Johnny Frank Garrett’s Last Word

Wyprana kolorystyka przypominająca The Ring, paranormalne, niewyjaśnione zjawiska i silnie nakreślone tło anty-religijne– tak w skrócie można by opisać horror Johnny Frank Garrett’s Last Words. Ale nawet mimo pewnej dozy sztampy gatunkowej, film Simona Rumleya ogląda się z przyspieszonym biciem serca.

Texas, lata 80. –  tytułowy Johnny Frank Garrett (Devin Bonnée) zostaje uznanym winnym gwałtu oraz morderstwa pewnej zakonnicy w miasteczku Armadillo. Tuż przed śmiercią, mężczyzna rzuca klątwę na wszystkich, którzy zadecydowali o jego straceniu. Wkrótce, jego słowa stają się upiorną rzeczywistością, którą oglądamy z perspektywy jednego z członków ławy przysięgłych z procesu Garretta – Adama Redmana (Mike Doyle).

Wiele horrorów szturmuje kina z przylepioną łatką “film oparty na prawdziwej historii”. To niezastąpiony wabik na koneserów horroru, który od wielu lat skutecznie funkcjonuje w co drugim tytule z tego gatunku. W przypadku Johnny Frank Garrett’s Last Words, ta informacja ma jednak znacznie więcej sensu. Simon Rumley opiera bowiem narrację swojego filmu na dokumencie zgłębiającym rzeczywistą sprawę Garretta. Pozwala to reżyserowi na swobodne mieszanie dramatu oraz dokumentu z wątkami klimatycznego horroru. Ponadto, Rumley zręcznie wplata motyw wiary, która także próbuje znaleźć odpowiedzi, kim lub czym jest nieżyjący Garrett. Niewierzący Redman,  czy też zastępy bogobojnych mieszkańców miasteczka – wszyscy na swój sposób tłumaczą kolejne makabryczne wydarzenia wstrząsające Armadillo. Ich śladem podąża także widownia, kwestionując naturę klątwy rzuconej przez Garretta – czy to rzeczywistość? Czy może zachwiana granica między jawą a koszmarem?

Johnny-Frank-Garretts-Last-Word-2016-movie-Simon-Rumley-5

W celu dostarczenia odpowiednich wrażeń, Rumley sięga do pokaźnego arsenału sztuczek. Dużą swobodą darzy kompozytora – Simona Boswella – znanego ze współpracy m.in. z mistrzem gatunku Dario Argento (reżyser Suspirii). Ścieżka dźwiękowa odgrywa przez to znacząca rolę w całym spektaklu. Pozbawione jednoznacznej linii melodycznej skrzypce, dudniące w tle basy i wplątane gdzieniegdzie krzyki tworzą barwne tło, które silnie oddzialywuje na wyobraźnię. Rumley jest także wielbicielem fast motion – chociaż montaż w jego filmie bywa irytujący, a czasem wręcz amatorski, reżyser szybko wynagradza to znakomitymi scenami (jak np. one-take w domu Redmana). W efekcie, Johnny Frank Garrett’s Last Words miewa swoje schyłkowe chwile, ale nigdy nie upada poniżej akceptowalnego poziomu dla szanującego swój czas widza.

Diabelska wyliczanka autorstwa Simona Rumleya – Johnny Frank Garrett’s Last Words – nie trafi pewnie do annałów historii kinematografii. Mimo to, jest w tym obrazie coś przedziwnie intrygującego, odstającego od szarej masy, którą mainstreamowa widownia jest zazwyczaj karmiona. To propozycja sklejona pod gusta nieco bardziej wymagającego konsumenta. Jeśli zatem oczekujemy solidnych wrażeń oraz gęsiej skórki podczas seansu, Rumley przyjdzie z idealną ofertą.

Ocena: 33/50

A palette of washed-out colors reminiscing The Ring, paranormal, eerie events taking place and boldly sketched, anti-religious background – Johnny Frank Garrett’s Last Words in a nutshell. However, even though cliché is somehow omnipresent, Simon Rumley’s flick still raises pressure.

1980s in rural Texas – the titular Johnny Frank Garrett (Devin Bonnée) is found guilty of a rape and homicide of a nun in a small town called Armadillo. At his deathbed, the man curses all the members of the jury, who decided about his fate. Soon, his words become a harrowing reality, that we observe through eyes of Adam Redman (Mike Doyle), one of the jury’s members.

A plenty of horror flicks storms the cinemas by advertising “based on a true story”, which lures the fans of the genre for decades now. However, Johnny Frank Garrett’s Last Words boasts about not only a true story, but also the source material it is based upon. Simon Rumley uses a real documentary as his reference points. Hence, the director blends a psychological drama with a pinch of terrifying reality, which eventually provides an outcome of a pretty nasty horror. Rumley skillfully inweaves his protagonist lack of faith, even though it seems that this is the only means to understand what Garrett really was. Nonetheless, either it is atheist Redman or pious, narrow-minded citizens for Armadillo – they all seek answers to the horrific events that follow the death sentence. Just as the characters in the film try to resolve the mystery, so does the audience – will we believe that Garrett’s curse is real? Or maybe it is a lunatics’ nightmare?

johnny

Rumley reaches for a ponderable variety of tricks to frighten the audience. He grants a lot of freedom to Simon Boswell, the author of the soundtrack, who also worked with remarkable Dario Argento (directed Suspiria). Due to that, the music brings a great deal of unease. The strings are deprived of one common melody line, whilst the chaotically vibrant bass matches the entire eerie design. Rumley is an aren’t fan of fast motion, which sometimes he uses too extensively. As a matter of fact, some parts of editing are flagrantly amateurish, but the director makes up for that. Some scenes – like the one-shot entrance of the entity to Redman’s house – are an astonishing piece of cinematography.

The hellish counting-out game played in Johnny Frank Garrett’s Last Words will not make to the pantheon of the genre. nonetheless, there is still something intriguing about it, a type of unexpected unease that could attract viewers tired of mainstream predictability. If you seek some harrowing experience and goosebumps, Simon Rumley’s flick should deliver it just fine.

Grade: 33/50

Uciekaj! / Get Out

Jordan Peele, renomowany komik oraz autor scenariusza stosunkowo przeciętnej komedii Keanu, postawił sobie wysoko poprzeczkę. Utrzymując swój film Uciekaj! na pograniczu psychologicznego horroru z domieszką charakterystycznego dla siebie humoru, uzyskał przepis doskonały – film, który niejednokrotnie bawi, wprawia w osłupienie, straszy, ale co najistotniejsze – nie pozwala nudzić się nawet przez chwilę.

Chris (Daniel Kaluuya) spotyka się z Rose (Allison Williams) od kilku miesięcy. Dziewczyna decyduje się zaprosić go na weekend do domu swoich rodziców. Chłopak, niepewny czy rodzina zaakceptuje jego odmienny kolor skóry, decyduje się spełnić życzenie wybranki. Jednak gdy tylko przybywa do odosobnionej rezydencji, zaczynają dziać się bardzo niespotykane rzeczy.

Pomysł na Uciekaj! pachnie od pierwszych minut filmem Król Zombie z roku 1941 – tam trójka mężczyzn trafia na bezludną wyspę, gdzie pewien ekscentryczny milioner zamienia swoich podwładnych w zombie. Reżyser żongluje wieloma tytułami, które Uciekaj! przekonwertowuje na własne potrzeby. Znajdzie się tutaj nawiązanie do Wyspy Dr. Moreau Frankenheimera, Skóry, w której żyję Almodovara, a nawet Django Quentina Tarantino. W filmie Peelego służący są, tak jak w Królu Zombie, czarnoskórzy. Zmienia się jednak perspektywa, z której oglądamy przedstawiane wydarzenia – trójkę białych mężczyzn zastępuje Afroamerykanin i jego percepcja rzeczywistości.

get-out-keith-stanfield

Mimo rozlicznych inspiracji obecnych w Uciekaj!, Peele znajduje własny sposób, by wyróżnić to małe arcydzieło – stawia wszystko na kartę rasizmu. Uprzedzenia dotyczące koloru skóry są bowiem w fabule Get Out kluczowe. To one zmuszają Chrisa, by mimo narastającego niepokoju utrzymywać uśmiech na twarzy, jednocześnie popadając w coraz większą paranoję. Protagonista desperacko próbuje zrozumieć dziwaczne zachowanie bogatej, białej rodziny oraz jej gości, czy niejednoznaczne odzywki brata-dziwaka swojej ukochanej (świetna rola Caleba Landry Jonesa). Peele znakomicie użytkuje te rasistowskie napięcia, by zbudować przedziwną, prawdziwie przerażającą atmosferę. W efekcie, choć nie ma skrzypiących drzwi, duchów, ani drastycznych scen – jest ciągły, narastający i wprost nieznośny niepokój głównego bohatera, który udziela się widowni.

Zaskakująco dobrze wypada także strona techniczna. Peele ma wiele do powiedzenia w sposobie kręcenia filmu  – już pierwsza scena pokazuje sprawność z jaką reżyser porusza się po planie, nadając odpowiedniej dynamiki otwarciu swojego spektaklu. Peele ewidentnie korzysta z horrorowych dobrodziejstw Jamesa Wana (Naznaczony, Obecność – przyp. red.) – scena w domu rodziców Rose, gdy kamera przejeżdża wewnątrz mieszkania, jest tego świetnym przykładem. W nad wyraz dziwny klimat Uciekaj! wpisuje się również ścieżka dźwiękowa, często będąca źródłem humorystycznych akcentów (jak piosenka z odtwarzacza Rose w końcówce filmu), a także świetnym budulcem wszechobecnego dyskomfortu Chrisa.

Wiele wskazuje na to, że po latach posuchy, horror jako gatunek wraca na właściwy tor. Po Coś za mną chodzi Mitchella, czy zeszłorocznej VVitch Eggersa, film Peelego daje nadzieję na przyszłość. Idąc niewydeptaną dotąd ścieżką straszaka o podłożu rasistowskim, komik zapewni sobie z pewnością uznanie fanów gatunku. I jeśli tylko wpadnie na kolejny tak oryginalny pomysł jak Uciekaj!, w ciemno wróżę mu sukces.

Ocena: 42/50

Jordan Peele, a well-known comic artist and a director of a mediocre action comedy Keanu, has set the bar pretty high. By mixing his racial-ground humor with depth of a psychological horror, he eventually came up with a perfect recipe. Get Out is genuinely scary, sometimes quite artsy and zanyish, but what really matters – it never gets boring.

Chris (Daniel Kaluuya) is dating Rose (Allison Williams) for a couple of months. Living happily, the girl decides to invite her boyfriend for a weekend to her parents’ house. Chris, rather hesitant whether his skin color will be accepted, finally agrees to go for the getaway. Once they arrive, strange things begin to happen.

get-out

The very concept for Get Out is not a far kin from a 1941’s horror tale The King of Zombies by Jean Yarbrough. In this feature, three stranded men land on a desolate island, where an eccentric millionaire turns his servants into mindless zombies. Peele juggles with a variety of titles, which serve Get Out greatly. Noticeably, the comic director draws inspirations from films like  The Island of Dr.Moreau (1996), The Skin I Live In (2011) and Django: Unchained (2012). But although Peele’s starting point is the same as Yarbroughs – the servants are Afroamerican, there is a difference in the protagonist. Instead of the three white men, there is Chris and his perception of the reality.

However, even though there are numerous fractions of other ideas thrown in, Jordan Peele carves his own figure out of this story. He does so by using the ubiquitous racism. The skin color prejudices are the key element that fosters Chris’ progressively evolving paranoia. The protagonist desperately seeks answers for the weird behavior of the rich family and their odd guests or why Rose’s brother (brilliantly haunting Caleb Landry Jones) starts a contention with him. Peel skillfully uses these racial tensions to cast upon us a lurking, gruesome atmosphere. As a result, there is no room for screeching doors, ghosts or drastic imagery – there is just constant unease that like a virus spreads onto the audience too.

MV5BMjUxMDQwNjcyNl5BMl5BanBnXkFtZTgwNzcwMzc0MTI@._V1_SY1000_CR0,0,675,1000_AL_.jpg

The technical side is surprisingly admirable as well. Peele knows his ins and outs in camerawork, which is proved even by the opening sequence. He is not afraid to once again draw inspiration from others too – a very specific thoroughfare of the camera takes place in the film, which instantly brings James Wan to mind (director of Insidious and The Conjuring). Just as disturbing as the events in Get Out, is the soundtrack. At times it evokes humor (just as the particular song played from Rose’s player), but mostly– it generates a great deal of discomfort emitted by Kaluuya’s character.

It does seem that the years of drought in the horror genre are slowly fading away. After It Follows by Mitchell or The Witch by Eggers, Peele’s feature is another step to the better future. Following an untrodden path of a scary movie with a heavy racial background, the comedian bought himself a cozy place among the most prospective directors in the genre. If he comes up with an another brilliant idea for a film, he’s got a whole-hearted fan in me.

Grade: 42/50

KCFF 2017 – Dzień drugi / Day Two

thestairs_01

The Stairs – z dziennika narkomana

Film Hugh Gibsona przedstawia historie kilku narkomanów z ośrodka Toronto Regent Park – trudy przez które przechodzą, jak są odbierani przez społeczeństwo oraz w jaki sposób rząd kanadyjski pozostaje bezradny wobec problemu zażywania narkotyków.

Te schody były moim domem przez kilka lat” – tak rozpoczyna jedną ze swoich wypowiedzi bohater dokumentu, Marty. Dla Gibsona to zdanie definiuje analizę postaci dokumentu, pokazuje, że są dalecy od ideału i otwarcie o tym mówią przed kamerą, wspinając się po stopniach, by odbić się od dołu. To ludzie zniszczeni przez narkotyki, którzy sami wybrali tę autodestrukcyjną ścieżkę. Jednak cierpliwie wysłuchując ich historii, znacznie ciężej pozostać wobec nich całkowicie krytycznym. Gibson zgrabnie operuje wypowiedziami swoich bohaterów, nadając im wielu barw, patrząc z różnych perspektyw. W efekcie, żaden z nich nie jest odrażającym ćpunem – to ludzie skrzywdzeni. Skrzywdzeni przez samych siebie, ale również przez otoczenie. Jedni otwarcie przyznają, że ciężko im się odciąć od nałogu, inni tęsknią za rodziną, lub wspominają traumatyczne wspomnienia, gdy za kolejną kreskę byli w stanie zrobić wszystko.

Mimo to, The Stairs nie pozostawia niesmaku. Pomimo kilku kontrowersyjnych scen – np. gdy widzimy bohaterów zażywających narkotyki przed kamerą – Gibson buduje obraz boleśnie prawdziwy, wobec którego ciężko pozostać obojętnym. Gdyż czasem wystarczy kamera zawieszona na wzroku Marty’ego lub Roxanne, by zrozumieć, co te oczy widziały. Czy była to jednak tylko ich decyzją, że ujrzeli i zrobili to wszystko, czy może zostali do tego poniekąd popchnięci?

Ocena: 35/50

The Stairs – Drug addict’s diary

Hugh Gibson’s film reveals stories of several drug addicts from Toronto Regent Park. In fornt of the camera, they talk about their struggles, how the society perceives them and how the Canadian government remains helpless in dealing with the mass problem of drug abuse.

“These stairs were my home for a few years” – says Marty, one of the main characters of the documentary. Hugh Gibson uses this sentence to embody the struggle his characters go through, how far from being ideal they are. They are destroyed by drugs, choosing this auto-destructive path on their own. Nonetheless, as we listen to them carefully, less criticism is heating inside and more compassion appears. Gibson skillfully uses the stories and memories, giving them breadth and colors, allowing the viewers to look at these people from various perspectives. In the end, none of them is a repelling junkie – they are hurt. Hurt by themselves, but also by the surroundings. Some reveal they still do drugs, some miss family or reminisce traumas from the past that were worth a gram.

Despite that, The Stairs does not leave a bad taste. Even though we are confronted with several graphic scenes – like drug usage in front of the camera – Gibson paints a moving picture, which hardly leaves anybody neutral. Sometimes all it takes is to look into Marty’s or Roxanne’s eyes to understand the atrocities they have seen. But is it only their fault, that they’ve witnessed all that?

Grade: 35/50

maliglutitsearchers_04

Searchers (Maliglutit) – walka o przetrwanie

W filmie Zachariasa Kunuka i Natara Ungalaaqa, sławetny film z Johnem Wayne’m z 1956 zostaje przekalibrowany na dokumentalizowany pościg pośród lodowych pustyń. Bohaterem Searchers jest Inuk, którego rodzice zostają zamordowani, zaś żona i córka uprowadzone przez czwórkę mężczyzn.

Searchers rozwija się w sposób ślamazarny, ale w tej usypiającej manierze kryje się niezwykła magia. Bezkresne równiny, wiejący zewsząd wiatr, przerywany jedynie lakonicznymi wypowiedziami bohaterów i tradycyjnymi śpiewami Inukow, czarują od pierwszych minut. Świat w obiektywie Kunuka oraz Ungalaaqa wisi w innej czasprzestrzeni, jakby oderwany od rzeczywistości, jaką znamy. Reżyserzy przyglądają się życiu na chłodnych równinach, ale początkowy dokumentalizm zostaje z czasem zastąpiony coraz większa dynamiką obrazu. I gdy główny bohater wyrusza wraz z synem w pościg za porywaczami, Searchers zmienia tor, stając się thrillerem z krwi i kości.

Realizm oraz surowość to ogromne zalety Searchers. Sceny kręcone z zaprzęgu psów, długie ujęcia na twarze bohaterów, czy sceny przedstawiające specyfikę życia na lodowym pustkowiu tworzą obraz intrygujący i wciągający. W tej konwencji nawet prostota fabuły nie obniża walorów filmu. Wiemy, że istotą Searchers nie jest wnikanie w psychologię bohaterów – to świat walki o przeżycie i ona wychodzi na pierwszy plan.

Searchers jest doskonałym przykładem na to, że kino drogi nie musi ograniczać się do route 66. Utrzymując nieznośne napięcie znane z klasyków jak Znikający punkt, bawiąc się konwencją w sposób podobny do Davida Michoda w The Rover, Searchers przenosi w inny świat. To zdecydowanie jeden z najlepszych seansów, które miałem okazję doświadczyć podczas festiwalu.

Ocena: 39/50

Searchers (Maliglutit) – Survival tale

Zacharias Kunuk and Natar Ungalaaq take under scrutiny a remarkable western with John Wayne from 1956 and bring it to the icy flatlands of northern Canada. The protagonist of Searchers is an Inuk, whose parents are brutally murdered, whilst wife and daughter kidnapped. The man follows the trail of the kidnappers and races with the time to find his family.

Searchers starts off rather pokily, but this sleepy atmosphere has its unprecedented magic. The boundless plains and howling wind, mixed only with laconic sentences of the characters and traditional singing of the Inuks, creates a fairy-tale vision. From the first minutes, the world seen by Kunuk and Ungalaaq hangs in some other dimension. Although the directors spent lots of time observing the crude life in the unpleasant north, the real deal begins once camera jumps on the dog sled. Hence, when the main characters, joined by his son, throw himself on the pursuit after the kidnappers, Searchers wakes up and begins a full-bodied thriller.

Rawness and realism are very important in Searchers. Scenes shot on the dog sled, long frames of the ice-covered faces or sequences presenting the ordinary life on the desolate ice dessert create an intriguing picture. Using this concept, the laughably basic plot is not a distraction. Searchers is not supposed to paint a deep psychological canvas of its characters – its supposed to be as one-zero as the world it shows.

Searchers is a fabulous example of how the “cinema of the road” is not limited to the route 66. As the film sustains the pulsating tension juast like The Vanishing Point and playing with a conventional western like David Michod in The Rover, Seachers truly discovers a new space for itself. It was undoubtedly one of the best screenings I attended to during the festival.

Grade: 39/50

avalanchephoto

Operation Avalanche – a jeśli to jedno wielkie kłamstwo?

Lądowanie na księżycu po dziś dzień pozostaje tematem niezliczonych teorii spiskowych, zaś najsłynniejszą z nich przedstawia Operation Avalanche Matta Johnsona. Dwóch agentów CIA podejmuje się misji nakręcenia filmu, który odzwierciedlałby to epokowe wydarzenie. Szybko jednak orientują się, że to zadanie sprowadza na ich barki znacznie większy ciężar i niebezpieczeństwo, niż mogli podejrzewać.

Z trudem przyrównać Operation Avalanche do jakiegokolwiek innego filmu. Matt Johnson lawiruje między prawdą a fikcją ze zwinnością lisa, żonglując archiwalnymi materiałami dotyczącymi Apollo 13, na przemian z własnymi fragmentami kręconymi z ręki. Nadaje to jego filmowi fenomenalnego tempa, którego reżyser nie traci do napisów końcowych. Poczynania filmującej ekipy ogląda się z wypiekami na twarzy – dwójka agentów CIA wpakowuje się w coraz większy bałagan, lądując w ogniu zimnej wojny, wciąż wierząc jednak, że ich misja ma nadrzędny cel i szansę na powodzenie. Dzięki zaskakującej fabule, Johnson potrafi tą szalona koncepcją szczerze rozbawić (głównie dzięki postaci, którą odgrywa), zszokować, a także przerazić. Perłą zaś jest ścieżka dźwiękowa – nieco wyblakłe kolory filmowej taśmy zestawione z kawałkami Creedence Clearwater Revival nadają Operation Avalanche prawdziwego ducha lat 60.

Film Johnsona, pośród gagów, szalonych pościgów i absurdów, jest także również doskonałym spojrzeniem na ówczesną amerykańska kulturę – łakomą na nacjonalistyczną pożywkę. Johnson bezpardonowo przedstawia cały proces wielkiego kłamstwa jakim nakarmiono ludzkość, zachowując przy tym cały czas odpowiedni dystans do tej teorii. I niezależnie od tego, czy reżyser wierzy w tę bajkę – dostarcza widzom świetnej, inteligentnej rozrywki.

Ocena: 43/50

Operation Avalanche – What if this is all a lie?

The landing on the moon still remains grounds to numerous conspiracy theories and Operation Avalanche takes on the most famous of them. Two CIA agents decide to direct a film that would forge the actual milestone for the humanity. They quickly realize that this mission brings only trouble and risk higher than expected.

It is difficult to find an equivalent for Operation Avalanche in any other piece of cinematography. Matt Johnson swiftly moves between fiction and facts, juggling with archive materials from Apollo 13 mission and his own film bits. It imbues Operation Avalanche with phenomenal pace, which the director does not lose on the way till the end credits roll in. As they drown in the mess they are thrown into, the CIA agents never lose the enthusiasm, believing their mission can still be successful. And thanks to an unpredictable plot, Johnson manages to entertain in many ways – Operation Avalanche is artlessly funny, sometimes shocking and even frightening. On top of that comes the soundtrack, where Creedence Clearwater Revival songs matched with vintage documentary style carries the spirit of the 60s.

Johnson’s film, in between the gags, crazy pursuits and absurd, is also a deep look into the American culture during the Cold War, craving for the nationalistic fodder.  Johnson takes his time to paint the broad picture of the creation of this great lie that was consumed by the humanity, however still being cautious about it. Because no matter whether he believes in this crazy story, one is certain – Operation Avalanche is hell of a fun.

Grade: 43/50

 

 

 

 

 

WDF – W każdym z nas drzemie kochający homoseksualista

Zdarzają się filmy, które aż wstyd recenzować, bowiem popełnienie takiego tekstu jest przecież równoznaczne z obejrzeniem danego filmu. Another Yeti A Love Story: Life On The Streets zdecydowanie do nich należy. Bo ciężko się wytłumaczyć z filmu, w którym monstrualny yeti odgrywa rolę prostytutki, zaś główny bohater zarabia na życie tańcząc w pieluchach w klubie go-go…

Trzymajcie się krawędzi swoich foteli. Fabuła tego brzydkiego kaczątka przedstawia wrażliwego artystę Adama, lubujego się w szkicowaniu męskich genitaliów. Opiekuje się on także małym bobasem yeti, który okazuje się być również jego… rodzonym synem. Pewnego dnia dziecko zostaje porwane przez terroryzującego okolice alfonsa. Dzielny protagonista, wspomagany przez seksistowskiego kumpla i flegmatycznego gościa na wózku inwalidzkim, wyrusza mu na pomóc.

To, że nowoczesne kino coraz śmielej odkrywa barwy homoseksualizmu, wiemy nie od dziś. Osiem nominacji do Oscara dla Moonlight i ostateczne zwycięstwo tegoż filmu, szum wokół Życia Adeli, czy filmowo-gejowskie podróże Jamesa Franco – wszystkie te przykłady potwierdzają wyżej wspomnianą hipotezę. Inaczej sprawa się miała z kinem klasy B, które miało z tym tematem zazwyczaj kłopot. Jednak Another Yeti A Love Story: Life On The Streets wymyka się wszelkim konwenansom. Twórcy już na samym początku nas o tym uświadamiają, prezentując nieco podejrzany cytat z biblii, którego sens jest – mniej więcej – następujący: “Jezus kocha wszystkie swoje dzieci, oprócz dwóch gejów, ponieważ dwaj całujący się kolesie są okropni. Chyba, że to laski – wtedy to sztos.”

Adam Deyoe oraz Eric Gosselin – reżyserzy tego zacnego produktu filmowego – puszczają zatem całkowicie hamulce. Główny bohater uprawia dziki seks z mężczyzna w kostiumie yeti w perwersyjnie dosłowny sposób, jeden z bohaterów szasta seksistowskimi żartami pod adresem swojej partnerki z częstotliwością karabinu maszynowego, a gwoździem do trumny jest ochroniarz w burdelu, którego ksywa mówi w zasadzie wszystko – Sex Piss. Całość nużą się w tej seksualnej tandecie i genitalnym humorze, lecz mimo to – na swój sposób urzeka.

Bowiem ten bezmózgi humor jest turpistycznie ujmujący. O dziwo, nie jest poziom niestrawnych popłuczyn pokroju Fifty Shades of Black, czy też American Pie, które obok kiepskich żartów próbuje przekazywać jakieś wysoce zawoalowane wartości moralne. Another Yeti A Love Story: Life On The Streets nigdy nie sili się nawet na krztynę powagi czy filmowego kunsztu. To film perwersyjnie zły, ale taki właśnie ma być. Muzyka ma brzmieć jak podkład do softcore porno, gumowe penisy mają nas odrazac z każdym kolejnym, niepokojącym zbliżeniem kamery, zaś bohaterowie mają być do bólu stereotypowi, głupi i sztampowi. Czy traktować to zatem jako pastisz? Można, nie zabraniam. Lecz przede wszystkim – jako solidną dawkę beki.

004353f3

Z przyjemnością dołączyłem Another Yeti A Love Story: Life On The Streets do grona Wtorkowych Depresji Filmowych. Zgodnie z coraz popularniejsza doktryna głosząca, że każdy mężczyzna ma w sobie maluczkiego geja, zadbałem o to, by mój poczuł się dowartościowany. Zatem i Wy zadbajcie o swojego małego homoseksualistę i obejrzyjcie Another Yeti A Love Story: Life On The Streets.

Trailer: https://www.youtube.com/watch?v=i7M7fijoLXc