorite actor of all time that made me root for this film. Either way, you should see it for yourself.

Wszystkie odloty Batmana

Batman vs Superman niedługo wchodzi do kin, a ja przyglądam się wyboistej drodze na szczyt Bruce’a Wayne’a.

Pierwsze recenzje Batman vs. Superman napływające do nas zza oceanu nie napawają optymizmem. Ale jedna pochwała się powtarza – Ben Affleck, któremu wróżono zrównanie z ziemią, udźwignął ponoć ciężar protagonisty filmu. Korzystając zatem z tej okazji postanowiłem przyjrzeć się historii Człowieka-Nietoperza i jego serialowo-filmowych poczynań.

batman-1943

  1. Lewis Wilson

Chociaż większość zagorzałych fanów postaci Człowieka-Nietoperza jest zaznajomiona z kreacją Adama Westa, niewielu z nich wie, że to Lewis Wilson był pierwszym Mrocznym Rycerzem w historii. Serial zatytułowany Batman pochodzi z 1943 roku i jest pierwszą faktyczną, filmową adaptacją Batmana. Jak możecie się jednak domyśleć, niczym nie przypomina to Batmana naszych czasów. Lewis Wilson był amatorem, zaś technologia mocno ograniczała wyobraźnię twórców. Ponadto, Amerykanin nie posiadał fizjonomii herosa, więc jego sylwetka odbiegała znacząco od dzisiejszych standardów superbohaterów. Z uwagi na czasy powstawania serialu, Batman był za to tajnym agentem, którego nemesis był japoński naukowiec o pseudonimie Dr. Daka…

Efektem tego wszystkiego jest absolutne mistrzostwo pośród najbardziej rozbrajających i nieudanych adaptacji filmowych wszech czasów i niezaprzeczalne podium pośród najgorszych Batmanów w historii. Niestety czy „stety”, dzieło z 1943 zostało przyćmione przez kolejny, równie powalający, serial z lat 60.

batman 1960

  1. Adam West – Batman (1960)

Chociaż wielu czytelników nie ma zielonego pojęcia, że zanim Burton i Nolan wzięli się za postać Mrocznego Rycerza, komiksowy superbohater miał swoje „trudne” początki w serialu w latach 40., to serial z lat 60. to już pozycja raczej wszem i wobec znana. Odziany w groteskowy kostium, z przydługawą peleryną, nieco otyły Adam West stał się pierwszym znanym odtwórcą Batmana. Niczym jednak nie przypominał epickiego mściciela, który penetrował zepsute Gotham w poszukiwaniu przestępców. Serialowy Bruce Wayne borykał się z plejadą przerysowanych, równie komicznych złoczyńców, zaś całości dopełniał jego „giermek”, Robin (w tej roli Burt Ward). I tak, Batman walczył m.in. z Eggheadem (w wolnym tłumaczeniu Jajogłowy), którego bronią były jajka miotane w stronę zamaskowanego superbohatera.

Serial z lat 60. miał jednak swoje niezaprzeczalne atuty, jak chociażby pierwsza, ekranowa wersja Jokera w wykonaniu Cesara Romero (bardzo oczywista inspiracja dla Jacka Nicholsona w jego kreacji). Jednakże w kwestii samego Bruce’a Wayne’a, to była kolejna „szpila” wbita w serca fanów.

batman keaton

  1. Michael Keaton

Po tragicznych podejściach w serialach, Batman otrzymał szansę na odkupienie na wielkim ekranie. Zbawicielem dla popularnego komiksu miał być ekscentryczny reżyser Tim Burton, który za maską Człowieka-Nietoperza postawił Michaela Keatona. Burton przyznawał w swoich wypowiedziach, że chciał, aby postać Bruce’a Wayne’a była jednocześnie trochę przerażająca, ale też wzbudzająca respekt. Keaton był niewątpliwie przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.

Co ciekawe, przepowiadano, że to będzie punkt zwrotny w karierze Keatona. Jednak czas pokazał, że rola Batmana nie przyniosła mu świetlanej przyszłości, zaś aktor musiał wiele lat przeczekać, by powrócić dopiero niedawno na salony. Mimo to, jego interpretacja Bruce’a Wayne’a stała się pewnym wyznacznikiem dla kolejnych odtwórców ikonicznej roli – to był mściciel z klasą i szarmancki milioner w jednym. Nadal jednak pozostawał nietknięty aspekt psychologiczny…

batman kilmer

  1. Val Kilmer

Burtonowskie wersje Batmana miały swój urok, ale franczyza trafiła następnie w bardzo niepożądane ręce. U boku Joela Schumachera, nowego człowieka na krześle reżysera, stanął Val Kilmer, który w wyścigu o rolę Człowieka-Nietoperza pokonał m.in. Johnny’ego Deppa i Daniela Day-Lewisa. Oczekiwania były ogromne.

Kilmer jest jednak znany głównie z tego, że jego Batman był po prostu nijaki. Wizja Schumachera była skąpana w kiczu, zaś rola Kilmera została sprowadzana do absolutnego minimum. Co więcej, podobnie jak Keatonowi, Kilmerowi przepowiadano wielką karierę, która jednak ugrzęzła w mule po przywdzianiu bat-kostiumu. Ponadto, znane były również kłótnie na planie reżysera oraz głównej gwiazdy filmu, co także nie zadziałało zbyt dobrze na końcowy efekt. Val był zatem jednorazowym wybrykiem na wyboistej drodze Batmana.

batman clooney

  1. George Clooney

Nie wiem ile razy Clooney przepraszał za swój występ w Batman & Robin, ale to chyba najlepiej odzwierciedla jego prezencję w uniwersum DC. Gdy przejmował maskę Mrocznego Rycerza, kariera aktora dopiero nabierała rozpędu, ale zarówno krytycy jak i fani komiksu byli zgodni – Clooney był prawdziwym kataklizmem. Nie tylko wpisał się w kicz całej produkcji, ale stał się niejako jej fundamentem – kto normalny założyłby kostium ze stojącymi sutkami?!

Mimo to, Clooney nie poszedł w ślady Keatona i Kilmera – jego kariera nabrała rozpędu po tej komiksowej klęsce. Los bowiem lubi płatać figle, prawda?

batman bale

  1. Christian Bale

Walka z japońskim naukowcem, otyły Adam West, odstające sutki i kłótnie na planie – Batman przeszedł prawdziwa gehennę w drodze na szczyt. Jednak było warto – po latach niepowodzeń, za adaptację komiksu zabrał się reżyser-wizjoner Christopher Nolan, zaś rolę Mrocznego Rycerza otrzymał Christian Bale.

Trylogia Nolana okazała się przełomowym sukcesem – historia mocno osadzona na psychologicznym aspekcie komiksu, fenomenalne kreacje przeciwników Batmana oraz wzniosła ścieżka dźwiękowa Zimmera otworzyły nowy rozdział w historii „dziecka” Boba Kane’a. Zaiste piękny był to rozdział.

Co ciekawe, sam Bale po latach przyznał, że nie wykorzystał w pełni potencjału postaci Batmana. Czuł się jak cień przeciwników superbohatera, głównie za sprawą Ledgera i jego interpretacji Jokera. Mimo wszystko, Bale stał się synonimem Mrocznego Rycerza naszych czasów i dowodem na to, że nawet najbardziej wyszydzona postać może zostać wskrzeszona.

Dajcie znać w komentarzach co sądzicie o wszystkich interpretacjach Batmana? Kogo najbardziej lubiliście?