UMP Review – 9 Songs

Painfully lacklustre and non-controversial piece of low budget nothing -this is what Michael WInterbottom offer in 9 Songs.

Advertisements

Controversy is the driving force of the modern cinema, which lets filmmakers soak in the freedom of liberated art creation. Effects of such uncontrolled happiness of filmmaking, while trying to meet the requirements of the very demanding audience, often happen to be unprecedented failures. When one tries to shock, it may come at the cost of fundamentals of cinema making – plot, acting or cinematography. 9 Songs, a romance directed by Michael Winterbottom, has found its place in the history of cinema, but there is a question though – was there any understandable reason for that?

MPW-15150

Winterbottom’s story is about a piece of lives of two lovers Lisa (Margo Stilley) and Matt (Kieran O’Brien). Their common passion is addiction to music, which reveals itself in attending lots of rock concerts together. In the meantime, their time is filled with pleasuring each other in all sort of sexual treats.

Courageously shown sex on the screen is probably the most conventional means of provoking and it’s hard to find any other film that included so realistically shown physicality before 9 Songs. Definitely, there was a reason for calling 9 Songs the most shocking picture in the history of British filmmaking, which made it to the cinematic distribution. The director is entirely overwhelmed by the symbiosis of the two protagonists, paying close attention to every detail of that human puzzle. There is no taboo for Winterbottom – he takes his time to present his protagonists, giving them time to pleasure each other. Unfortunately, majority of the viewers would probably claim that there was a bright future ahead of Margo Stilley and Kieran O’Brien in the softcore porn industry. Eventually, it is hard to deny it – we are confronted with numerous oral sex scenes (performed mainly by Matt), elements of bondage sex and sex performed not only in bedroom, but, among other places, in the kitchen. That erotic razzle-dazzle is not accompanied by any deeper meaning and complexity. When Lisa and Matt begin to talk, which happens very occasionally, their conversations are dry and flat, just like the emotions outside their bed. And it is not the point that Winterbottom wanted to make – it’s simply bad acting.

fhd0049SG_Margo_Stilley_021@005420

Winterbottom wanted to cheat on his audience in a witty manner, by including the fragments of rock concerts. It was probably the way the English director wanted to add an excuse to the triviality of the plot, but the final outcome is the nail to the coffin. The rock music sounds are delightful, but they constitute a separate world apart from the pornographic reality. Besides, apart from that small-time cheating, Winterbottom tried to portray the relationship of Lisa and Matt in an artistic manner. Their sexual encounters look delicate, gentle and sizzling, but it all breaks down due to the technical aspect of the film. Nothing special happens in the layer of color usage (bravo for two cinematic erotomaniacs von – Trier and Noe) or cinematography. 9 Songs is nothing but a low-budget indie flick, which lacks any sort of magic, making it look like a light porn film.

Sex on screen is appealing, but not when portrayed so directly, like in Winterbottom’s harlequin. Filmmaking is the art of evoking emotions and waking up the imagination of the viewer, starting a dialogue via picture and story. 9 Songs is undeniably imagination-provoking, but very conventionally, without any artistic dimension. Still, it constitutes a milestone in terms of crossing the barriers in cinema. From the point of view of psychology, 9 Songs could be an intriguing material. Nonetheless, from the point of view of cinematic consumer , Winterbottom’s is a lackluster softcore porn with some good music.

Ocena UMP: 15/50

(Cinematography: 2, Plot: 2, Acting: 2, Soundtrack: 7, Quaintness: 2)

UMP Recenzuje – 9 Songs

Kontrowersja napędza dzisiejsze kino, co pozwala wielu filmowcom na twórczą wolność – efekty takiej niekontrolowanej radości kręcenia bywają jednak wyjątkowo sromotnymi porażkami w nierównym starciu z oczekiwaniami wymagającego widza. Zazwyczaj, wraz z chęcią zszokowania, w parze idą ubytki w podstawowych elementach filmu – chociażby fabule, poziomie aktorstwa czy też wykonaniu. 9 Songs, romans nakręcony przez Michaela Winterbottoma, na stale zapisał się na kartach historii – pytanie jednak pozostaje, czy był ku temu racjonalny powód.

Film Winterbottoma przedstawia pewien wycinek z historii dwojga kochanków, Lisy (Margo Stilley) oraz Matta (Kieran O’Brien). Ich wspólną pasją jest nałogowe uczęszczanie na rockowe koncerty, zaś w przerwach między poszczególnymi wydarzeniami, para oddaje się całej masie seksualnych rozkoszy.

Odważny seks na ekranie jest chyba najbardziej konwencjonalnym sposobem na prowokację, jednak trudno było znaleźć film przed 9 Songs, który ukazywałby fizyczność tak dosłownie. Nie bez powodu film ten został okrzyknięty najodważniejszym filmem w historii brytyjskiego kina, który trafił do dystrybucji. Reżyser jest całkowicie pochłonięty symbiozą ciał swoich protagonistów, uważnie przyglądając się każdemu detalowi tych ludzkich puzzli. Dla Winterbottoma nie ma tematów wstydliwych – pieczołowicie prezentuje gabaryty swoich gwiazd, dając im czas na spełnianie erotycznych zachcianek. Niestety, dla większości widzów Margo Stilley i Kieran O’Brien równie dobrze mogliby z powodzeniem zagrać w pornograficznym softcorze. I trudno się z tym nie zgodzić – zostajemy uraczeni licznymi scenami pieszczot oralnych (głównie ze strony mężczyzny), elementami bondage sex, zaś bohaterowie nie ograniczają się jedynie do erotycznych zabaw w łóżku (sporo dzieje się w kuchni). Temu erotycznemu rozgardiaszowi brakuje jednak głębszego sensu i jakiejkolwiek problematyki. Gdy Lisa i Matt zaczynają dyskutować – a dochodzi do tego niezmiernie rzadko – ich wypowiedzi są płaskie i nijakie, tak jak i poza-seksualne emocje ich łączące. Celem Winterbottoma nie było zaprezentowanie jałowości relacji Matta i Lisy – to zwyczajnie fatalne aktorstwo spowodowało, że tak odbieramy ten związek.

Winterbottom bardzo sprytnie próbował oszukać inteligentnego widza poprzez wplatanie urywków koncertów. Miało to nadać pewnego uzasadnienia dla błahości tej całej historii, jednak finalny efekt to największy strzał w stopę. Rockowe brzmienia są przyjemne dla ucha, ale są oddzielną bajką w pornograficznej rzeczywistości Winterbottoma. Kolejnym, małym oszustwem jest sama forma przedstawienia relacji Lisy i Matta. Ich stosunki seksualne są wyidealizowane, delikatne i namiętne, wskazują na ich rzekomo artystyczny wymiar – kłóci się to jednak z wykonaniem filmu. 9 Songs to niskobudżetowe kino, w którym nie czuć żadnej magii – to w dużej mierze powoduje, że ten romans niewiele różni się od lekkiego porno.

Seks na ekranie jest pociągający, jednak nie w tak dosłownej formie jak w harlekinie Winterbottoma. Sama sztuka kręcenia filmu to przecież umiejętność oddziaływania na emocje i wyobraźnię, nawiązanie dialogu z widzem poprzez obraz i historię. 9 Songs oddziaływuje w sposób bardzo jednoznaczny, nie wnosząc jednak żadnej artystycznej wartości. Jest to jednak pewien kamień milowy dla przesuwania kolejnych granic w kinie. Zatem z punktu widzenia psychologii 9 Songs może być ciekawym materiałem – przyjmując  jednak punkt widzenia filmowego konsumenta, film Winterbottoma jest wyjątkowo nudnym filmem pornograficznym z niezłą ścieżką dźwiękową.

Ocena UMP: 15/50

cropped-11004963_448280958658519_796078119_n11.jpgZapraszam do kontaktu przez FB lub mailem unusualmotionpicturesblog@gmail.com.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s